3 w 1, czyli trzy łyki polskiej literatury

Październik upłynął mi pod znakiem doskonałej polskiej literatury za sprawą spotkań, w których miałam przyjemność uczestniczyć. Sięgnięcie po rodzimą literaturę było więc naturalną konsekwencją.

W tym miesiącu na DKK omawialiśmy Wojciecha Jagielskiego Wypalanie traw. Doskonały beletryzowany reportaż o RPA, polityce Apartheidu, przemianach społeczno-politycznych, pretekstem do ukazania których było morderstwo dokonane na białym farmerze. Okazuje się, że ów farmer nie był przypadkową ofiarą, lecz znanym w okolicy przywódcą bractwa porównywanego z Ku Klux Klanem. Obraz murzyńskich gett, które przedstawia nam Jagielski przywodzą na myśl getta żydowskie z czasów II wojny światowej; podział rasowy naznaczony tak silnie, że jakiekolwiek mieszanie się, bratanie czy współdziałanie nie było możliwe. Niestety, po upadku Apartheidu, kiedy Nelson Mandela został prezydentem w kraju nie żyło się lepiej, wręcz przeciwnie, stanowiska obsadzanie według klucza, którym był kolor skóry odwróciło się o 180 stopni, i zamiast współdziałać, społeczeństwo zostało podzielone, jak dotychczas. Wypalanie traw ma gorzki wydźwięk: nawet bezkrwawa rewolucja nie przywróci ładu, dopóki oparta jest na zemście. 
*
Szczepan Twardoch to jedno z najgorętszych w tym sezonie nazwisk. Tegoroczny Laureat Paszportu Polityki, z wykształcenia filozof, socjolog, mieszkaniec Pilchowic (które są ode mnie o rzut beretem). Kiedy zobaczyłam Morfinę na półce z nowościami, to ją zgarnęłam tak szybko, że powietrze zawirowało. Zrobiłam sobie herbatkę, usiadłam, czytam. I w miarę jak poznaję specyficzny twardochowski język, to mnie jakieś mdłości biorą, jak przy czytaniu lektury szkolnej, powiedzmy takiego Przedwiośnia; jakby mi ktoś kazał to czytać, bo przyjemności tu nie miałam żadnej. Zapoznałam się z entuzjastycznymi recenzjami i co mnie najbardziej zdziwiło, to te bezkrytyczne peany pod adresem powieści. Na drugiej szalce wagi stały nieśmiałe "nie dałem rady", "bełkot". Co podobało mi się w powieści to przedstawienie głównego bohatera, po trosze tchórza, ale język na tyle kostropaty, że po stu stronach miałam dość. Całość bardzo przypomina (klimatem) pisarstwo Krajewskiego: dziwki, morfina, brud, dewiacje seksualne. Dostałam bonusik w postaci przedwojennego Gleiwitz (które autor przecież dobrze zna), oraz wzmiankę o szpitalu w Rybniku (u Krajewskiego również ów szpital "wystąpił"). Czy polecam? Jezu, no szczerze, nie wiem. Dziwne to było i raczej nie moja bajka. Co więcej, kiedy skończyłam, zostało mi do rozdysponowania jeszcze kilka kwadransów. Spożytkowałam je na początek Jadąc do Babagad i od razu mój mózg odpoczął. 
*
No i to jest ta trzecia pozycja z 3 w 1 - o spotkaniu autorskim ze Stasiukiem pisałam kilka postów temu. Nie mogłam się doczekać sięgnięcia po lekturę Jadąc do Babadag. Sięgnęłam i od razu mnie wciągnęło. Piękny język, piękny styl, bardzo sensualna pisanina, którą można poczuć, powąchać, dotknąć. Jeszcze jestem w trakcie, jeszcze nie skończyłam, ale wiem już, że to będzie jedna z lepszych książek, które czytałam. 
I w ten sposób doszłam do jednoznacznego wniosku - wolę literaturę faktu. Nie dla mnie beletrystyka, wolę reportaż, esej, biografię. Być może jakoś podświadomie wychodzę z założenia, że świat jest tak niehomogeniczny, że nawet fikcja wypada w porównaniu z nim blado?

