45 Rybnickie Dni Literatury - wybrane spotkania autorskie (na których miałam okazje być:)

W tym roku miałam okazje uczestniczyć w trzech fantastycznych spotkaniach z trzema różnymi osobowościami, a także – niejako na deser – wybrałam  się do teatru. A wszystko w ramach 45 Rybnickich  Dni Literatury.
Profesor Jerzy Bralczyk i prowadząca spotkanie pani wicedyrektor biblioteki, Stanisława Adamek
13 października w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece odbyło się spotkanie z Jerzym Bralczykiem, językoznawcą i autorem wielu publikacji (nie tylko z zakresu językoznawstwa, ale i polityki, czy mediów). Bralczyk często żartował, łączył elokwencję z humorem. Przytaczał ciekawe anegdotki; miedzy innymi dowiedziałam się,  że w Panu Tadeuszu dwa razy występuje słowo „wziąść”, a także – zapytany o slang młodzieżowy dowiódł, że słowo „spoko” zostało użyte pierwszy raz blisko sto lat temu przez… Pierwszą Brygadę. Profesor mówił również o tym, że językoznawca skupia się na tym, jaką język powinien pełnić funkcję, jak powinno się mówić, a nie jak się mówi – a to naszego gościa interesuje najbardziej. Zwracał uwagę na to, że ubożeje nam mowa, ale nie język – co wchodzi do języka, to w nim zostaje, ale za to ubożeje słownictwo, chociaż co dzień uczymy się nowych słów (specjalistycznych, okazjonalnych, zapożyczeń). Zwrócił również naszą uwagę na specyfikę języka polskiego i jego odrębność w stosunku do innych języków, na przykładzie mediów społecznościowych i nieadekwatności kalek językowych: angielskie „lubię to” (like) – Polakowi najpierw coś się podoba, potem dopiero może zdecydować, czy to lubi. Bralczyk zinterpretował także najsłynniejsze polskie zdania: Polacy nie gęsi, swój język mają - nie czyj: - gęsi, nie że nie jesteśmy gęśmi; pierwsze polskie zdanie brzmiące daj ać ja pobruszę zostało wypowiedziane prawdopodobnie przez Czecha, a stricte polskie zdania zapisane przez Jana Długosza brzmią: gorze się nam stało, oraz biegajcie, biegajcie! – jak zauważył Bralczyk nie jest to zbyt korzystny początek. Odniosłam momentami wrażenie, że profesor skłania się ku subiektywizmowi językowemu.
Oczywiście rozmowa zeszła również na temat książek Bralczyka. Opowiadał o ostatniej książce – Wszystko zależy od przyimka, na która składa się rozmowa trzech znakomitych językoznawców: oprócz Jerzego Bralczyka z Jerzym Sosnowskim dyskutują Andrzej Makowski i Jan Miodek. Równocześnie został wydany bogato ilustrowany album Jeść!!!, na okładce której znajduje się Franc Fischer („koneser dobrego jedzenia”, literat, filozof i… pierwowzór pana Kleksa). Gość zdradził również najbliższe plany wydawnicze - kolejna książka będzie o zwierzętach lasach i pól, a następna napisana wspólnie z Michałem Ogórkiem o imionach.
Jedno z pytań od publiczności dotyczyło prywatnej kolekcji Panów Tadeuszów, których Jerzy Bralczyk ma około 300 egzemplarzy. Niektóre to prawdziwe perełki wydawnicze, najbardziej jednak nasz gość ceni sobie przepisane odręcznie egzemplarze z XIX wieku, z których jeden jest okraszony dopiskiem „przebrzydłe Kielce”.
Jacek Hugo-Bader

