Herbatyzm; Księga herbaty - Okakura Kazuo.

(Czarka imitująca chińską czarkę z dynastii Sung)
Herbata nie ma arogancji wina, zadufania kawy, czy afektowanej niewinności kakao.
Herbatyzm jest kultem piękna, które daje się odnaleźć w codziennej, szarej egzystencji. Wdraża nam poczucie czystości i harmonii, tajemnicę wzajemnej życzliwości i romantyzmu ładu społecznego. W istocie swej jest uwielbieniem Niedoskonałości, nieśmiałą próbą osiągnięcia czegoś znośnego w naszym nieznośnym życiu.(...)

Herbatyzm jest sztuką zatajania piękna, które należy znajdować samemu; jest sztuką sugerowania tego, czego nie ośmielamy się obnażyć. Jest szlachetną umiejętnością kpienia z samego siebie, spokojnie, lecz przenikliwie, a zatem samą kwintesencją humoru - uśmiechem filozofii.* 

* Post jest cytatem z Księgi herbaty - Okakura Kazuo.

Listy z podróży - Jeremi Przybora

Drogi Czytelniku, jeżeli na hasło "Starsi Panowie" po sercu rozlewa Ci się coś ciepłego, a w uszach dźwięczą miłe dla ucha piosenki, jeżeli porywa Cię czar subtelnej satyry - ta książeczka jest dla Ciebie!
Listy z podróży Jeremiego Przybory są zbiorem anegdotek, dykteryjek, śmiesznotek, które wydarzyły się (bądź są licentia poetica) Przyborze, Wasowskiemu i kilkorgu przyjaciołom... w obrębie Warszawy. Bowiem Listy są zapisem spacerów, wycieczek, peregrynacji po stolicy lat sześćdziesiątych. Tytuł jest przekorny, ale tego się można było po Starszym Panu spodziewać. 
Książeczka - celowo używam tego określenia, bo jej objętość nie przekracza stu stron - wydana jest przez Czytelnika w 1964 roku. Ilustrowana wspaniałą kreską Jerzego Srokowskiego, który był między innymi autorem scenografii do Kabaretu Starszych Panów. Szkoda, że nie Listy z podróży nie zostały wznowione, bo wyczuwam sukces - nie tylko komercyjny; wielbiciele finezyjnego humoru byliby zachwyceni mogąc włączyć tę pozycję do swojej biblioteczki.

Książka  wyszukana na wyzwanie 


O aniołach

Ponoć każdy ma swojego anioła stróża..
Słowo anioł pochodzi od greckiego angelos - posłaniec, zwiastun. W Biblii znajduje się około 300 wzmianek o aniołach, które odgrywają rolę posłanników i nauczycieli. Ich misją jest służenie, oraz pośredniczenie między Ziemią a Niebem.
W tomizmie anioły były niematerialnymi bytami mającymi istnienie i formę, obdarzonymi intelektem i wolą; dysponowały również wiedzą o wszystkich istotach.
Muzułmanie nie wierzą w pośrednictwo Chrystusa, więc większe znaczenie przypisują aniołom.
Sokrates stwierdził: Od chłopięcych lat głos jakiś we mnie się odzywa, a ilekroć się zjawia, zawsze mi coś odradza, cokolwiek bym przedsiębrał, ale nigdy nie doradza.
Apulejusz w O bogu Sokratesa stwierdził, że Dajmonion to anioł stróż, który jest patronem prywatnym i indywidualnym przewodnikiem, obserwatorem tego, co dokonuje się we wnętrzu osoby, stróżem jej dobrobytu, tym, który ją zna dogłębnie, jak to tylko jest możliwe. Jest uważnym i stałym obserwatorem, sędzią indywidualnym, niepodważalnym i nieuniknionym świadkiem, tym, który dezaprobuje zło i wyzwala dobro.
U C. G. Junga anioły to zakorzenione w naszej psychice archetypy: W każdym z nas tkwi ktoś, kogo nie znamy; mówi do nas przez sen i powiadamia, że widzi nas inaczej niż my sami siebie widzimy. Gdy jesteśmy w trudnej sytuacji, ten nieznajomy może nam dać światło pozwalające zmienić nastawienie, które wprawiło nas w taką sytuację.
Więc... Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój...