Filmowo... tym razem po polsku

Celebrując polski październik nastawiłam się również na polskie kino, które - ku mojemu zdziwieniu, ma się dobrze! Lubię rodzimą kinematografię; kultową Seksmisję, z której dialogi znam na pamięć, świetne filmy Marczewskiego, Zanussiego, Kieślowskiego. Ale od pewnego czasu to, co robili nasi filmowcy to nawet nie strzał w stopę, to strzał w mózg kinomana!
*
Rok 2004 przyniósł jednak iskierkę nadziei w postaci Wesela Wojciecha Smarzowskiego. Ten sam reżyser w 2009 zasłynął bezpretensjonalnym, niezwykle ostrym Domem złym, a w 2011 ujął widownię Różą.
Najnowszy film Smarzowskiego, Drogówka, jest filmem sensacyjnym ujętym z charakterystycznym dla reżysera brutalizmem i ironią ocierającą się wręcz o czarny humor. Po zapowiedziach, które krążyły po sieci spodziewałam się komedii, a dostałam pełen napięcia mroczny kryminał, powielający najlepsze wzorce zagraniczne: wyobcowany bohater, który stracił wszystko, musi udowodnić swoją niewinność. Drogówka to bardzo dobry film, który polecam widzom o mocnych nerwach i żołądkach.
*
Kolejnym doskonałym moim zdaniem filmem jest Układ zamknięty. Historia jakby gdzieś już zasłyszana: prosperująca firma komputerowa za sprawą zawiści dwóch "układowców" zostaje zrównana walcem, a jej prezesi wtrąceni do więzienia. Niech nikt nie mówi, że to nie przypomina naszego Optimusa. Plus dawno nie widziani Janusz Gajos i Kazimierz Kaczor. Polskie piekiełko w najlepszym wydaniu.
*
Dzień kobiet chciałam obejrzeć już od dawna; Sadowska przedstawia w filmie historię świeżo mianowanej kierowniczki dyskontu Motylek, która po zwolnieniu upomina się o swoje nadgodziny. Mamy tu wszystkie biedronkowskie historie - poronienie na "szychcie", nie wypłacanie nadgodzin, itp., ale najbardziej interesujące jet to, jak zmienia się główna bohaterka - z miłej, lubianej pracownicy przeistacza się w trybik maszyny, nieczuły i gotów za posadę na wszelkie chwyty. Moim zdaniem reklamowanie filmu jako historii o polskiej Erin Brockovich, jest nadużyciem, bo Halina Radwan walczy tylko o swoje nadgodziny i dopiero post factum zauważa niesprawiedliwości (których nawiasem mówiąc sama się dopuszczała). Niemniej jednak, jak film będzie w telewizji, to sobie obejrzyjcie.
*
Jednym z najładniejszych filmów, które ostatnio widziałam jest Miłość Fabickiego. Ostatnio, ze szkodą dla tego filmu, zaroiło się od filmów o tym tytule (dokument o Tymańskim, film M. Haneke). Dramat małżeństwa, które musi sobie poradzić z traumatycznym wydarzeniem. Depresja poporodowa, poczucie winy, brak zaufania, czy prawdziwa miłość jest w stanie to przetrwać? Bardzo gorzki, świetnie zagrany (z wyjątkiem bełkoczącej pod nosem Julii Kijowskiej), prawdziwy. Bardzo przekonujący w roli Tomka Marcin Dorociński, którego uważam za jednego z najlepszych polskich aktorów młodszego pokolenia.
*
Dorocińskie gra również jedną z dwu głównych ról w znakomitym dramacie Lęk wysokości. Jest to historia robiącego karierę w telewizji syna i ojca, który zdradza objawy choroby psychicznej. W roli ojca - Krzysztof Stroiński (który dla mnie chyba na zawsze pozostanie Leszkiem z Daleko od szosy). Plus Śląsk, który jakoś instynktownie poznałam po jednym rzucie oka.
*
Ogród Luizy. Film może trochę naiwny, prosty, ale ładny i jest w nim coś baśniowego.
*
Również w Obławie Dorociński gra również główną rolę. Partyzanci obdarci z bohaterstwa, etosu i humanizmu. Tu wojna jest brzydka, śmierdząca i umiera się naprawdę. Zdrada jest powszechna i próżno szukać tu człowieczeństwa. Maciej Stuhr w bardzo niejednoznacznej roli dowodzi, że jest aktorem pierwszego sortu.
*
Młodego Stuhra również można zobaczyć w kontrowersyjnym Pokłosiu. Bożyczku, jak ja czekałam na ten film! Temat jest trudny, niezabliźniony, jednocześnie myślę, że ten film musiał powstać. Nie uważam go za antypolski, a raczej manifest przeciw nienawiści i pazerności. Wszyscy wiemy, że istniały takie rodziny jak Kowalskich, czy Ulmów, ale istniały również takie wioski, jak Jedwabne... Jest tam pewna scena, kiedy Franciszek Kalina, brat Józefa, zakrada się do opuszczonych bunkrów i czyta napis na ścianie: modlitwę do Matki Boskiej. Skojarzyło mi się to z jedną z części III Symfonii Pieśni Żałosnych Góreckiego, gdzie tekst został zaczerpnięty z napisu wyrytego w podobnym miejscu. 
Co do macew, które służyły za płyty chodnikowe, to z różnych źródeł wiem, że, niestety, tak właśnie było. Nawet w mieście,  w którym obecnie mieszkam jakiś czas temu wmurowano tablicę na parkingu, na którym przed wojną był kirkut.
*
Na koniec taki dziwny film, którego nie umiem zaklasyfikować. Młyn i krzyż jest międzynarodową produkcją nastawioną na efekty specjalne. Wysmakowany, piękny, ale... pusty. Dla licealistów na zajęcia ze sztuki w sam raz. O ile istnieje możliwość przewijania;) 
Z nieco starszych filmów - żeby nie było, że zapomniałam polecam Salę samobójców. Mocny. Zresztą, pisałam już kiedyś na jego temat.
*
Przede mną: Rysa, Kret (ale nie wiem, czy warto), Plac Zbawiciela, Tulipany i wyczekiwany przeze mnie Inny Świat o Danucie Szaflarkiej. Czekam również na Idę. We czwartek bodajże leci Daas. Widział ktoś z Was?

