Ai, Chihuahua!


To już ostatnie w tym miesiącu wyzwanie. A w czerwcu było ich wyjątkowo dużo (Pod hasłem, Trójka e-pik, Book-trotter, Czytaj, to się opłaca). Wyzwanie znalazłam na blogu Kronika Chomika, a dotyczy liter alfabetu. W wyzwaniu Od A do Z w czerwcu króluje F; Fale, Ferdydurke, Festung Breslau, czy może Faraon? Wybrałam zalegającą na półce Fasolową Wojnę
Nichols z właściwym sobie humorem odmalowuje pogranicze amerykańsko-meksykańskie, które pełne jest miejskich legend i charyzmatycznych postaci. Tytułowa fasolowa wojna to spór o nawadnianie nieurodzajnych pól, którą zapoczątkowuje Joe Mandragon. 
Powieść porównywana jest do Stu lat samotności i szczerze powiedziawszy jest to porównanie uzasadnione. Postacie są niekiedy przerysowane, ich historie wręcz nie z tego świata, a korowód mieszkańców miasteczka Milagro zdaje się nie mieć końca.
Nie wiem, czy były inne wydania tej powieści, ale literki są maleńkie i ciężko przeczytać te 500 stron.  Niemniej osobom o dobrym wzroku - polecam.


 


Niektórzy lubią poezję...

Post o moich ukochanych wierszach miał powstać już dawno. Mam kilkoro ukochanych poetów; Dickinson, Hardy (sic!), Yeats, Majakowski, Gałczyński, Szymborska i Leśmian. Mój pierwszy Leśmianowski tomik jest małym kieszonkowym wyborem (Cudotwory miłosne), który jakieś 10-12 lat temu nosiłam w torebce. Drugi kieszonkowy, a właściwie torebkowy tomik to wybór Kwiatów Zła Baudelaire'a. Normalnie po książkach nie bazgrzę, ale te tomiki służyły mi nie tylko jako rozrywka, ale i jako notesy. Bo i numery telefonów (czyje???) i podkreślenia, odjazdy autobusów, a nawet - dziennik lektur końca 2001, całego 2002 i trzy pierwsze lektury 2003 roku. 


koniec 2001:
Mały Bies - Sołogub (ros, F1*)
Ballady i romanse - Mickiewicz (F1)
Portret Doriana Greya - Wilde (F1)
Opowiadania - Hłasko (F1)
Poezja - Verlaine (F1)
Lalka - Prus (F1)  

2002:
Opowiastki o Panu Bogu - Rilke (F1)
Gołąb - Suskind (F1)
Rewizor - Gogol (F1)
Pachnidło - Suskind (F1)
Trzech panów... - Jerome (F1)
Sklepy cynamonowe/Sanatorium pod klepsydrą - Schultz (F1)
Dublińczycy - Joyce (główna*)
Kocia kołyska - Vonnegut (gł.)
Zarys i główne zagadnienia filozofii - Z. Cackowski (gł.)
Bohater naszych czasów - Lermontow (gł.)
[pamiętam, że w tym czasie czytałam również Ibsena i Strindberga i nie rozumiem, czemu ich nie ma na liście?]
Manifest komunistyczny - Marks/Engels (gł.)
Heidegger i filozofia współczesna - Krzysztof Michalski (F1)
Ulisses - Joyce
Mała apokalipsa - Konwicki
Zamek - Kafka

początek 2003:
Metafizyka i pesymizm - z serii Nauka dla wszystkich
Witaj smutku - Sagan
Mur - Sartre

Wtedy bardzo dużo się uczyłam, żeby zdać egzaminy na studia i dostać się na upragnioną filozofię.  Właściwie to dziwne tak znaleźć stary spis, bo myślałam, że Suskinda czytałam w 2003 roku i nawet pamiętam pewną scenkę z tym związaną, a teraz wiem, że moje pamiętanie jest niekompletne. Oj, niezbyt wiarygodnym świadkiem w sądzie bym była:)
Ale miało być o poezji, więc ad rem - mój ulubiony wiersz Leśmiana:

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?
Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.

Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę -
Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.

Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,
Uroczyście - wiekuiście - osobiście.

Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,
Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć...

Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,
Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!


* - F1 i główna to po prostu biblioteki.

Lustra miasta - Elif Şafak

Powieść Lustra miasta kipi od pożądania i miłości, która jest "niezwykle zmysłowa i kobieca", a jest to "miłość niespełniona, bo tylko taka jest ciekawa" - powiedziała w radiowym wywiadzie tłumaczka literatury tureckiej Anna Sulimowicz. Tym razem Şafak przenosi nas w czasy inkwizycji, do XVII-wiecznego Madrytu. Bohaterami opowieści są dwaj bracia Antonio, który został medykiem podobnie jak jego ojciec, oraz Miguel, który żyje chwilą, piękna żona Antonia, która kocha się w Miguelu, sąsiadka, której los pozbawił małego synka, a także zimny jak lód inkwizytor, Alonso Perez de Herrera. Na pierwszym planie mamy soczyście napisaną historie namiętności i czarów miłosnych. Drugim składnikiem powieści są ożywione przedmioty; grusza rozdająca chętnie owoce biedakom, con (noc) i dzień igrające jak dwaj niesforni chłopcy, artefakty w domu czarownicy, etc. Personifikacje Şafak dodają powieści czegoś magicznego, onirycznego i nieuchwytnego. Jak gdyby widziała świat przez magiczne okulary, ukazujące życie duchowe przedmiotów codziennego użytku, oraz przyrody. Najpiękniejsze fragmenty powieści to sen Miguela (rozdział Kielich), oraz wędrówka wąskimi uliczkami Stambułu rabbiego Jakuba (rozdział Kanał). Przepięknie opisane plastycznym językiem nęci czytelnika wszystkimi zmysłami. Jest w niej coś modernistycznego, czego na pozór nie widać przez gąszcz dżinów, zaklętych przedmiotów i zmysłowości. 
To moja trzecia książka Elif Şafak i jestem zupełnie nieobiektywna, bo od pierwszego zdania autorkę pokochałam miłością wielką. Każda z jej książek jest zupełnie inna niż pozostałe, a jednak łączy je przenikliwe spojrzenie, piękny, bogaty język i erudycja autorki. Trochę ciężko jest mi pisać na ten temat, bo kiedy się coś kocha, to się to kocha i cześć. Czytam i słucham na temat Şafak dosłownie każdą wzmiankę, więc namawiam do odsłuchania audycji: Tylko miłość niespełniona może być ciekawa
Myślę, że każdemu z czystym sercem będę polecała książki Thomasa Hardy'ego, Virginii Woolf, Haruki Murakami i właśnie Elif Şafak.
Książka przeczytana z przyjemnością na wyzwanie Pod hasłem (hasło na czerwiec: państwa-miasta)

ŚBK: Dobry zwyczaj nie pożyczaj, czy wręcz przeciwnie?