Śmierć komiwojażera - Arthur Miller



Dobry dramat musi zapadać w pamięć i pobudzać do przemyśleń; jak Wujaszek Wania, jak Dzika kaczka. Jak Śmierć komiwojażera. Ten ostatni wyszedł spod pióra jednego z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich XX-go wieku. Arthur Miller był uważany za spadkobiercę i kontynuatora Henryka Ibsena; dobry dialog, złożony rys psychologiczny, motyw „życiowego kłamstwa”*, konflikt postaw ludzkich. Za Ibsenem również Miller przejął krytykę społeczeństwa z jego twardymi regułami. Być może w Śmierci komiwojażera po części odmalował dramaturg swoje dzieciństwo. Urodził się w 1915 roku jako syn żydowskiego emigranta z Austrii. Dorastanie Millera zbiegło się w czasie z wielkim kryzysem – ciężka, uczciwa praca fizyczna nie dawała szansy na wyjście z biedy. Po ukończeniu szkoły średniej dostał się na Uniwersytet w Michigan, który opłacał imając się każdej pracy, która się nadarzyła. To właśnie na studiach zaczął specjalizować się w dramaturgii, a jego sztuka No Villain została uhonorowana Avery Hopwood Award. Nagroda, z którą wiążę się stypendium pozwoliła Millerowi skupić się na nauce. Związał się wówczas z lokalna gazetą, oraz radiem, dla którego napisał liczne słuchowiska. W 1944 odnosi pierwszy sukces dramatem Człowiek, który osiągnął pełne szczęście. Trzy lata później wystawia dramat Wszyscy moi synowie w nowojorskim Coronet Theatre, tym samym wchodząc do panteonu klasyków amerykańskich. W 1949 na deskach Morosco Theatre zostaje wystawiona Śmierć komiwojażera, za którą Miller otrzymuje Pulitzera. Dwa późniejsze dramaty: Czarownice z Salem (nawiązujące do niebezpośrednio do komisji McCarthy’ego) oraz Widok z mostu potwierdzają jedynie geniusz Millera.
Jednocześnie prasa tuż obok recenzji sztuk szeroko komentuje życie prywatne dramaturga. Z pierwszą żoną, studencką miłością, z którą doczekał się potomstwa rozstał się dla gwiazdy filmowej, Marilyn Monroe. Monroe u boku Millera aspiruje do wyemancypowanej aktorki dramatycznej – Miller pisze dla niej scenariusz jednego z jej najlepszych filmów, The Misfits (Skłóceni z życiem). Po rozwodzie z Monroe ożenił się z uznaną fotograficzką Inge Morath, z którą był aż do jej śmierci.
Jednakże po rozwodzie z MM jego talent jakby przygasł. Pisał, lecz nie były to już dramaty genialne, na miarę Śmierci komiwojażera.
Jego dzieła wielokrotnie przenoszono na język filmu. Za jedną z najlepszych ekranizacji uważa się nakręconą w roku 1951 z Frederickiem Marchem w roli Willy’ego Lomana. Za równie dobrą, o ile nie lepszą można uznać ekranizację Volkera Schlöndorffa z 1985 roku ze świetną grą Dustina Hoffmana i Johna Malkovicha. Warto zauważyć, że Schlöndorff w swojej oszczędnej i niemal teatralnej ekranizacji zachował muzykę Alexa Northa z filmu Laslo Benedeka.
W 1965 roku Arthur Miller odwiedził Polskę. Spotkał się wówczas z naszymi literatami i aktorami, a także wizytował próby Po upadku, w którym jedną z głównych ról grała Elżbieta Czyżewska. TU możecie obejrzeć krótką relację z tego spotkania zarejestrowaną przez PKF.

* za: Michał Misiorny Współczesny teatr na świece, sylwetki pisarzy

Potargowo:)



Targi Książki w Katowicach odbywały się w dniach 21-23 listopada. W piątek – z tego co wiem – odbywały się prezentacje biblioteczne adresowane do szkół. Za to drugi dzień zdecydowanie należał do blogerów. Nie mogłam ominąć imprezy, która odbywała się niemal pod moim nosem. Wcześnie rano złapałam pociąg do stolicy Górnego Śląska; oczy mało mi z orbit nie wyszły, kiedy okazało się, że podjechał taki zdezelowany blaszak, zamiast nowoczesnej kolejki podmiejskiej (miałam chyba pecha, bo również takim „złomem” wracałam). W Katowicach wysiadłam przed dziewiątą, a otwarcie targów przewidziano na dziesiątą. Siłą rzeczy musiałam się poszwędać po mieście. Podziwiałam liczne murale, zrewitalizowane przestrzenie, odnowione ulice, „coś” na rynku, a w końcu podreptałam na dobrze mi znaną ulicę Bankową w okolicę WNSu (mój były wydział). Stamtąd miałam tylko kawałek do wspaniałej CINiBY, która niestety, jak większość obiektów w K-cach była osiatkowana i nie dała się korzystnie sfotografować. Zabrnęłam również w okolice nowej siedziby NOSPRu; budynek jest przepiękny, monumentalny, jednocześnie stonowany, a okolony niewielkimi drzewkami i ławkami wprost urzeka.


NOSPR

Spodek. No cóż, zawsze miałam wrażenie, że zaraz zacznie wirować i oderwawszy się od chodnika poszybuje „do swoich”;) Jakoś nie potrafię gospodarować czasem, bo znów byłam zbyt wcześnie, ale przynajmniej poznałam Anię z Lektur wiejskiej nauczycielki oraz Janka z Tramwaju nr 4. Przed otwarciem bramek wyobrażałam sobie, że runiemy tłumem godnym wyprzedaży w Lidlu, ale było nas nie tak znów wielu – co ciekawe, wśród wchodzących znalazł się lekko podenerwowany pan, który szedł na wyprzedaż sprzętu zimowego (ale o co chodzi?). Zebrawszy się większą blogerską grupą pomaszerowaliśmy do sali nr 1, w której  miał odbywać się panel blogerski. Dziewczyny ze Śląskich blogerów książkowych już czekały. W związku z „niemaniem” mikrofonu proszeni byliśmy o zrobienie przytulnego kółeczka wokół moderatorek – panele moderowały po kolei Ilona z Ostatniego Czytelnika oraz Archer z Do ostatniej pestki trzeba żyć. I zaczęło się. Czy chcemy czytać tylko i wyłącznie o książkach, czy o tematach różnych? Przyznałam się, że czasem wtrącę jakiś film, relację z wystawy, robótkę – okazało się, że ja i Janek jesteśmy prowadzącymi blogi lajfstajlowe; poczułam się jak Kasia Tusk;) Również Szyszka z Kawy z Cynamonem przyznała się do odstępstw od tematów tylko i wyłącznie recenzyjnych. Magdalenardo stuprocentowo optowała za wpisami tylko i wyłącznie książkowymi. Silaqui postulowała, by nie bać się wyjść poza ramy. Kolejne pytanie dotyczyło tego, dla kogo piszemy? Dla siebie, czy dla czytelników. Ty chyba była między nami zgodność, że i dla siebie i dla czytelników. Oczywiście rozmowa zeszła na temat statystyk. Tu muszę się zgodzić z Jankiem, by nie zwracać uwagi na statystyki googla (blogera),  a założyć Google analytics: nie wiem jak dla Was, ale dla mnie bardziej liczą się odwiedzający powracający, nie pojedyncze wejścia z wyszukiwarek, które odsyłają w przypadkowy sposób. Bardziej wartościowe jest utrzymanie czytelnika, sprawienie, by wracał, niż ściąganie „zabłąkanych” googlujących. Czy krytykować książki recenzyjne? No, ciężka sprawa. Padło również pytanie o pozyskiwanie książek, a także o długość recenzji. Wyszło na to, że to w gruncie rzeczy sprawa zupełnie indywidualna. Dość długa dyskusja wywiązała się przy pytaniu o komentarze, czy komentować, jak długie i na ile wnikliwe powinny być i dlaczego de facto brak jest polemiki na blogach?


