Lżejszy kaliber - zainspirowana upałami?

Odpoczywając na leżaku w cieniu ogrodowego parasola ciężko się skupić na czymś cięższym, psychologicznym, na czymś wymagającym większego wysiłku intelektualnego. Traf chciał, że akurat miałam dwie lżejsze pozycje pod ręką. 
Wpierw sięgnęłam po Bridget Jones. Szalejąc za facetem autorstwa Helen Fielding. Pamiętam pierwszy rzut bridgetomanii, która wybuchła około roku 2000. Wtedy miłosne perypetie trzydziestoletniej Brytyjki były świeże i zabawne. Ile razy wybuchałam śmiechem czytając Dziennik, czy W pogoni za rozumem! Niemal znam je na pamięć, bo do niedawna były moją ulubioną letnią lekturą. Z filmami było gorzej: Bridg była rozmemłana, niechlujna, głupiutka i jakaś... walnięta. Druga część znacznie odbiegała od oryginału i była moim zdaniem poniżej poziomu. 
Kiedy kilka lat temu usłyszałam o tym, że Helen Fielding pisze trzecią część byłam sceptycznie nastawiona. I, niestety, moje obawy się potwierdziły. Szalejąc za facetem jest książką okropną, bez pomysłu, bez przekazu. Zastajemy nasza bohaterkę jako ponadpięćdziesięcioletnią wdowę z dwójka małych dzieci. Bridget ma umysłowość dziecka, nie radzi sobie z niczym, żyje z tego, co zostawił jej Mark. Oczywiście nie potrafi znieść żałoby i... ogląda się za facetami. Jej wybór pada na trzydziestolatka, który jest równie  niedojrzały emocjonalnie jak ona. Nie wiem, może za dużo wymagam od dojrzałych ludzi, ale dla mnie niemota Bridg i śmianie się z fizjologii jest jakieś takie...
Tylko raz parsknęłam śmiechem:
Przypomniało mi to dietę bananową ojca mojej serdecznej koleżanki ze studiów, który jadł banany, żeby schudnąć... a oprócz bananów jadł to, co zwykle.
Oczywiście książkę przeczytałam całą, bo mimo wszystko mam sentyment do Bridget, ale raczej nie polecam osobom, które nie czytały poprzednich części.

Po Jeden dzień sięgnęłam z bardzo prozaicznego powodu: nie doogladałam filmu. Rzadko czytam książki obyczajowe, zwłaszcza współczesne. Emma i Dexter spotkali się przy końcu studiów. od tamtej pory są serdecznymi przyjaciółmi. On, bogaty niebieski ptak, ona, aspirująca pisarka. Z pozoru nic ich nie łączy.Dla mnie to książka nie o miłości, odnajdywaniu drugiej połówki, tylko o tym jak życie daje po tyłku. Książkę przeczytałam niemal jednym tchem, ale pod koniec miałam już lekki przesyt. Chociaż życie Emmy skłoniło mnie do przemyśleń, a późniejsze życie "po karierze" Dexa przypomniało mi te gwiazdy lat 80-tych (np. King znany z piosenki Love and pride), które prowadziły w VH1 nocne programy. Plus dla Davida Nichollsa za nie-cukierkowy koniec. Bo chociaż smutny, nie brzmiał fałszywie. 

Mimo pogody (czy Wam również w powietrzu pachną jesienne nuty?) nie umiem się skupić na niczym konkretnym. Zaczęłam z sześć książek, ale żadna mi "nie smakuje". Dzisiaj zaczynam Dom w Riverton. Spodoba mi się?
 

Follow on Bloglovin

1 komentarz:

  1. Druga połowa sierpnia zawsze bywa już z nuta jesienną. Słońce jeżeli świeci grzeje już inaczej, delikatniej. Jak dla mnie słoneczna jesień ze swoja kolorystyką mogła by trwać i trwać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...