Arystoteles (Żywoty i poglądy słynnych filozofów - Diogenes Laertios)

Arystoteles, syn Nikomacha i Faistydy, pochodził ze Stagiry. Był najzdolniejszym uczniem Platona. Zgodnie z tym, co pisze Timoteos z Aten w Żywotach, wadliwie wymawiał niektóre głoski, a nadto — jak mówią — miał bardzo chude nogi, maleńkie oczy, ubierał się wykwintnie, nosił pierścienie i przesadnie pielęgnował zarost. Według Timoteosa miał z nałożnicą Herpylidą syna Nikomacha. Odszedł od Platona jeszcze za życia mistrza, który podobno powiedział: „Arystoteles porzucił nas tak, jak źrebię porzuca matkę, która je zrodziła”. Wybrał w Liceum miejsce odpowiednie do przechadzek i przechadzając się tam codziennie aż do momentu namaszczenia się oliwą, filozofował ze swoimi uczniami. Stąd wzięła początek nazwa „szkoła perypatetycka”. Według innych natomiast nazwa ta pochodzi stąd, że Arystoteles, przechadzając się razem z zażywającym spacerów po przebytej chorobie. Następnie przebywał w Macedonii na dworze Filipa i zajmował się nauczaniem jego syna Aleksandra. Ułożył też prawa dla jego poddanych.

Przypisują mu także przepiękne sentencje.
Na pytanie, jaką korzyść odnoszą kłamcy, „Tę — odpowiedział — że kiedy mówią prawdę, nikt nie daje im wiary”. Skarcony raz za to, że dał jałmużnę jakiemuś nicponiowi, odpowiedział: „Ulitowałem się nad człowiekiem, a nie nad jego charakterem”. Zwykł był mawiać do swoich przyjaciół i tych, którzy mu towarzyszyli, kiedykolwiek i gdziekolwiek przypadkowo przebywał: „Jak wzrok przyjmuje od otaczającego powietrza świat, tak dusza je bierze od nauki”. Często napominając Ateńczyków mawiał, że wynaleźli uprawę zboża i prawa, ale z pszenicy korzystają, a z praw nie. „Korzenie wychowania — mówi — są gorzkie, ale owoc jego jest słodki”. Zapytany, co się szybko starzeje, odpowiedział: „Wdzięczność”. Na pytanie, co to jest nadzieja, odpowiedział: „Marzenia senne na jawie”.


Mówił, że trzy rzeczy są potrzebne w wychowaniu: talent wrodzony, nauka, ćwiczenie. Słysząc, że ktoś z niego szydzi, powiedział: „W mojej nieobecności może mnie nawet chłostać”. Mówił, że uroda jest więcej warta niż list polecający. Niektórzy twierdzą, że miał to powiedzieć Diogenes, Arystoteles natomiast miał nazwać piękną powierzchowność darem boga, Sokrates — krótkotrwałą tyranią, Platon — przywilejem natury, Teofrast — niemym oszustwem, Teokryt — złem ubranym w kość słoniową, Karneades - władzą królewską bez siły wojskowej.


Zapytany, czym się różnią ludzie wykształceni od niewykształconych, odpowiedział: „Tym, czym żywi od umarłych. Mawiał, że wykształcenie jest w chwilach pomyślności ozdobą, a w chwilach nieszczęścia — schronieniem. Rodziców, którzy kształcili swe dzieci, uważa za godniejszych szacunku od tych, którzy je tylko spłodzili, bo ci drudzy dali im tylko życie, a ci pierwsi — piękne życie. Komuś, kto chełpi się, że pochodzi z wielkiego miasta, powiedział, że nie na to trzeba zwraca uwagę, skąd kto pochodzi, ale na to, czy jest godny swojej wielkiej ojczyzny. Zapytany, czym jest przyjaciel, odpowiedział: „Jedną duszą mieszkającą w dwóch ciałach”. Mówił, że niektórzy ludzie są tak oszczędni, jakby mieli wiecznie żyć, inni tak rozrzutni, jakby mieli natychmiast umrzeć.


Pytającemu, dlaczego tak wiele czasu poświęcamy rzeczom pięknym, powiedział: „To pytanie ślepca”.
Na pytanie, co dała mu filozofia, odpowiedział: „To, że bez przymusu czynię to, co inni czynią z obawy przed prawami”.

Ten wpis dedykuję wszystkim studentom i absolwentom filozofii, oraz tym, którzy szukają mądrości na "własny użytek". 