Od lewej: Szyszka (Kawa z Cynamonem), Ania (Lektury wiejskiej nauczycielki), Miranda (Kawa z Cynamonem), Archer (Do ostatniej pestki trzeba żyć), Janek (Tramwaj nr 4), ja, Agnieszka (Dowolnik)
Właściwie konkluzji nie było, ale fajnie było porozmawiać z innymi ludźmi z tej samej bajki. Widziałam dużo nowych twarzy (jedna z blogerek to zupełna świeżynka – bloguje od zaledwie trzech miesięcy, ale idzie jej bardzo dobrze), miło było również spotkać Sardegnę, Karolinę i Agnieszkę z Dowolnika.
W przerwie paneli (około 11:30) zeszliśmy na salę główną. No i tu mnie zamurowało: nie dość, że stało tylko kilka stoisk na krzyż, to jeszcze na sali rozlegało się… ona tańczy dla mnie, po którym nastało gangnam style. Straszny zgrzyt, który się okazał być zabawą dla dzieci (litości!). Po lewej stronie od wejścia rzeczywiście stały rozstawione stoiska ze sprzętem sportowym (narty, etc), a w tyle biżuteria. Gdzie ja jestem? – myślałam – na bazarze?! Ale pal licho. Po drugiej kawie w kafeteryjce blisko sceny wreszcie dojrzałam jakichś autorów, których kojarzyłam: Philipiuka nie da się nie zauważyć, bo jest bardzo charakterystyczny, tyłem do mnie (oj, niestety) stał Jakub Ćwiek. Żałowałam, że nie miałam przy sobie jakiejś jego książki, bo co bym mu miała podetkać do podpisu, papierową serwetkę? Może następnym razem.
Wypada wspomnieć jeszcze o dwóch miłych akcentach, otóż dziewczyny ze Śląskich blogerów książkowych zorganizowały cieszącą się wielką popularnością wymiankę książkową, a także obdarzyły nas paczuszkami z – a jakże – książkami. Mnie się dostał Victor Horvath, z czego bardzo się cieszę, chociaż do teraz nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie słyszałam to nazwisko (w Dwójce z pewnością).
Po targach, które żegnaliśmy bez żalu impreza przeniosła się do City Rock. Tu również  śmiechom, dyskusjom i okazjonalnym fotkom nie było końca. Wracałam do domu pozytywnie naładowana, nie tyle targami, które były mizerne, co spotkaniem z przemiłymi ludźmi, z którymi łączy mnie wspólna pasja.

Dwoje ludzi - A. A. Milne

Po Dwoje ludzi chciałam sięgnąć już od jakiegoś czasu. Żałowałam, że nie kupiłam jej w antykwariacie kilka lat tamu, bo od tamtej pory była dla mnie niedostępna. Wyobraźcie sobie, jak się ucieszyłam, kiedy koleżanka podarowała mi ją, bo szkoda jej było wyrzucić, a książka przecież całkiem dobra. No więc adoptowałam książkę i jeszcze tego samego dnia zabrałam się za czytanie.
Może nie nazwałabym tego rozczarowaniem, ale książka mnie nie porwała. Jest to nieco infantylna opowieść o bogatym próżniaku, którego jedyna powieść odnosi wielki sukces. Reginald Wellard mieszka na wsi wraz ze swoją młodszą o około piętnaście lat żoną, Sylvią. O ile Wellarda można spokojnie nazwać Kubusiem Puchatkiem w ludzkim ciele (przykro mi, ale porównanie z Kubusiem jest nieuniknione), to Sylvia rozpływa się w braku jakichkolwiek dających się zdefiniować cech, słowem, Sylvia jest napisana kompletnie bez charakteru. 
Jedyna książka Aleksandra Alana Milne'a adresowana do dorosłych czytelników w porównaniu z opowiastkami o Misiu o małym rozumku, niestety wypada blado. Co dziwne, nie jest to spowodowane czasami, w których powieść została wydana (rok 1931), ponieważ Milne'a koledzy z satyrycznego pisma Punch, tacy jak P.G. Wodehouse, czy Jerome K. Jerome nie tylko odnieśli sukces, ale i czytani są do dziś. Oczywiście, nie znaczy to, że Milne'a odradzam, bo tak nie jest - lekka proza napisana z humorem może czytelnikom przypaść do gustu, ale mojego serca nie podbiła. 
O życiorysie Milne'a nie wspominam celowo, bo niedługo zaczynam jego biografię.

Książka przeczytana na wyzwanie

Paryski szyk. Podręcznik stylu - Inès de La Fressange

 Większości książek, po które sięgam wystawiam pozytywne "cenzurki". Tym razem będzie inaczej. Książka okrzyknięta szumnie "podręcznikiem stylu" nie może być - moim zdaniem - nawet skryptem. Owszem, objętościowo jest dość duża, nasycona stylowymi ilustracjami, ale poza tym - duże nic.