Drugim z kolei postem tematycznym Śląskich Blogerów Książkowych jest - jak w tytule - pożyczać, czy nie pożyczać (książki) oto jest pytanie. 
Ktoś, kto kocha książki, kto je pieści, wącha, przemawia do nich (tak, nie śmiejcie się!), pożyczenie książki oznacza najwyższy stopień zaufania. No bo przecież ani dziecka, ani kota by się nie pożyczyło. 
Z pożyczaniem mam różne (niekiedy bardzo złe) wspomnienia. Kolega z chóru nie oddał mi biografii Gershwina pióra L. Kydryńskiego (może to czyta i się zawstydzi?), straciłam również sennik i kieszonkowy słownik (Aniu, nie gniewam się). Trudno. Raz książkę zniszczoną odkupiono mi (niestety, inne wydanie), co wydaje się gestem na miejscu i bardzo ładnym. Innym razem książka, o którą musiałam nieomal się wykłócać wróciła do mnie z poszarpanymi rogami, a nawet - kółkiem po kawie (lub kakao)!!! 
Posądzono mnie kiedyś o przywłaszczenie książki-włóczykijki (pierwszy tom HP), a w tym czasie książka przeszła już chyba przez dziesięć innych rąk. Na imprezie w cudzym domu (właściciela nie było, ale był kolega kolegi) zaczęłam czytać Freuda i tak mnie wciągnęło, że pożyczyłam ten tom i dwa inne, zostawiając kartkę ze swoimi danymi na znak, że można mi ufać. Bo nie chcę się chwalić, ale z pożyczonymi książkami to ja jak z jajkiem. Naturalnie mam grono zaufanych osób, którym książki (czy filmy dvd) pożyczam, ale zawsze z jakimś ukłuciem w dołku, ale pożyczę, no bo co - jeszcze wyjdę na żyłę?

Gdyby głupota miała skrzydła, pani fruwałaby jak gołębica!

Pierwsze co robię po otworzeniu rano oczu, to nastawiam Trójkę. Dziś łączyłam, a tam Niedźwiedź i Nohawica. Oho, ale się zgrało - pomyślałam. Zgrało się bardzo, bo akurat wczoraj wieczorem skończyłam książkę Szpital na peryferiach (Nemocnice na kraji města), którą dostałam na Czeskiej

Należę do pokolenia trzydziestolatków, które jak przez mgłę kojarzy serial. TVP wyświetlało go zdaje się w połowie lat 80-tych, a sam serial kręcony był na przełomie 70/80. Trochę muzyki, ogólny kameralny klimat i niejasne poczucie, że serial był naprawdę popularny. Niestety, nie pamiętam ani postaci, ani perypetii bohaterów. Ale "gołębicę" pamiętam!
Po sięgnięcie po Szpital zachęciło mnie wyzwanie Book-trotter; w czerwcu uczestnicy mają za zadanie przeczytać coś czeskiego autora. Przeczytałam z czystej ciekawości troszeczkę konfrontując czeskich lekarzy z współczesnymi, znanymi choćby z Grey's Anatomy. Z tej konfrontacji zwycięsko wyszedł bezapelacyjnie doktor Stosmeier, starszy ortopeda o wielkim poczuciu humoru, który, mogę śmiało powiedzieć "ukradł" serial innym postaciom. 
Dla niewtajemniczonych zarysuję deczko fabułę: do szpitala w podpraskim Borze przyjeżdża młoda pani chirurg, Elżbieta Chunkowa. W tym samym czasie na oddziale reanimacyjnym zjawia się ciężko ranny hokeista Rezek. Ordynatorem oddziału ortopedii jest Karel Sowa (starszy, - junior bryluje w praskim szpitalu). Oprócz tego na oddziale pracuje Błażej, znany ze swojego zamiłowania do pięknych kobiet,  dr. Kralowa, która marzy o dziecku (ale bez męża), czarująca, ale małomówna pielęgniarka Ina, oraz siostra Hunkowa, która... fruwałaby jak gołębica. 
Książkę czyta się bardzo szybko. Nie trafiłam na informację, ale myślę, że jest napisana na podstawie scenariusza. Nie brakuje w niej humoru, oraz takiego życiowego ciepła - ale może to takie moje nostalgiczne podejście. 
No to co, na obiad knedliczki?

Lata 20-te, lata 30-te...