Spotkanie autorskie z Wojciechem Tochmanem

W zeszły piątek w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki odbyło się spotkanie z autorem reportaży, Wojciechem Tochmanem. Znany z takich książek jak Jakbyś kamień jadła (podróż do powojennej Bośni), Bóg zapłać, Dzisiaj narysujemy śmierć (problem ludobójstwa w Rwandzie), lub wydanego zaledwie kilka dni temu zbioru reportaży z Filipin Eli, Eli. Ta ostatnia dotyczy kontrastu jaki istnieje między bogatym światem, a slumsami. Impulsem do powstania książki było zdjęcie kobiety w morzu. Tochman odnalazł Josephine - kobietę ze zdjęcia - i ta właśnie historia otwiera Eli, Eli. Można więc powiedzieć, że - po filozoficznemu, książka zaczęła się od zdziwienia, zdziwienia nad losem kobiety. Autor przyznał, że podobnie było w przypadku reportaży z Rwandy, czy Bośni: Jak można żyć z takim cierpieniem, jak można żyć w tak małym kraju wraz z niedawnymi oprawcami? W miarę dojrzewania autora, zmienia się również i wydźwięk książek - Tochman przyznał, że kiedy wydawał swoje pierwsze reportaże (był wówczas zaledwie dwudziestoparolatkiem) kładł nacisk na cyzelowanie zdań, zajmowała go bardziej strona techniczna reportażu. Dziś jego prace są bardziej humanistyczne. Lubię mieć pewność, że mój tekst nie zaszkodzi bohaterom, dodaje Tochman. 