Owszem, kilka fajnych rad, z których można skorzystać, ale porady zgromadzone są na niewielu stronach. Że paryżanki lubią bluzki w paski a la Chanel, dżinsy i baleriny - to wie każdy, kto ma oczy i potrafi kojarzyć fakty. Spodziewałam się, że ta książka zrobi mi rewolucję w szafie, tak jak zrobiły to Lekcje madame Chic (filozofia dziesięciu rzeczy w szafie, oraz stawianie na rzeczy ładne używane na co dzień). Ale - niestety. Kiedy książka do nie dotarła - kupiłam ją w internecie - zaczęłam wgryzać się w rady ikony stylu i kiedy już się rozgrzałam i wgryzłam w treść... porady ustąpiły miejsca reklamom drogich butików, w których Fressange robi swoje luksusowe zakupy. Przeżyłam druzgocące rozczarowanie, zważywszy, że choć kupowałam z drugiej ręki - książka była kosmicznie droga! Może, gdybym dostała ją za darmo, powiedzmy na urodziny, to bym się cieszyła. Owszem, fajnie jest "mieć spisane" takie modowe przykazania, jak "jeden supermocny dodatek go superprostego stroju", lub "kupuj ubrania dobrej jakości", ale część porad ("każdy granatowy sweter jest ponadczasowy" czy "nie noś pierścionków na każdym palcu") jest jak z taniego magazynu dla pań. Lepiej poczytać portale internetowe, czy pooglądać filmiki na YT. No, chyba, że ktoś chce szpanować Paryskim szykiem wystającym z jakiejś ekskluzywnej torebki;)  

WYSTAWA "NAJPIERW KSIĄŻKA - POTEM FILM!"

Jeszcze do końca listopada w filii nr 4 rybnickiej Biblioteki można oglądać wystawę Najpierw książka - potem film.

 Filmowcom często umyka wiele wątków z ekranizowanego działa. Dosłowne przełożenie książki na język ruchomych obrazów jest nierzadko niewykonalne. Filia nr 4 Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rybniku proponuje czytelnikom sięgnięcie po literackie pierwowzory hollywoodzkich przebojów. Wystawa jest czynna w godzinach pracy biblioteki. Serdecznie zapraszamy i przypominamy: najpierw książka - potem film!


A Wy - czy najpierw sięgacie po książkę, czy dopiero za sprawą ekranizacji?
Przyznam, że u mnie jest różnie. Czasem po prostu ekranizacja jest pierwsza, ale kiedy idę na jakiś film, który interesuje mnie na tyle, że chętnie przeczytam pierwowzór - oczywiście książka ma wtedy pierwszeństwo. Niekiedy zdarza się, że film jest lepszy: moim zdaniem P.S. Kocham cię jest takim przykładem ekranizacji lepszej niż książka. Ale w 99% procentach to właśnie książka jest  lepsza, pełniejsza i do tego zachwyca językiem. 
Jakie ekranizacje odgadnęliście niedawno? Wybieracie się na jakieś do kina (w tym tygodniu wchodzi kolejna część Igrzysk śmierci)?



  Zdjęcia są mojego autorstwa, ale promują wystawę, więc możecie je obejrzeć na różnych portalach ;)

Bractwo Bang Bang (The Bang Bang Club)

źródło: Filmweb
Niezmiernie rzadko oglądam telewizję, czasem na teatr, to wszystko. Jednak Bractwo Bang Bang (The Bang Bang Club) jest jednym z tych filmów, których za nic nie mogłam przepuścić. Oparty na faktach film fabularny jest ekranizacją wspomnień fotoreporterów południowoafrykańskich Grega Marinovicha i João Silvy. Należeli - wraz z Kevinem Carterem oraz Kenem Oosterbroekiem - do fotoreporterów gazety The Star. Nie było żadnego bractwa, termin został ukuty przez dziennikarzy na potrzeby czytelników; czterech odważnych, utalentowanych mężczyzn spotkało się w trudnych okolicznościach we właściwym czasie. A czas był piekielnie "właściwy": RPA było owładnięte zamieszkami w przededniu upadku apartheidu. Ulicami lała się krew. Jednocześnie, co zastanawiające, zamieszki dotyczyły jedynie rdzennych mieszkańców republiki - biali bawili się w klubach, pracowali jakby nigdy nic, jak gdyby ich problem nie dotyczył (w filmie nie było ani słowa o ataku na farmy, w których ginęli biali farmerzy).
Film stawia kilka ciekawych pytań: Kevin Carter, autor nagrodzonej Pulitzerem fotografii przedstawiającej umierającą z głodu sudańską dziewczynkę i czekającą na posiłek sępa (TU) za to właśnie zdjęcie odżegnywany był od czci i wiary: dlaczego nie pomógł dziecku? czemu nie odgonił ptaka? Czy fotoreporter powinien interweniować, czy pozostać niezależny? Czy powinien opowiadać się po którejś ze stron konfliktu? Czy fotoreporterzy to hieny, czy ludzie z misją? Carter nie wytrzymał presji otoczenia i popełnił samobójstwo wkrótce po otrzymaniu nagrody. 
W filmie jest scena dająca do myślenia: Marinovich wysłuchawszy ściskającej za serce relacji ojca, idzie za parawan robić zdjęcie zamordowanemu dziecku. Marinovich nie myśli o dziecku, bólu ojca, jakby nie miał ludzkich odruchów, jedynie przeszkadza mu niedostateczne naświetlenie, przez co nie może zrobić dobrego zdjęcia. Czy  zatracił siebie, swoje człowieczeństwo? 
Czy reporterzy potrafią oddzielić odwagę, której wymaga pójście na linię ostrzału od szarżowania, kiedy np. Marinovich biegnie pod ostrzałem po... dwie Cole?
Film jest świetnie zrealizowany i napisany, dobrze zagrany i wart obejrzenia. Zainteresowanych fotografiami bohaterów  odsyłam do bloga Grega Marinovicha (TU), strony João Silvy (TU) i oczywiście do książki, po którą i ja sięgnę.
Chcącym pozostać w klimacie filmu polecam filmy Harrison's Flowers, Hotel Ruanda i Ostatni król Szkocji. 