Bardzo rzadko, raz na pięćdziesiąt lat, zdarza się taki tekst, jak Sęk(...), który jest genialny. Myślę, że to najśmieszniejszy utwór, jaki w swojej karierze napisał Konrad Tom, a popełnił  bardzo dużo śmiesznych kawałków. - Tak we wspomnieniach pisał Edward Dziewoński. Myślę, że ten wspaniały skecz każdy zna, ale nie każdy wie, że napisany jest grubo przed II wojną światową. O autorstwie tego skeczu dowiedziałam się niedawno z książki Sławomira Kopera Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej. Nie zdziwiło mnie to, ponieważ od lat, można by rzec, śledzę karierę Konrada Toma, co i rusz dowiadując się czegoś nowego. Większości, niestety, to nazwisko nic nie mówi, nad czym ubolewam, bo warto poznać tego wspaniałego artystę. W swojej najnowszej książce Koper przenosi czytelników w świat teatru, kabaretu i filmu przedwojennego, proponując nam oczywiste biografie Eugeniusza Bodo (pisałam o moim ukochanym przedwojennym aktorze przy okazji jego biografii autorstwa p. Wolańskiego), Aleksandra Żabczyńskiego (ach, ten uśmiech!), Lody Halamy (panowie - zoom na nogi!), czy Jadwigi Smosarskiej (jak ja ją uwielbiam w Czy Lucyna to dziewczyna!). Co cieszy mnie niezmiernie to to, że w zbiorze ukazała się sylwetka Toma, cenionego scenarzysty, autora tekstów kabaretowych (również tekstów popularnych szlagierów), aktor oraz  niezrównany konferansjer. Dziś pamięta się o nim jako o mężu Zuli Pogorzelskiej; mam nadzieję, że po lekturze Gwiazd poszerzy się grono osób ceniących tę nietuzinkową postać.  
Reprezentantem sceny teatralnej przedstawionej przez Kopera jest Stefan Jaracz, ale przyznam - ku mojemu zdziwieniu - teatr nie wywołuje u mnie tych emocji co kino, czy kabaret. 
Moja wielka miłość (międzywojnie) zaczęła się w chwili, kiedy trafiły do mnie dwa oprawione zbiory nut datowane na lata 20-te; wydane nakładem B. Rudzkiego, oraz nakładem F. Grąbczewskiego i I. Rzepeckiego. W skład zbiorków wchodzą romanse cygańskie z repertuaru Serafiny Talarico, słynącej z głosu o bardzo niskim timbrze, Stanisława Ratolda, czy Niuty Bolskiej, eleganckie walce, one-stepy, fox-troty, etc, tańczone przez Zofiję Pflanz, gwiazdkę Mirażu Jadwigę Bukojemską, czy robiącą zagraniczną karierę  Mię Marę. Do moich szczególnie ulubionych należy Chwilka z pięknym wizerunkiem Pierrota - Aleksandra Wertyńskiego. To z tych nut poznałam nazwisko Toma; niepozorny chłopak o smutnej twarzy już niedługo miał się stać jednym z największych sław przedwojennej Warszawy!
Do tej pory za największe kompendium wiedzy o ówczesnym artystycznym świecie uważam książkę Ludwika Sempolińskiego Wielcy artyści małych scen. Jako miłośniczka epoki na półce mam i wspomnienia Halamy i Elny Gistedt i Zimińskiej-Sygietyńskiej, a także krótką książeczkę Wertyńskiego, która wydaje się być napisana, niestety, pod władze ZSRR.
Kilka lat temu zakupiłam także cztery (tylko) filmy; ze względu na niejasności w prawach autorskich nie wolno rozpowszechniać niektórych tytułów. Ponoć minister Zdrojewski ma się tym zająć. Liczę na to. 
Na razie pozostaje cykl na TVP Historia, na który rezerwuję sobie niedzielne popołudnia.
Wracając do książki Kopera, brak mi tu kilku ważnych nazwisk. ważnych, ale nieoczywistych: Michała Znicza, czy Stanisława Sielańskiego (jak ja go lubię!), ale cieszy mnie zapowiedziany przez autora tom dotyczący okupacji.