Spotkanie moderowała Anna Piontek

Zapytany o obiektywizm w reportażu Tochman odpowiedział, że przedstawia w nim swoją prawdę, nikt nigdy nie jest obiektywny, a jedna historia może być opowiedziana z rożnych perspektyw, tak jak Filipiny, to nie tylko slumsy, ale i społeczność bogaczy, klasa średnia; Eli, Eli jednak skupia się przede wszystkim na najuboższych mieszkańcach tego egzotycznego dla nas kraju. Jednakże, dodaje autor, reporter nie powinien stawiać tezy a priori. Literatura non-fiction rządzi się własnymi prawami; jest czymś pomiędzy dziennikarstwem, a literaturą piękną. Według Tochmana fakty są święte, ale nacechowane wrażeniami, które z założenia są czysto subiektywne.
Oczywiście nie zabrakło pytań od licznie zgromadzonej publiczności; pytania dotyczyły nie tylko ostatniej książki, ale również adopcji na odległość (Tochman przyznał: To działa, podając przykład zakonników, którzy zajmują się stypendiami dla młodzieży w Rwandzie), o swoisty wojeryzm, którym nacechowane są reportaże z "trudnych" rejonów świata, a także o Szkołę Reportażu, którą współtworzy wraz z Mariuszem Szczygłem. Padło również pytanie o ONZ; Tochman przyznał, że ONZ jest formacją skompromitowaną (żołnierze kontyngentów pokojowych z uwagi na rezolucję ani w Rwandzie, ani w Srebrenicy nie udaremnili masowego ludobójstwa) i powinna zostać rozwiązana.
Polska szkoła reportażu ma się więc całkiem dobrze. Takie nazwiska, jak - cokolwiek by nie mówić - kultowy Kapuściński, Hanna Krall, Mariusz Szczygieł, Wojciech Jagielski, czy niedawny gość DKK, Wojciech Tochman świadczą o tym najlepiej.

Relacja ze spotkań autorskich w ramach 44 Rybnickich Dni Literatury

44 Rybnickie Dni Literatury dobiegły końca, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia. W tym roku gościliśmy znanych pisarzy, zarówno poetów jak i prozaików, a każdy, nawet najbardziej wymagający czytelnik znalazł coś dla siebie.