Stephanie von Hohenlohe Księżna nazistów - Jim Wilson

W książce Księżna nazistów Jim Wilson, brytyjski dziennikarz i dokumentalista zastanawia się nad fenomenem Stephanie von Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfürst. Ta Węgierka pochodzenia żydowskiego wykorzystywała urok osobisty by zjednać sobie wpływowych przyjaciół, wśród których byli potentat prasowy, właściciel Daily Mail, lord Rothermere, król Edward VIII z Wallis Simson, a także Adolf Hitler, dla którego stała się jedną z najniebezpieczniejszych kobiet międzywojennej Europy.
Stephanie von Hohenlohe przyszła na świat 16 września 1891 roku jako nieślubne dziecko Ludmili Kurandy, Żydówki z Pragi, która pod nieobecność męża (przebywał w więzieniu) miała romans z Maxem Wienerem. Po wyjściu z więzienia Hans Richter uznał małą Stephenie "za swoją", równocześnie dziewczynka "zyskała" pochodzenie aryjskie i katolickie (co oczywiście będzie oddziaływało na jej korzyść pół wieku później). Stephenie od najmłodszych lat uważana była za piękność. Jeżeli piękno spotka się z wyrachowaniem otrzymujemy groźną mieszankę. Rodzina Stephenie nie była bogata, ale dziewczyna była ambitna i za cel postawiła sobie wyjść za księcia, co też uczyniła. Małżeństwo nie przetrwało zbyt długo, ale Stephenie zyskała tytuł szlachecki (jej nieślubny syn również – sytuacja analogiczna do jej własnej!).
Krążąca po bogatych uzdrowiskach Europy Stephenie poznała Annabel i Jacka Kruse’ów (Annabel była cioteczną babką autora), milionerów i bon vivantów należących do śmietanki towarzyskiej. Annabel szczerze pokochała Stephenie; to ona poznała ją z lordem Rothermere, który znalazł w ramionach ambitnej kobiety pocieszenie.
Nastroje po pierwszej wojnie światowej w Wielkiej Brytanii i Ameryce dopisywały. Wyścigi drogich samochodów, przyjęcia, na których bywali wszyscy; żyło się, jakby jutra miało nie być. Nikt nie myślał o zbrojeniach, chociaż to właśnie Rothermere postulował finansowanie sił lotniczych (późniejszy RAF) w razie kolejnego konfliktu zbrojnego. Tym czasem we Włoszech rodził się faszyzm, a nowo wybrany kanclerz Niemiec rósł na potężnego przeciwnika. Ze słów Wilsona wyniosłam, że tylko Churchill był przeciwny entuzjazmowi, z jakim elity Zjednoczonego Królestwa wypowiadały się o Adolfie Hitlerze. Gorącymi admiratorkami Hitlera były szczególnie piękne siostry Mitford, zwłaszcza szaleńczo zakochana w fürerze Unity (po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Wielką Brytanię Unity próbowała popełnić samobójstwo). Siostra Unity, Diana była żoną brytyjskiej lidera faszystowskiej partii, Oswalda Mosleya. Mosley nie zyskał posłuchu, bowiem Brytyjczycy zbyt przywiązani byli do monarchii i źle odebrali próbę przeszczepu faszyzmu na demokratyczny grunt. O sympatii dla Hitlera mówiło się w najznamienitszych kręgach – król Edward VIII abdykował bo był do tego zmuszony – zbyt często łączono jego nazwisko z nazistami, sama Wallis Simson była gorącą admiratorką Hitlera, a po osiedleniu się pary na stałe Francji często mówiło się o powrocie pro-nazistowskiego króla na tron.
Wilson omawia wpływ przebiegłej i dwulicowej księżnej na tuzów Europy, podaje przykłady jej wyrachowania, knowania i zabiegi, których się dopuszczała dla własnych interesów, oraz interesów ukochanego fürera. Po wojnie odżegnywała się jednak od swojej szpiegowskiej działalności twierdząc, że działała dla pokoju, nie przeciw niemu.
Księżna nazistów nie jest tylko ciekawą biografią sprytnej kobiety, ale i wspaniałym rysem historycznym opisującym ciemną księgę Brytyjczyków sympatyzujących z nazistami. Propaganda, lobbowanie na rzecz wroga, jednocześnie zdrowy rozsądek niektórych spośród polityków (wspomniany Churchill), co miało wpływ na powojenną mapę Europy. Jaka więc była rola księżnej, której pokaźnymi teczkami dysponowały wywiad Zjednoczonego Królestwa i USA?