Dom nad wodospadem, czyli Waldemar Łysiak o Franku Lloydzie Wrighcie


Jestem zdania, że piękno jest początkiem filozofowania. Filozofowania w sensie dosłownym, czyli jako dążenie do mądrości, do wiedzy. Moje zainteresowanie architekturą wzięło się z... filmu. A dokładniej z pięknego domu nad jeziorem, który "grał" główną rolę w filmie o tym samym tytule (pisałam już kiedyś o nim). Jednym z twórców, na których wzorowali się przedstawieni w filmie architekci był Frank Lloyd Wright, uważany za najwybitniejszego architekta, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Urodzony w drugiej połowie XIX-go wieku architekt tworzył aż do śmierci w wieku 90 lat, która nastąpiła w 1959 roku. Wpłynął na takich twórców, jak Gropius, Mendelshon, van der Rohe, czy Le Corbusier.
Jego humanistyczna koncepcja architektury organicznej wyrasta ze zrozumienia formy i funkcjonalności budynku, który miał projektować, oraz całego otoczenia, w którym miał stać. W jego twórczości widać także wpływy japońskie, czemu sam zaprzeczał.
Tak zwane Domy Prerii inspirowane były typowo amerykańskim krajobrazem, ukształtowane przez naturalne warunki terenowe i potrzeby człowieka1, były odzewem człowieka na zew natury1. Zorientowane horyzontalnie budowane były z ciemnego drewna, cegły, kamienia (częściowo nieobrobionego), naturalnego tynku piaskowego, stiuków i szkła. W niektórych Domach Prerii kominek, serce układu, wykuty był w bryle skalnej2. Najbardziej jednak ukochał drewno. W Winslow House aby nie wycinać starego, pięknego drzewa obudował go dachem. Co warto dodać, większość Domów Prerii powstało na przedmieściach Chicago.



Projektował również gmachy użyteczności publicznej, które w opozycji do otwartych domów mieszkalnych, były nierzadko pozbawione okien na rzecz nieprzepuszczających widoku z ulicy luksfer. Zaprojektował wieżowce, hotele (nieistniejący już niestety Imperial w Tokio, w którym użył konstrukcji słupowej, opierającej się trzęsieniom ziemi), kościół, nawet krytykowane za brak funkcjonalności (sic!) Muzeum Guggenheima, które jak olbrzymi ślimak wyrasta z ulicy.



Jako architekt doskonały zaprojektował również idealne miasteczko, Broadacre City, które było w zamierzeniu rozległą, skąpaną w przyrodzie powierzchnią rezydencjonalno-uprawną, gdzie każda rodzina otrzymałaby domek i jeden akr ziemi. Zaprojektował Wright dla tego miasta-wsi rodzaj rajskiego ogrodu, zawierającego wszystkie znane urządzenia rekreacyjne i obiekty rozrywkowe. Zaprojektował również superszybką komunikację automobilową i powietrzną (...) Zaprojektował idealne, arcydemokratyczne społeczeństwo, będące utopijną mieszanką idei powrotu do natury w stylu Rousseau3



Waldemar Łysiak w swojej niewielkiej objętościowo książce o Szalonym Architekcie rzetelnie przedstawia życie i program twórcy. Cieszę się, że ją odkryłam, szukając zdjęć mojego domu marzeń...