Poniedziałek zarezerwowany był dla poezji – gościem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej był związany ze Śląskiem poeta Stanisław Krawczyk. Niestety, nie byłam obecna na spotkaniu, więc tu zatrzymam się na prezentacji autora, który karierę zaczynał na łamach Tygodnika Kulturalnego. Obecnie Krawczyk jest wiceprezesem katowickiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, nadal pozostając czynnym literatem.
We wtorek odbyło się spotkanie z Michałem Rusinkiem, byłym sekretarzem Wisławy Szymborskiej, pisarzem, tłumaczem oraz felietonistą. Moderatorem spotkania był Grzegorz Walczak, który w samych superlatywach przedstawił gościa z Krakowa. Spotkanie odbyło się w sali konferencyjnej, którą niemal po brzegi wypełniła publiczność o szerokim spektrum wiekowym – od dwulatki, poprzez uczniów szkoły podstawowej i średniej, po dorosłych – Rusinek bowiem znany jest ze swoich przekładów z języka angielskiego tak klasycznych opowieści jak cykl o Misiu Paddingtonie, Piotrusiu Panu, czy przekład mini komiksów o Fistaszkach.
Na pytania od publiczności opowiadał z właściwym sobie humorem, odwołując się często do swojej mentorki. Oczywiście nie zabrakło anegdot opisujących współpracę z noblistką; Rusinek opowiadał o twórczości niepoważnej, jej odbiorze oraz o tym, skąd się wzięła pasja poetki do tego rodzaju poezji ("w tradycji anglosaskiej poeta jest rzemieślnikiem, a u nas – wieszczem w stylu Słowackiego i Norwida"). Dodał również, że poetka czerpała z Monty Pythona, cytował jej oraz swoje humoreski i limeryki (które wymieniał na przykład z Turnauem), a także uchylił kulisy słynnego „saloniku” Szymborskiej, kiedy potrafiła zamówić dla gości coś, co świeżo odkryła – pizzę na telefon.  
Dobrze się słuchało przyjemnego tembru głosu gościa, który niewątpliwie posiada dar opowiadania wspaniałych anegdot, które okrasza inteligentnym humorem.
Kolejne spotkanie autorskie Dni Literatury również odbyło się przy sali wypełnionej po brzegi. Jak poprzednio moderatorem był Grzegorz Walczak, a gościem był ceniony prozaik i eseista Andrzej Stasiuk. Luźny, spokojny i bezpośredni Stasiuk zaproponował moderatorowi formę rozmowy, w którą miała się włączać również publiczność. Padały pytania o stosunek do zwierząt, który ujawnia się z całą wyrazistością  w opowiadaniu Suka z tomiku Grochów.  Styl Stasiuka został określony jako sensualny i konkretny. Nie zabrakło pytań o „problem” bałkański – autor najbardziej znany szerokiemu odbiorcy jest z nagrodzonego reportażu Jadąc do Babadag; od czasu wydania Jadąc… zrodziła się niemal moda na kraje zapomniane. Dziś już tematyka bałkańska nie interesuje Stasiuka, jak sam przyznał: „To się wyczerpało”. Autor opowiadał o podróży do Chin, gdzie podpatrywał chiński komunizm; książka planowana na przyszły rok będzie nosiła tytuł „Wschód”. Również w przyszłym roku ukazać ma się książka na poły autobiograficzna, odnosząca się do powojennej wędrówki ludów, przesiedleniach, rodzicach autora oraz zaburzonej tożsamości kulturowej.
Gość, odpowiadając na pytanie z publiczności o stan polskiej literatury współczesnej wyraził swoje niezadowolenie: „Nie ma ciekawych polskich tekstów”. Największe brawa posypały się po odpowiedzi na pytanie o zachętę do czytania; Stasiuk z właściwą sobie  szczerością powiedział, że nie można kogoś zachęcać „Weź się zachęć”, a potem dodał, że „Czytanie jest wielką przygodą, w którą rzucasz się głową naprzód. Zachęcanie do czytania to jak wmuszanie w dziecko zupki”.
Niewątpliwie spotkanie z Andrzejem Stasiukiem będzie długo pamiętane ze względu na żywą interakcję z publicznością, oraz bezpośredniość i szczerość wypowiedzi autora.