Winyl i spółka: Cocteau Twins - Treasure

1-go listopada minęło 30 lat od wydania jednej z najlepszych płyt w dorobku brytyjskiej grypy Cocteau Twins. Ta dream-popowa grupa została założona w 1979 roku przez Robina Guthrie i Willego Heggie. Niedługo potem do składu dołączyła niewysoka kobietka o delikatnym, ale zapadającym w pamięci głosie. Liz (Elizabeth Davidson Fraser) śpiewa jakby we własnym języku, jak gdyby znajdowała się na granicy jawy i snu. To właśnie jej pięknym śpiewem obdarzony jest płód w teledysku Teardrop. W 1983 do grupy dołączył Simon Raymonde.
Treasure jest trzecią z dziewięciu studyjnych płyt zespołu związanego ze słynną wytwórnią 4AD (można ją porównać do jazzowego Blue Note Records). Dla 4AD którego nagrywali Dead Can Dance, Bauhaus, Xmal Deutschland, i in.
Tyle tytułem wstępu.
Treasure kupiłam jakieś dziesięć lat tamu w katowickim Allu za dychę. Wiem, że dzisiejsze winyle, to nie płyty szelakowe, ale pamiętam, że to była zima i modliłam się, żeby się nie wyrąbać na śliskim chodniku. Zima, właśnie zima... Od zawsze głos Liz kojarzył mi się z ciepłem, przytulnością (w roku 2000 kupiłam na kasecie Stars and Topsoil w kultowym gliwickim Elvisie, niestety, taśma mi się porwała i została sama okładka). Do Treasure sięgam przeważnie wieczorem, kiedy za oknem pada pierwszy śnieg wirujący w świetle sodowej latarni. Najbardziej lubię końcówkę strony A oraz początek B: Beatrix, Persephone, Pandora, Amelia i wreszcie Cicely. Pod koniec jest jeden z najbardziej onirycznych kawałków: Otterley, na którym śpiewa ni to ludzka istota, ni to wiatr... Jedne z najpiękniejszych kompozycji zespołu, które przenoszą mnie do innego wymiaru. 
Czemu winyl, a nie dajmy na to mp3?  To miękkie brzmienie, rytuał wstawania do zmiany strony. Na winylu wszystko brzmi lepiej, jak film obejrzany w kinie w dobrym towarzystwie... Dla winylu trzeba mieć czas. Mam muzykę do wszystkiego: do jazdy autobusem, mycia naczyń, klejenia łańcuchów na choinkę, czy sobotniego ścierania kurzy. A to taka moja prywatna muzyka do relaksowania się w zimowe wieczory, które zbliżają się nieubłaganie.

Łuk triumfalny - Erich Maria Remarque

Pełen skomplikowanych relacji, niejednoznaczny, emocjonalny, tragiczny - taki jest Łuk triumfalny Ericha Marii Remarque'a. Ta wydana w Stanach tuż po wojnie antywojenna powieść jest jedną z najbardziej znanych w dorobku pisarza. Zawarł w niej piękny przekaz: nawet w najtrudniejszych czasach możliwa jest miłość, kochać może nawet człowiek zastraszony i cierpiący który boi się miłości. Remarque zawarł w niej również swoje doświadczenia; urodzony w Osnabrück Erich Paul Remark dobrze znał wojenne piekło (był ciężko ranny na froncie w czasie I wojny światowej), które opisał w powieści Na Zachodzie bez zmian. Powieść ta jak i film nakręcony na jej podstawie na tyle nie rozjuszyła nazistów, którzy zaczęli prześladować Remarque'a dopatrując się w jego korzeniach pochodzenia żydowskiego. W 1939 roku Remarque emigrował do Stanów Zjednoczonych. Po wojnie zamieszkał w Szwajcarii, w której zmarł w 1970 roku.
Łuk triumfalny oprócz antywojennego wydźwięku, opowiada również o monotonii ludzkiej egzystencji przerywanej miłością, która przychodzi nie w porę. Ravic, doskonały chirurg, zarazem nielegalny emigrant z nazistowskich Niemiec, by nie wyjść z wprawy i mieć za co opłacić pokój w hotelu operuje nielegalnie "za" francuskiego kolegę. Jest świadkiem wielu bezsensownych śmierci pacjentek, które na własną rękę próbują usuwać ciążę. Niektóre z nich są prostytutkami, niektóre zwykłymi pannami, dla których ciąża przychodzi nie w porę. Życie głównego bohatera jest jałowe, a właściwie wyzute z głębszych relacji po części z przyczyn obiektywnych (bez paszportu nie ma co liczyć na legalny pobyt, co za tym idzie na własny dom, samochód, itp.), po części z przyczyn o wiele głębszych - Ravic uciekł z kraju, w którym go prześladowano, bo nie chciał przyłączyć się do ogólnonarodowego spędu pod symbolem swastyki; był poddawany torturom, z których najokrutniejsza było zamordowanie przyjaciółki Ravica na jego oczach. Koszmar jednak powraca - przypadkowo w ulicznym tłumie Ravic rozpoznaje oprawcę, za którym podąża... Jednocześnie w Paryżu, mieście uchodźców, Ravic ratuje niedoszłą samobójczynię, Joanne Madou, w której się zakochuje. Niemłoda już, zakochana w sobie para zostaje rozdzielona przez niesprzyjające okoliczności. W przededniu wojny świat staje na głowie, a bohaterowie piją calvados, gorzki jak ich miłość.
Jak odebrałam te powieść? Zakochałam się w niej! To jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam. Ravic jest wspaniale napisanym bohaterem, w którym można się zadurzyć bez reszty. Ale Joanna irytowała mnie od początku - do tej pory tylko jedna bohaterka wywoływała we mnie autentyczne skurcze żołądka, a była nią Mildred z powieści W niewoli uczuć W. Somerseta Maughama. Dużą sympatią obdarzyłam Borisa, odźwiernego w Alhambrze, która w późniejszych latach słynęła jako lokal kolaborantów.
Świat, w którym przyszło żyć Joannie i Ravicowi to świat kulawy, naznaczony może nie tyle złem, co niechęcią, pogonią za czymś, co nie ma sensu... Tu liczą się pieniądze, stosunki, paszport, a nie umiejętności, wartość, miłość... Przyjaźń istnieje jedynie wśród emigrantów. I niby taka prosta opowieść o miłości, a tyle wzruszeń, tyle emocji.

Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny - Anthony Shadid


Siedziałam w przychodni czekając na swoją kolej. Skończyłam już książkę, która miałam ze sobą i przestawiłam się na radio - Trójkę, oczywiście. Traf chciał, że akurat Michał Nogaś, prowadzący audycje o książkach. Kto jak kto, ale redaktor Nogaś zawsze mnie na jakąś książkę nakusi i muszę ja potem kupić/mieć/przeczytać. Oczywiście od razu zapisałam autora i tytuł, a także skrótowo, o czym książka opowiada. Przy okazji wizyty w zaprzyjaźnionej księgarni stałam się posiadaczką własnego egzemplarza książki Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny Anthony’ego Shadida. Urodzony w Stanach Zjednoczonych Shadid miał libańskie korzenie, ale dorastał w stricte amerykańskiej rodzinie; języka arabskiego nauczył się o wiele później i do celów związanych z pracą. Ten wieloletni korespondent New York Timesa na Bliskim Wschodzie był świadkiem wkroczenia sił amerykańskich do Bagdadu w 2003 roku. Obserwował jak zmienia się świat Irakijczyków, ich życie i sytuacja polityczna. Paradoksalnie zmarł nie w wyniku ran postrzałowych, a… ostrego ataku astmy połączonego z alergią na końską sierść. Dla przypomnienia dodam, że w Iraku w 2004 roku zginął w wyniku ostrzału polski korespondent wojenny, Waldemar Milewicz (dżihadyści zignorowali napis PRESS na samochodzie).

Bagdad liczy sobie ponad półtora tysiąca lat. Miasto to naznaczone jest krwawą historią licznych podbojów, ale i uważane za jedno z najpiękniejszych i najlepiej rozwiniętych. Niestety, XX-ty wiek przyniósł Irakijczykom dalsze rozczarowania – Shadid przytacza analogiczny do tego z 2003 roku przykład „wyzwolenia” Iraku: w roku 1917 Anglicy wyzwalają Irak spod tureckiej niewoli, co prowadzi do krwawo stłumionego powstania w 1920 roku. Po wyniszczającej wojnie z Iranem i napaści na Kuwejt, która pociągnęła za sobą  operację Pustynna Burza, Irak na dziesięć lat został odcięty od świata i zdany na łaskę kacyków podległych dyktatorowi z powodu sankcji wprowadzonych przez USA. W jednym z wywiadów Madeleine Albright zapytana przez dziennikarkę: Słyszeliśmy, że pół miliona dzieci zginęło. Wydaje mi się, że to jest więcej niż zginęło w Hiroszimie. Jak pani myśli, czy ta cena jest warta tego? bezdusznie stwierdziła: Myślę, że to jest bardzo trudny wybór, ale cena – myślimy że jest to tego warte. Irakijczycy nigdy jej tego nie zapomną...
Kiedy w 2003 roku Amerykanie wkroczyli do Iraku ludzie mieli nadzieję na wolność i swobody obywatelskie, które za czasów Saddama Husajna były tłamszone. Dyktator faworyzował sunnitów kosztem bardziej religijnych szyitów. Dowództwo armii USA jednak nie miało planu, co robić z wyzwolonymi ziemiami, i z czasem w Iraku zapanował kompletny chaos. Jak z początkiem działań wojennych bombardowano cele w miarę dokładnie, tak później bombardowane zostały cele cywilne, w tym dzielnice mieszkalne. Mężczyzna trzymający na rękach swoje zabite w wyniku bombardowania dziecko krzyczy do Shadida „czy mój syn wygląda jak generał?!”. W ludziach rośnie rozpacz i  niepewność, co przyniesie jutro. Ceny żywności wzrosły, prąd i woda jest towarem luksusowym. I w pewnym momencie ktoś rzuca, że Husajn nie był taki zły, skoro po zbombardowaniu w czasie  Pustynnej Burzy elektrowni w dwa tygodnie przywrócił miastu dostawy prądu, a amerykanie nie potrafili tego zrobić przez rok… Ludzie buntują się przeciwko okupacji. (tu  możecie poczytać o „stabilizacji” Iraku)
Jednocześnie odżywają dawne animozje miedzy szyitami i sunnitami. Do głosu dochodzą skrajni ajatollahowie, tacy jak Al-Sistani. Rodzi się dżihad, a zamachy na miejsca święte wypełnione tłumami pielgrzymów, bazary pełne kupujących, oraz na utworzoną niemal od nowa policję przybierają na sile zbierając coraz krwawsze żniwo.
Jak żyć w świecie pogrążonym w mroku, w którym ma się wrażenie, że zawsze nadciąga noc? Autor odwiedza kilkanaście zaprzyjaźnionych rodzin; Irakijczycy słyną z gościnności nawet wobec obcych, a Shadid jest przecież jednym z najeźdźców. Czternastoletnia Amal prowadzi dziennik, który regularnie pokazuje reporterowi. Pisze: "Dziecięce serca są pełne lęku i bólu z powodu wojny... Czym zawiniły dzieci, że muszą płakać i dorastać, dźwigając bolesne brzemię wojny?" Nie wstydzi się wyrażać swoich opinii, jest coraz bardziej świadoma sytuacji w kraju, wojna kradnie jej dzieciństwo. Nawet wybory w 2005 roku, które dały Irakijczykom namiastkę wolności i nadziei nie  przyniosły poprawy. Prawdopodobnie po 2003 roku w wyniku konfliktu zbrojnego, w tym także wojny domowej, zginęło około miliona Irakijczyków, w większości cywili. Nie dalej jak w niedzielę bomba podłożona pod namiotem z jedzeniem zabiła czternastu szyickich pielgrzymów, raniąc kolejnych 32.
Do reportażu Shadida podeszłam bardzo emocjonalnie. Pierwsze kilkaset stron czytałam dość długo, bo opis krwawych łaźni, w których ginęły dzieci działał na moja psychikę wyczerpująco. Część poświęcona polityce, rodzącemu się dżihadowi czytało mi się bardzo szybko. Nadciąga noc liczy ponad pół tysiąca stron, ale to za mało, by w pełni poznać ten podzielony, tragiczny kraj. Myślę, że Shadidowi wspaniale udało się oddać trwogę życia codziennego Irakijczyków w okupowanym Bagdadzie; równie rzeczowo opisał podłoże konfliktów religijnych, które doprowadziły do wojny domowej.