1 - s. 12
2 - s. 13
3 - s. 24


Przegląd dvd

Kupiliśmy ten dupsik do telewizora. Myślę, że to strata pieniędzy, ale strasznie się napaliłam na tvp kultura i tvp historia. Reszta mnie nie obchodzi. Szkopuł w tym, że na razie nie łapiemy nic innego poza polsatem i tvnem. Na polsacie ostatnio oglądałam Księcia przypływów. Właściwie to chyba miałam seans na życzenie, bo jakiś miesiąc temu czytałam książkę i tak bardzo chciałam z nią skonfrontować film.
Poza KP nie ma w telewizji nic wartego rzucenia okiem. Kiedy nie czytam, oglądam filmy z płyt. No i muszę powiedzieć, że to nieprawda, że polskie kino jest do chrzanu, bo przynajmniej te czterdzieści lat temu było wspaniałe... Trzeba zabić tę miłość zrobiło na mnie duże wrażenie swoją aktualnością. Może dziś nie ma punktów za pochodzenie, ale są punkty maturalne, nie egzaminy na studia, jak było za moich czasów. Do tego nawet stawki wypłat się zgadzają - jeśli jesteś po studiach zarabiasz 1300, a robotnik niewykwalifikowany 2500. Problemy mieszkaniowe, nadzieje i rzeczywistość; wypisz wymaluj Polska początku XX-go wieku. Jako scenarzysta - Janusz Głowacki.
Rok młodszy od filmu Morgensterna jest obraz Hasa. Właściwie celowo używam tu słowa obraz, bo Sanatorium pod klepsydrą nie jest zwyczajnym filmem; oniryczny, surrealistyczny, wciągający, niezwykły. Sanatorium to nakręcony na podstawie prozy Schulza jeden długi sen. Na prawdę oglądając miałam wrażenie, że śnię czyjś sen, z jego przenikaniami, skojarzeniami, ewolucją rzeczy i postaci. Do tego niezwykła, wielokrotnie nagradzana scenografia.
Z filmów nowych i zagranicznych ogromne wrażenie zrobił na mnie Głód Steve'a McQueena. O niepokojach irlandzkich zrobiono już sto jeden filmów, ale ten na prawdę warto obejrzeć. Film opowiada o proteście w więzieniu Maze. McQueen pokazuje nam historię brutalnie, bez mitologizowania, niejednoznacznie. Od razu dodam, że to film dla widzów dojrzałych i o mocnych żołądkach. Świetnie zrealizowane sceny. Proszę szczególnie zwrócić uwagę na strażnika, na scenę bicia więźniów przez prewencję oraz na niesamowite poświęcenie Michaela Fassbendera; grany przez niego Bobby Sands w proteście przeciw władzom podjął strajk głodowy, który po 66 dniach skończył się tragicznie.
Odrobinę lżejszy, ale również skierowany do widzów pełnoletnich jest film Skowyt. Fabuła filmu toczy się wokół procesu o rzekomą pornografię w poemacie Allena Ginsberga. Proces, wspomnienia i wywiad, przetykane są dużą dozą dynamicznej animacji opartej o tytułowy Skowyt. Film skojarzył mi się z o wiele lepszym Nadstaw uszu, ale polecam oba. Poza tym ostatnio wydano Listy Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga. Może powinnam po nie sięgnąć?

Buszujący w zbożu - Jerome David Salinger


Ile ja się w życiu nasłuchałam, że tę książkę koniecznie trzeba przeczytać. Książka-legenda, podobnie jak Skowyt, czy W drodze. Ten egzemplarz ma swoją historię, bardzo zabawną, ale niezbyt nadaje się do cytowania, więc zachowam ją dla siebie. Leżał (stał) u mnie na półce ładnych parę lat, aż w końcu Sardagna zmusiła mnie, by do niego sięgnąć (BBC 100).
Zacznę może od tego, że książeczka jest do połknięcia na jeden wieczór... o ile kogoś nie wkurzy po pięciu stronach. Jest to historia Holdena Caulfielda, szesnastolatka, który zostaje wydalony z prywatnej szkoły Pencey, za "zawalenie" czterech (z pięciu) przedmiotów. Jest to kolejna szkoła, z której chłopaka wyrzucono, co nie robi na nim najmniejszego wrażenia. Mizantrop, patologiczny kłamczuch, ma jednak dobre instynkty, ale nic sobą nie reprezentuje, poza megalomanią, która wprost z niego bucha. Styl i postać kojarzą mi się ze Szklanym kloszem Sylvii Plath, oraz... z Małą Apokalipsą Konwickiego.
Caulfield pałęta się po Nowym Jorku, wkurza ludzi i zanudza swoją mizantropia. I tyle. Średnia literatura, która zrobiła furorę dlatego, że przeciętny Amerykanin nie jest w stanie przeczytać książki, która liczy sobie powyżej 200 stron. A najgorsze, że znam takich Holdenów, wiecznie skwaszonych, krytykujących, zmyślających, którzy kończą jako samotni frustraci.
Tyle.
Jeszcze takie małe post scriptum: dla Iskier Buszującego przetłumaczyła (nawet zręcznie, choć może nieco archaicznie) Maria Skibniewska. Pani tłumacz nie mogła się zdecydować czy The Return Of The Native (Powrót na wrzosowisko) Thomasa Hardy tłumaczyć jako Powrót na rodzinną glebę, czy Powrót tubylca.