We czwartek w sali kameralnej (była czytelnia prasy) odbyło się spotkanie z popularna autorką powieści kobiecych, Hanną Kowalewską. Znaną przede wszystkim z pięcioksiągu zawrociańskiego (jej debiut literacki Tego lata, w Zawrociu wygrał w 1998 roku konkurs organizowany przez Świat Książki oraz Zysk i S-ka, stając się bestsellerem). Moderatorką spotkania była Paulina Dróżdzel (która, jeszcze jako Paulina Krzysztoporka prowadziła spotkanie z Sylwią Chutnik).
Autorka opowiadała o swojej pracy nad pierwszą powieścią; początkowe kilkanaście stron powstało, kiedy miała około siedemnastu lat. Na pytanie o związek kobiet z naturą, odpowiedziała posiłkując się swoimi wspomnieniami z Podlasia, kiedy jako mała dziewczynka moczyła nogi w stawie, pływała w okolicznej rzece. Kowalewska przeczytała również fragment powieści, oraz kilka swoich wierszy. Zwróciła również uwagę na niesprawiedliwość w pejoratywnym wydźwięku „literatury kobiecej”, które przy „literaturze męskiej” jest neutralne.
Spotkanie odbyło się w wąskim gronie, dzięki czemu czuło się więź z pisarką, jakbyśmy my, czytelniczki (przeważały kobiety) były jej własnym kobiecym kręgiem.
Niestety, organizatorzy nie dopisali i część słuchaczy wyszła przed końcem spotkania, ponieważ w Teatrze Ziemi Rybnickiej odbywała się promocja autobiografii Lidii Grychtołówny, światowej sławy pianistki wychowanej i związanej z Rybnikiem.
Ostatnim gościem Dni Literatury był zaproszony na prośbę czytelników Andrzej Pilipiuk. Sala kameralna dosłownie pękała w szwach, wypełniona w większości młodą publicznością. Tym razem moderowała spotkanie pani wicedyrektor, Stanisława Adamek.
Pilipiuk bawił publiczność licznymi dykteryjkami, odnoszącymi się do swojej pracy pisarskiej – w połowie lat 90-tych miał zamiar wydać dwunastotomowa sagę sf; podzielił się z publicznością również swoimi planami na przyszłość. Zdradził część fabuły powstającej już książki opowiadającej o nazistowskich Szwejkach, którzy podróżują w czasie.
Niewątpliwie Pilipiuk zostanie zapamiętany jako gość RDL z największym poczuciem humoru. To jedno z takich spotkań, po których ma się od razu ochotę sięgnąć po książkę danego autora, bo czuje się do niego autentyczną sympatię. 
I tak 44 Rybnickie Dni Literatury przeszły do historii. Był to wspaniały maraton, w którym wzięłam udział. Na spotkaniu z Michałem Rusinkiem towarzyszył mi Władek (od razu poczyniliśmy plany zakupu Misia Paddingtona). Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem było jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie od czasu, kiedy spędziłam z nim pewną niedzielę (niestety, tylko przed ekranem, kiedy był gościem TVP Kultura); za namową koleżanek kupiłam Jadąc do Babadag, które oczywiście podsunęłam autorowi do podpisu. Tak jak wcześniej wspomniałam spotkanie z Hanną Kowalewską było bardzo kameralne i intymne – brakowało wytłumionego światła i lampek dobrego wina, a poczułabym się jak w gronie zżytych przyjaciółek. Pilipiuk, oryginał i zdaje się kawał dowcipnisia wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Podobnie czułam się po spotkaniu z É.E. Schmittem, które miało miejsce półtora roku temu w Katowicach.
Ale to nie koniec spotkań z literatami tej jesieni; w przyszłym tygodniu gościem naszego Dyskusyjnego Klubu Książki będzie Wojciech Tochman, znany reportażysta opisujący problemy ludobójstwa, ubóstwa i terroryzmu. Spotkanie odbędzie się 25 października o godz. 17.00 w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku przy ul. Szafranka.