Następnego dnia udałam się na kolejne spotkanie autorskie. Przyznam, że czekałam na nie z wypiekami od momentu, w którym się dowiedziałam, że na Dniach Literatury zagości Jacek Hugo-Bader. Ten człowiek to wulkan energii! Biega maratony, zjeździł Rosję jak kraj długi i szeroki, nie boi się nowych wyzwań, nie cierpi stagnacji. Gość zrezygnował z mikrofonu na rzecz swobodnej artykulacji (i gestykulacji). Hugo-Bader opowiadał o swoich początkach, kiedy to został przyjęty na stanowisko dziennikarza newsowego w Wyborczej, ale – jak sam dodał - pisał zbyt długie teksty, więc został „zesłany” do działu reportażu. Padło pytanie od publiczności: dlaczego Rosja? Hugo-Bader stwierdził, że samo tak wyszło, ponieważ redaktor naczelny Dużego Formatu, zlecił mu napisanie o Michaile Kałasznikowie (reportaż ukazał się później w książce W rajskiej dolinie wśród zielska). Reportaż okazał się bardzo dobry, jednak po latach, już jako doświadczony reportażysta sam sobie wytknął błąd w tym tekście. „Ten tekst jest błahy – mówi Hugo-Bader - nie wszedłem w duszę tego człowieka, nie dobrałem się do tego, co w nim siedzi”. Brak doświadczenia wytknęła mu także ikona współczesnego reportażu, Hanna Krall.
Ta historia skłoniła gościa do podzielenia się z publicznością tajnikami pracy reportażysty: dobry reportażysta ma w rezerwie drugi temat, bo pierwszy może nie wypalić; rozmówcy nie można przypierać do ściany, ale rozmawiać, nie oceniać swojego bohatera. Reportażysta ma obowiązek pomagać bohaterowi mówić; liczy się szczerość, należy wyjaśnić rozmówcy powód, dla którego to z nim się rozmawia, czego się od rozmówcy oczekuje, absolutnie nie wolno kłamać, szczerość za szczerość, należy samemu mówić, żeby pokazać bohaterowi jak ma mówić, jak otworzyć duszę.
Padło wówczas wspaniałe stwierdzenie: „bohater o pojemności 48-godzinnej”; na dyktafonie można zmieścić całe ludzkie życie. „Najbardziej interesuje mnie tajemnica z dna ludzkiej duszy, – mówił dalej Hugo-Bader - krzywdy, świństwa, zdrady, których nie chcesz pokazać, tego mi nikt nie opowie, jeśli nie opowie całej reszty, wchodzi się w ludzki los coraz głębiej, aż dusza zaczyna boleć.” Mimo wszystko autor szanuje prywatność, jeśli coś ma zostać między nim a rozmówcą, zostaje między nimi. Chociażby coś miało większą moc i miało odmalować charakter człowieka.
Jak sam przyznaje zawadza mu praca na etat. Woli pisać książki. Następne będą reportaże o rosyjskich elitach, co się dzieje w ich głowach, ich brak genu buntu. Zacznie w Krasnojarsku, w samym środku Rosji. „Temat za który się biorę musi mnie chwycić za gardło, musi wzbudzić mój entuzjazm” - mówi. Od 25 lat opisuje upadek imperium.
Na pytanie, co mu nie wyszło odpowiedział, że nie spotkał Tiereszkowej, z którą bardzo chciał się spotkać, w zamian napisał piękny reportaż o jej dublerkach.
Opowiadał także o szamanach (wspaniałe reportaże w Białej Gorączce), a także o najnowszej książce Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak.
Ksiądz Arkadiusz Wuwer oraz ksiądz profesor Jerzy Szymik