Czas aniołów - Iris Murdoch

Niewielka objętościowo (w stosunku do innych dzieł autorki) powieść Czas aniołów budzi skojarzenia ze skandynawskim dramatem - mam na myśli Strindberga, Ibsena, czy współczesnego Murdoch Bergmana. Kameralny dramat, który równie dobrze mógłby zostać wystawiony na scenie, rozgrywa się wedle najlepszych klasycznych reguł, wiodąc ostatecznie do tragedii. Klaustrofobiczny klimat starej (zapewne wiktoriańskiej) plebanii, potęguje nieustająca mgła, spowijająca domostwo usytuowane na wyspie, czy półwyspie. Niejako osobą dramatu Murdoch uczyniła ważną w jej powieściach filozofię, a bliżej, heideggerowskie bycie-ku-smierci. obecne są także rozważania na temat Boga, jego braku i moralności, na którą ten brak wpływa, co przewija się w dyskusjach pastora, który dotknięty jest niewiarą, oraz jego brata, piszącego teologiczne magnum opus. 
Ciekawymi postaciami są ciemnoskóra służąca, Pattie, do której od pierwszych chwil czytelnik nabiera ciepłych uczuć, a także podstarzały uchodźca z Rosji, Eugeniusz, wychowujący krnąbrnego syna, Leo, chcącego pozować na domorosłego Raskolnikowa mitomana. 
Czas aniołów Iris Murdoch pozwalam sobie zaliczyć do "rasowej literatury", która dziś już jest praktycznie na wymarciu. Ta niezmiernie elektryzująca proza powstała bowiem w połowie lat 60-tych ubiegłego wieku. Boleję nad tym, że dziś nie wydaje się ponownie tekstów tej wspaniałej brytyjskiej pisarki, choć dziwi mnie, że wydawcy przespali czas, kiedy na naszych ekranach gościł doskonały skądinąd film biograficzny, zatytułowany po prostu Iris.

Książka przeczytana na wyzwanie Trójka e-pik
książka z motywem anioła

Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej - Sławomir Koper

Gdybym miała kiedykolwiek stworzyć sobie świat w startreckowskim holodecku, byłby to świat Drugiej Rzeczypospolitej. Epoka ta fascynuje mnie od lat. Był to czas bez wątpienia wielkich polityków, wielkich artystów oraz epokowych przemian społecznych. 
Jest ktoś, kto zajął się tą epoką w sposób naukowy i od lat przybliża ją czytelnikom. Sławomir Koper wydaje nieomal taśmowo wspaniałe książki dotyczące życia kulturalnego, nieomal od podszewki, które czyta się jednym tchem. Szczególna chwała mu za przybliżanie biografii zapomnianych.
W przemowie do książki Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej autor  pisze: Barwna epoka, inteligentne i piękne kobiety. Tak najkrócej i chyba najtrafniej można podsumować treść tej książki. Koper zaczyna od naszkicowania epoki: międzywojnie było istnym odrodzeniem kobiet, które uzyskały prawa wyborcze, zaczęły robić kariery, a także regularnie pracować, już nie tylko jako bony czy guwernantki. Ponoć mężczyzna jest głową rodziny, ale to kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Jadwiga Beck, żona generała Becka zdaje się doskonale potwierdzać tę tezę, miała bowiem niebagatelny wpływ na politykę i karierę męża; jak zresztą większość ówczesnych żon dygnitarzy.
Koper sięga także do biografii wielkich pisarek epoki, i tak przybliża czytelnikom postać Zofii Nałkowskiej, oraz Ireny Krzywickiej (która już przed wojną pisała o PMSie!!!), a także Marii Dąbrowskiej. Ciekawym wątkiem są kłopoty z egzekwowaniem należności od wydawców - stanowcza postawa Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, oraz dziwnie niezaradna Dąbrowska. Każda z wymienionych artystek miała luźny stosunek do instytucji małżeństwa, co potwierdzały liczne flirty i romanse. 
Jeden z rozdziałów poświęcił autor także kobietom Witkacego; właściwie kobietom, które zniszczył.
Koper przypomniał także biografię Katarzyny Kobro, wspaniałej rzeźbiarki o szerokich horyzontach i tragicznym życiorysie, o czym świadczą zwłaszcza jej małżeńskie perypetie. 
W świat Skamandrytów wprowadza nas rozdział poświęcony Marii Morskiej, muzie poetów międzywojnia.
Rzutem na taśmę przeczytałam także książkę Kopera poświęconą przedwojennym gwiazdom. Czyli... cdn.