Inszallah - Oriana Fallaci

Powieść Inszallah Oriana Fallaci dedykuje czterystu żołnierzom amerykańskim i francuskim zamordowanym w masakrze w Bejrucie przez sektę Dzieci Boga. Dedykuje ją mężczyznom, kobietom, starcom, dzieciom zamordowanym w innych masakrach w tym mieście i we wszystkich masakrach owej odwiecznej masakry, której na imię wojna. Powieść ta ma być wyrazem miłości do nich i umiłowania Życia.
Inszallah jest jednym z najbardziej wstrząsających zapisów wojny, jakie napisano; to okrucieństwo nie służy jednak samej sztuce, autorka nie lubuje się bowiem we krwi, lecz cały ten szok jest potrzebny, by pokazać bezsens wojny - Inszallah jest bowiem hymnem na cześć pacyfizmu.
Zgodnie z wyznacznikiem Hitchcocka powieść zaczyna się trzęsieniem ziemi, a po nim napięcie rośnie. Powieść otwiera jeden z najbardziej krwawych epizodów w historii światowego terroryzmu. Wojna w Libanie, Izraelczycy wycofali się zostawiając po sobie walczące o władzę frakcje Palestyńczyków; po masakrze na ludności cywilnej wkracza międzynarodowy kontyngent złożony z Amerykanów, Francuzów, Włochów i Anglików. Pewnego dnia dochodzi do dwu potężnych wybuchów, w których zmiecionych z powierzchni ziemi zostaje około czterystu żołnierzy. Fallaci pisze z perspektywy Włochów, którzy kilka strasznych minut czekają na wybuch trzeciej ciężarówki - zadają sobie pytanie, czy wysłano trzecią ciężarówkę z kierowcą-samobójcą pod ich bazę, tak jak pod bazy Amerykanów i Francuzów?
Strach, pragnienie życia, miłości i piękna jest obecny w sercu każdego żołnierza. Poznajemy cały przekrój społeczeństwa skondensowany do garstki mężczyzn, z których każdy ma życie, które zostawił zakładając mundur. Młodzi mężczyźni z małych miejscowości, zakochani w córce piekarza, czy sklepikarza, dobrze wykształceni, którzy znaleźli się tu jakby przez pomyłkę, starsi mężczyźni z dowództwa, którzy mają rodziny, pasje, naleciałości, wyimaginowane żony, do których piszą długie erudycyjne listy... Każdy żyje w cieniu śmierci, w zagrożeniu kalectwem. Każdy chwyta się ostatnich okruchów piękna i życia na tej entropicznej pustyni, która była niegdyś oazą znaną z wystawnego życia i legendarnych rozłożystych cedrów; czy jest to przyjaźń z pięcioletnią dziewczynką, czy seks ze zjawiskową kobietą, czy choćby kwiatek złożony na wspólnej mogile zmasakrowanych cywili.
Ten surrealistyczny wręcz obraz wojny przypomina mi swoim pacyfistycznym wydźwiękiem Paragraf 22; wojna, która niczemu nie służy, okrucieństwo, którego nie można niczym uzasadnić. Żołnierz to nie bezduszna maszyna do zabijania, troglodyta bez skrupułów, lecz człowiek, którym targa cała paleta emocji i uczuć, jak każdym innym. Jakiś czas temu na Joe Monster był felieton, co znaczy "ranny żołnierz"; my, przed telewizorem, radiem, czytający gazety oddychamy z ulgą, słysząc, że ktoś został "tylko" ranny, że przeżył. Tym czasem "ranny" często oznacza utratę rak, nóg, twarzy...

Inszallah powinna znaleźć się w kanonie, w spisie lektur człowieka myślącego, obok niej nie można przejść obojętnie, zostawia ślad, wręcz wypala na spojówkach  ponadczasowy obraz okrucieństwa wojny tak żywo namalowany przez Fallaci.

Przyznam, że to było moje drugie zetknięcie z Inszallah - na początku lat 90-tych ta dość gruba książka (prawie osiemset stron) stała na nocnym stoliku mamy. Czasami podczytywałam ją z wypiekami na nastoletniej twarzy. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że to książka poważna, dla dojrzałych; zapamiętałam tylko ujadające bezpańskie psy. Potem długo szukałam jej po antykwariatach, ale - jakby jej nigdy nie było. Jakaż była moja radość, kiedy niedawno ocalony Świat Książki umieścił ją w swoich propozycjach. Bardzo dobrze się dzieje, że wydaje się w Polsce tak wartościowe powieści, jak ta.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Świat Książki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...