Pełnia architektury - Walter Gropius



„Nasz wiek produkuje miliony ekspertów; czas zrobić miejsce dla ludzi z wizją.”

Walter Gropius, jeden z największych architektów  XX-go wieku, jest kojarzony z Bauhausem - uczelnią, która wykształciła odrębny styl, będący połączeniem funkcjonalności ze zrozumieniem ludzkiej natury, nowoczesnego wzornictwa z uniwersalizmem. Podobnie jak inny przedstawiciel stylu międzynarodowego, Mies van der Rohe, Gropius był spadkobiercą zarówno Petera Behrensa (przedstawiciel secesji monachijskiej), jak i De Stijl, których formy architektoniczne cechuje prostota i przestronność.
Początkowe rozdziały Pełni architektury skupione są wokół szkoły architektonicznej nowego typu, która zaczęła działać w 1919 roku w Weimarze. Gropius wyłuszcza założenia Bauhausu, oraz jego nowatorstwo w stosunku do „zwykłych” szkół architektonicznych. „Przyświecający szkole cel zakładał tworzenie współczesnej sztuki architektonicznej, która wzorem natury ludzkiej, miała mieć charakter uniwersalny. Nieprzypadkowo skoncentrowano się na obecnie najbardziej naglącym wyzwaniu – niedopuszczeniu do zniewolenia człowieka przez maszyny (…) Pragnęliśmy wyeliminować wszystkie wady wytworów maszynowych, nie tracąc przy tym ani jednej cennej zalety”. Dla Gropiusa ważna była praca zespołowa z kompetentnym koordynatorem, primus inter pares. Największe zagrożenie upatrywał w sztywnej akademickiej edukacji – przy biurku, nie w terenie. Równowaga między doświadczeniem a wiedzą. „Szkolenie powinien otwierać kurs wstępny, ukierunkowany na koordynację prac ręcznych oraz projektowania”. Młody projektant „powinien potrafić trafnie ocenić proces gospodarczy łączący się z późniejszym wytwarzaniem wyrobu na skalę masową, nawet jeśli czas i ilość zużytego materiału mają w procesie projektowania i produkcji znaczenie drugorzędne”. Doświadczenia powinno się szukać bezpośrednio na budowach, na przykład terminując u kierownika budowy, co miałoby się przełożyć na znajomość budulca, tego, jak zachowuje się dany materiał w praktyce. Dużą wagę przykłada również do znajomości złudzeń optycznych i konsekwencjach do ich zastosowania przez architektów; „projektant – jeśli tylko opanuje odpowiednie środki – jest w stanie stworzyć złudzenia zaprzeczające faktycznym pomiarom czy planom”.
Walter Gropius położył podwaliny pod współczesne budownictwo i wzornictwo. Postulował uniwersalność w połączeniu z cechami lokalnymi, oraz adekwatność architektury do wymogów nowoczesności. Jego marzeniem było podniesienie standardów życia klasy robotniczej i niższej klasy średniej. W rozdziale Socjologiczne przesłanki dotyczące mieszkań o minimalnym standardzie miejskiej ludności przemysłowej zawarł założenia nowoczesnego budownictwa z wielkiej płyty, jego zalety w porównaniu z zabudową przestarzałego typu, jakim były kamienice z charakterystyczna „studnią” w środku (chodzi o rodzaj podwórza, na które nie padało światło słoneczne). „Podstawowymi wymogami zdrowego życia są, prócz jedzenia i ciepła, światło, powietrze oraz wolna przestrzeń”. Zaspokojenie tych wymogów upatrywał Gropius w maksymalnym wykorzystaniu przestrzeni i możliwościach technicznych, jak na przykład wentylacja, windy, układ bloków względem siebie i światła słonecznego, przy jednoczesnym uwzględnieniu natury w projektach architektonicznych, takich jak skwery, ogrody na dachach, place zabaw. Gropius chciał stworzyć architektoniczny odpowiednik Forda T: dom dla mas. Jednocześnie uważał na konsekwencje powtarzalności, a w rezultacie nudy i stagnacji „Dobra architektura – pisze architekt - powinna być odwzorowaniem samego życia, co zakłada dogłębną znajomość zagadnień biologicznych, społecznych, technicznych i artystycznych.”
Wizja Gropiusa jest wciąż żywa. W całej Polsce rozsianych jest tysiące blokowisk, które w założeniu miały poprawiać sytuacje mieszkaniową rodzin. Dziś takim krokiem naprzód są domki szeregowe budowane na obrzeżach miast przez deweloperów. Są kompromisem między wiejskimi domkami i domami wielorodzinnymi.
Jeszcze na koniec kilka słów o samym wydaniu: okładka z tektury mnie urzekła, druk jest elegancki. W tekście kilka razy możemy natrafić na zmianę koloru czcionki, jak przypuszczam dla oszczędzenia nam pisania po książce. Bardzo się cieszę, że mamy na rynku wydawnictwo skupiające się na tak wartościowych rzeczach, jak architektura, filozofia (Karakter wydaje miedzy innymi Susan Sontag), dobry esej. 

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...