Armia. Instrukcja obsługi - gen. Roman Polko

Był rok 1981. Jak to na Śląsku, miałem do wyboru: kopalnia albo studia. (...) A ja miałem dużo różnych zainteresowań, byłem niezdecydowany. Pomyślałem: spróbuję. Dam wojsku szansę* - zaczyna swoją najnowszą książkę generał Roman Polko Armia. Instrukcja obsługi. Polko jest najmłodszym generałem w polskiej armii, postacią medialną i przez większość chyba doskonale znaną. Wielokrotnie odznaczany, wzniósł wielki wkład w rozwój WP oraz Gromu. Na początku drogi wojskowej trafił do tak zwanego Zmechu, czyli Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, o czym opowiada ze swadą przeprowadzającej wywiad-rzekę Paulinie Bolibrzuch. Jak wyglądały ćwiczenia, a także koszarowe zwyczaje, jak wyglądał regulamin, a jak praktyka - Polko umie opowiadać, o czym świadczą zabawne anegdotki okraszone satyrycznymi rysunkami Piotra Suchodolskiego.
Dalej pisze Polko o licznych kontyngentach, w których uczestniczył, a były to między innymi wyjazdy z UNPROFOR na Bałkany, z KFOR do Kosowa, oraz misja stabilizacyjna w Iraku. Polko zwraca szczególna uwagę na ludzki wymiar bycia żołnierzem: Żołnierz nie jest przedłużeniem kolby karabinu, lecz "rozumnym narzędziem", które rozumie i szanuje ludzi, wśród których ma działać.** Generał opowiada również o tym, jak misje zagraniczne odmieniły oblicze naszej armii, a także co dały jemu samemu: UNPROFOR mnie zahartował, pozwolił się sprawdzić w warunkach bojowych. Tego nie da żaden poligon, żadne ćwiczenia w kraju.*** Na zarzut o irracjonalność wysyłania żołnierzy na misję pokojową Polko odpowiada: Wojsko nie jest idealnym narzędziem do zaprowadzania pokoju, tyle że nikt póki co ni wynalazł lepszego. Świat jest niestety tak skonstruowany, że uzbrojony żołnierz, nawet jeśli karabinu nie używa, wciąż najlepiej powstrzymuje tych, co pokoju nie chcą.****
Niejedną "wojskową" książkę już czytałam [m.in. Komandos R. Marcinko i J. Weisman, Snajper H. E. Wasdin, S. Templin, Operacja Geronimo C. Pfarrer] i przyznam ze zdziwieniem, że gen. Roman Polko to osoba skromna, sympatyczna i szalenie inteligentna. Polko podkreśla rolę musztry i regulaminów w kształtowaniu dobrych nawyków żołnierzy, zarazem pisze o tym, czemu jednostki specjalne łamią regulamin.
Liczne ilustracje, przydatne informacje (np. poradnik ochotnika, stopnie wojskowe, nawet statystyka kobiet w polskim wojsku), humor wojskowy, oraz szereg ciekawostek, o których przeciętny cywil nie ma zielonego pojęcia, sprawiają, że książkę czyta się niezwykle ciekawie. Twarda oprawa sprawia, że książka nadaje się i do domowej biblioteczki i na prezent. Nie wiem, czy tylko takie małe kobietki, jak ja, czy cywile w ogóle pragną zajrzeć za kulisy, podejrzeć jakie jest to życie "w kamaszach". Polskie filmy o wojsku raczej ośmieszają, lub zniechęcają do tej instytucji, na przykład Samowolka opowiadająca o tak zwanej fali, która jest zdaniem Polko rzadko spotykaną patologią, w Demonach Wojny major Keeller, grany przez Bogusława Lindę, zachowuje się zdaniem generała nieprofesjonalnie i nierealnie. Amerykanie nakręcili mnóstwo filmów o Iraku; dla polskiej kinematografii ten temat nie istnieje. Być może doczekamy się kiedyś takiego Helikoptera w Ogniu made in Poland? Może nawet generał przyłoży rękę do jego nakręcenia?
I jeszcze w krótkich żołnierskich słowach mojego męża: "fajna książka".