Kinoman

W zeszłym roku pisałam o kinach studyjnych, no bo od takich właśnie zaczęła się moja wielka miłość. Do kina chodziłam odkąd pamiętam. Na poranki oczywiście; Bolek i Lolek, Pampalini, Reksio, etc. Niestety, nie zachował się żaden bilet. Następnie były bardziej świadome wybory. Potem wypady z klasą. A potem... się wciągnęłam. 
Bilet szkolny na Króla Lwa (rok 1995) kosztował 35 000, czyli 3,50. Piąty element dwa lata później to już wydatek rzędu 7 złotych. Tytanik to był wielki wydatek - aż 14 złotych (w Bajce). Od Krzyku III bilety były w regularnej cenie 10 złotych, i ceny stale rosły - 12, 14, 15, 16... Ale do kina chodziłam dużo i często. Prenumerowałam Cinema, wycinałam z innych gazet: oj, miałam mnóstwo wycinków, które od 1992 roku wklejałam do grubych zeszytów A4. (Niestety, zeszyty bezmyślnie wyrzuciłam, a byłyby doskonałym źródłem wiedzy i ciekawostek o filmie). 
Zachowałam jedynie kilka biletów i zmęczoną kartkę z zapisanymi tytułami, datami i orientacyjnymi cenami. I tak w 1997 roku obliczyłam, że do kina wybrałam się 31 razy (!). Wielka pustka w zapiskach pojawiła się na studiach, ale wiadomo - człowiek ma inne priorytety. Od kiedy poznałam A. znów pojawiły się zapiski; przeważnie 6-8 razy do roku wybieramy się na film. Czasem chodzę sama, czasem z koleżanką, a czasem A. chodzi sam (np. na Sucker Punch). Teraz mam pokaźny zbiór biletów (chociaż założyłabym się, że ominęłam w zapiskach dwa tytuły, bo nie znalazłam biletów!). Niestety, nie są to już ładne papierki, które przetrwają jako miła pamiątka, a zaledwie wydruki przypominające paragony. Ale je też hołubię...



Dzień (dla) dziecka

Książka, czy zabawka? Do stu złotych? Zabawką dziecko się pobawi i rzuci. Szkoda by było. Więc może książeczka. Kolejna złota kolekcja bajek? Księżniczki z naklejkami? Spiderman?
A może gra planszowa? Wtedy poświęca się dziecku czas, uczy współzawodnictwa, przestrzegania reguł, a przy tym można się świetnie pośmiać.
Może teatrzyk kukiełkowy? Oj tam, cały teatrzyk, wystarczy jedna pacynka i już wyobraźnia dziecka działa. Nawet jedną pacynką i kilkoma lalkami (i dinozaurem) można "robić" bajkę o smoku wawelskim, albo czerwonego kapturka:)
A może... coś ulotnego, jakieś wspaniałe wspomnienia? Lody zjedzone po drodze na plac zabaw (nie wiem jak Wy, ale ja sobie czasami zjeżdżam ze zjeżdżalni z Małym). Może wycieczka do jakiejś pobliskiej hodowli, na przykład do Zagrody Żubrów, albo do Arboretum, Małego zoo, albo nad staw, pooglądać kaczki krzyżówki. 
A my? W planach mamy Arboretum właśnie. Ale to po obiedzie, teraz zagramy w Grzybobranie. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...