Ostatnie ze spotkań autorskich, na których miałam okazje być odbyło się w piątek 17-go. Ksiądz profesor Jerzy Szymik opowiadał o najnowszym tomie wierszy Hilasterion. Ten grecki wyraz odnosi się do wieka arki przymierza, która kapłani polewali krwią złożonych w ofierze zwierząt. W Nowym Testamencie takim Hilasterionem jest Jezus. Pisane z pozycji celibatariusza wiersze opowiadają o miłości, pięknie ulotnych chwil, koncentrują się na rzeczach prostych, podstawowych, na ludziach i relacjach między nimi, a wszystko uchwycone przez pryzmat wiary.  „Żeby piękno słowa prowadziło ku życiu” – mówił ksiądz profesor, dodaje przy okazji o głównym przesłaniu swojej poezji, w której stara się uchwycić to, „w jaki sposób Bóg nam pomaga radzić sobie z codzienną krwawicą”. Jako duchowny, który świadomie podążył za swoim powołaniem może się poszczycić: „Nie jestem akwizytorem lipnego towaru”.
Nie obyło się bez interpretacji wierszy, które czytał sam autor (wzruszający wiersz dla raz spotkanej w rzymskiej trattorii pary), a zaproszony specjalnie na tę okazję zespół Ola i przyjaciele wykonał subtelne pieśni do słów księdza.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat ze spotkania: „Nic większego się człowiekowi przydarzyć nie może na tym świecie niż miłość”.

Wisienką na torcie był spektakl, który odbył się wczoraj w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Dziecko dla odważnych na podstawie książki Leszka Talko, zinterpretowane przez małżeństwo Beata i Tomasz Schimscheinerowie znane z wielu kreacji filmowych i telewizyjnych. Lekko i z humorem poprowadzony temat wywarł na publiczności dobre wrażenie. Momentami nie można się było pohamować od śmiechu – szczególnie we fragmentach o Teletubisiach. Dwuaktówka rozpisana na duet aktorski zawierała szereg scen znanych z książki –  Beata Schimscheiner jako Pitu i jako Kudłata była doskonała, jej mimika i ekspresja rzeczywiście przypominały małe dziecko. Tomasz Schimscheiner jako tata śmieszył do łez. Jeżeli będziecie mieli możliwość, koniecznie wybierzcie się na spektakl.
To tylko wybrane atrakcje 45 Rybnickich Dni Literatury, na których udało mi się być. Oprócz wyżej opisanych spotkań autorskich odbyło się wiele koncertów, spektakli i wykładów. Było można miedzy innymi posłuchać Jacka Kurka, Tadeusza Kijonki, Oli Cieślak, która prowadziła warsztaty dla dzieci; w sobotę odbył się koncert muzyki filmowej, a do takiej małej świeckiej tradycji należy występ Michała Bajora, który znów zagościł w Rybniku.
Teraz pozostaje tylko czekać na 46 Rybnickie Dni Literatury, które już za rok!

Follow on Bloglovin

11 komentarzy:

  1. Przyznaję, że Ty to potrafisz uczcić Dni Literatury:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zeszłą środę wybrałam się na Gone girl, ale gdyby nie to, zmieściłabym w grafiku jeszcze jedno spotkanie. No i spotkanie z Ingą Iwasiów nie odbyło się - miało być w niedzielę.

      Usuń
  2. Bader jest świetny! Bralczyka też bym chętnie posłuchała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hugo-Badera mogłabym słuchać cały dzień i nie miałabym dosyć. Bralczyk ma niesamowita wiedzą!

      Usuń
  3. Ah tyle spotkań z autorami super, też bym chciała się na jakieś wybrać :) niestety w mojej okolicy nic się nie dzieje, a do Wrocławia muszę się tłuc autobusem ok. półtora h i jest coraz mniej połączeń ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam naprawdę wielkie szczęście, ze mieszkam w mieście z takimi tradycjami!

      Usuń
  4. Ojej, Jerzy Bralczyk - jestem wielką fanką! Strasznie zazdroszczę takich interesujących spotkań, mam nadzieję, że i w Częstochowie wkrótce zadzieje się coś fajnego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem z Raciborza i niedaleko mam do Rybnika ale jak dla mnie oferta była nie z moich kręgów zainteresowań :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe wydarzenie, jakże Ci zazdroszczę tych spotkań!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...