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu M:
* - s.9
** - s.32
*** - s.157
**** - s.202

Wielki las - William Faulkner

To mój pierwszy Faulkner i powiem szczerze, że zachwycił mnie językiem. Na zbiorek składają się cztery opowiadania oscylujące wokół grupy zaprzyjaźnionych, związanych więzami krwi, lub po prostu jakoś losowo splecionych ze sobą myśliwych. Co prawda jestem przeciwniczką myślistwa, szczególnie takiego dzisiejszego, ale Faulkner podobnie jak Hemingway darzy naturę miłością i wielkim szacunkiem. Niedźwiedź, na którego polują myśliwi jest niczym szachowy przeciwnik - przebiegły, mądry, spersonifikowany, a nie sprowadzony do roli celu, do którego trzeba trafić i jechać do domu.
Nie umiem powiedzieć, czy Faulkner opisuje świat, którego już nie ma. Podejrzewam, że wiele się zmieniło, ale ja sobie tamten las nad Missisipi wyobrażam jak lasy, które dobrze znam.

Zdążyć przed panem bogiem. Hipnoza. Biała Maria - Hanna Krall

Posłaliśmy w czterdziestym drugim kolegę, Zygmunta, żeby zorientował się, co się dzieje z transportami. Pojechał z kolejarzami z Dworca Gdańskiego. W Sokołowie powiedzieli mu, że linia się rozdwaja, jedna bocznica idzie do Treblinki, codziennie jedzie tam pociąg towarowy załadowany ludźmi i wraca pusty, żywności nie dowozi. - relacjonuje Marek Edelman, zastępca Komendanta, Mordechaja Anielewicza, dowódcy Powstania w Getcie Warszawskim. Na pytanie Hanny Krall: Dlaczego wyznaczyliście właśnie ten dzień (na rozpoczęcie powstania) - dziewiętnasty kwietnia? Edelman odpowiada: Nie my go wyznaczyliśmy. To Niemcy. Tego dnia miała rozpocząć się likwidacja getta.
We wstrząsającym wywiadzie-reportażu Zdążyć przed Panem Bogiem Hanna Krall pyta o przesłanki, które zdecydowały o wybuchu powstania. Jak wykazały badania przeprowadzane w szpitalach w getcie (Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku) były trzy stopnie choroby głodowej; I stopień to coś w rodzaju chudnięcia na zdrowie, jakie obserwuje się na wczasach odchudzających; II stopień to już głód znany z ulic getta, III stopień to postać charłactwa głodowego, stan ten jest przedśmiertny, charakteryzuje się nieodwracalnym wyniszczeniem i kurczeniem organów wewnętrznych.
Ci, którzy nie umarli z głodu, byli codziennie wywożeni do Treblinki (KL Treblinka była drugim po KL Auschwitz-Birkenau pod względem liczby ofiar). Edelman wspominał o dziwnej ciszy w zagranicznych mediach na temat Holokaustu, a sprawa przedstawiała się tak, że Londyn nie wierzył w raporty. ŻOB (Żydowska Organizacja Bojowa) zorganizowała ostatni zryw zbrojny, który miał nazistom pokazać jak można umierać z honorem; Chodziło tylko o wybór sposobu umierania, dodaje Edelman.
Marek Edelman był jednym z nielicznych, którzy przeżyli. Tych ocalonych można na palcach policzyć. Z grozą, koszmarem getta, gdzie porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania, konfrontuje Krall powojenne życie Bohatera. Edelman jako kardiolog ratował, przedłużał ludziom życie. Współpraca z Profesorem przyniosła nowatorskie rozwiązania w dziedzinie kardiochirurgii. Liczyło się każde życie.
W tym wydaniu obok Zdążyć przed Panem Bogiem czytelnik dostaje także fragmenty Hipnozy, w których autorka pokazuje, że Ocaleni muszą zmagać się z dramatem poczucia winy właśnie przez to, że przeżyli, jako jedyni z rodziny, z kilkutysięcznego miasteczka.
Biała Maria to już inny ciężar gatunkowy. Poniekąd nawiązuje do splatanych losów Żydów, Polaków i Niemców, a także jak w jednym z wywiadów przyznaje Krall, dopina watki z wcześniejszych książek. Jednym z bohaterów Białej Marii jest Krzysztof Piesiewicz, wspaniały scenarzysta, postać publiczna. Krall unika tabloidyzacji jego postaci. Tym bardziej warto. Z początku myślałam, że postacie są wymyślone przez autorkę, ale każda jest "udokumentowana"; w książce pojawiają się zdjęcia. Nie są to zdjęcia osób, Krall nie uprawia zawodu portrecisty. Zdjęcia przedstawiają przedmioty martwe, miejsca. Myślę, że to bardzo Krallowskie, takie pokazywanie człowieka i jego losu "poprzez", osłoniętego, nie wprost.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...