Przegląd filmowy (edycja styczniowa)

W styczniu miałam dużo różnorodnego oglądania. Odświeżyłam kilka tytułów, na niektóre natknęłam się po raz pierwszy.
Karmel to ciepła opowieść o kobietach. Piękna Layale prowadzi salon piękności, wokół którego kręci się życie pięciu bohaterek. Film ogląda się wspaniale. Jest koprodukcją francusko-libańską, ale problemy, z którymi zmagają się bohaterki są obecne pod każdą szerokością geograficzną. Film można porównać do Stalowych Magnolii, ale jego klimat jest subtelniejszy.
Elegia jest kolejnym kobiecym filmem, który miałam przyjemność obejrzeć. Piękny melodramat zagrany przez wspaniały duet Penélope'ę Cruz i Bena Kingsley'a.
Melancholia to film dziwny, alegoryczny. Zaczyna się jak zwyczajny "kolejny film o weselu", ale w miarę postępu akcji zdajemy sobie sprawę z tego, że tytuł jest kluczem: melancholią nazywano onegdaj dobrze dziś znaną depresję. Film ma mocno zarysowany morał: depresji nie można lekceważyć, chorego nie można pozostawić samemu sobie.
A teraz z szybkością myśli lecimy do Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny obejrzałam doskonały film wyreżyserowany przez Roberta De Niro: Prawo Bronxu jest nie tylko filmem o dorastaniu, ale i o dzielnicy, ludziach ją zamieszkujących, oraz o "ciekawych" czasach. Ponadczasowe kino, którego już się, niestety, nie robi.
Zostajemy w Ameryce: rzadko się zdarza tak dobry dramat, jak W dolinie Elah. Jak wojna niszczy psychikę młodego człowieka, jaki ma wpływ na cywilów, zupełnie nie zamieszanych w działania wojenne. Plus doskonałe role Tommy'ego Lee Jonesa, Charlize Theron oraz Susan Sarandon. Zobaczcie koniecznie!
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona powstał na podstawie opowiadania Scotta Fitzgeralda. David Fincher nakręcił piękny, smutny film o wartości życia, miłości i przemijaniu. Każdy, kto obejrzał ten film mówił mi, że na końcu się popłakał. Ja również się popłakałam. Jedynie nie pasowała mi próbująca dominować nad filmem (takie mam wrażenie) Cate Blanchett. Bardzo cenię tę aktorkę (świetna rola w Aviatorze!), ale tu mi jakoś nie pasowała.
Żeby nie było, że podoba mi się absolutnie wszystko, szczerze odradzam film 7 psychopatów. Film do połowy jest pokręcona komedią o psychopatach, ale potem widać musieli zwolnić scenarzystę, bo przez drugą godzinę nie dzieje się zupełnie nic. Do Sama Rockwella straciłam resztki serca, bo szarżuje jak naćpany; Colin Farrell gra, jak zwykle brwiami, a jedynym aktorem, który potrafi wykonywać swój zawód jest Christopher Walken. Tytuł filmu przyciągnął Toma Waitsa, ale nie wiem, czy jego rola zapadnie Wam w pamięci.
Strasznie się napaliłam na film Shadow Dancer. Obejrzałam chyba wszystkie filmy o dramatycznych zajściach w Irlandii, od świetnego Michaela Collinsa, przez Krwawą niedzielę, na Generale kończąc. Niestety, Shadow Dancer, miło świetnego tematu i doskonałych zdjęć jakoś nie zachwyca. Być może reżyser nie mógł się zdecydować, czy film ma być o miłości, o kraju, czy o terroryzmie i wychodzi deczko nudny film, który przy odrobinie dobrej woli mógłby być na prawdę dobry. I - nie wiem, jak Was - ale mnie obojętność głównej bohaterki deczko denerwuje.
Odwróceni zakochani to film bez sensu. Nie jestem fizykiem, ale jednak coś tam z lekcji o grawitacji pamiętam. Nie lubię filmów, w których zaburzają podstawowe prawa fizyki (w tym też mierżą mnie wszelkie zlekceważone paradoksy dziadka). Nie pamiętam u kogo czytałam, że film jest masakrycznie słodki - jest nie tylko słodki, ale i zrobiony chyba dla dzieci, bo monolog bohatera jest czytany chyba amerykańskim dzieciom (koprodukcja francusko-kanadyjska), drażni niesamowicie. Jedyne, co zachwyca, to efekty wizualne. Odradzam.
W tv w zeszły czwartek leciały dwa świetne filmy: Julie & Julia, o którym pisałam nieraz, że to moja komedia na niehumor i na humor, oraz świetny, biograficzny Iris. Polecam oba bardzo gorąco.
Na koniec zostawiłam sobie prawdziwy hit: Nędznicy. Większość z Was zapewne już film obejrzała. Na blogach pojawiają się coraz to nowsze recenzje. Starałam się nie porównywać filmu do wcześniejszych ekranizacji (widziałam trzy z 29-ciu), a musicalu nie widziałam. Podobał mi się rozmach, z jakim wyprodukowano film. Zrobiony jest rzetelnie, a aktorzy dali z siebie wszystko. Jedna tylko rzecz była dla mnie nie do zniesienia: jestem praktycznie wychowana na musicalach i widziałam chyba wszystkie (i z Astaire'em, i Kellym i Straisand, a także wszystkie rockopery), ale Nędzników mogłabym porównać do Parasolek z Cherbourga, w których nie pada ani jedno MÓWIONE słowo. Po godzinie miałam dość ciągłego śpiewania, a po dwu, myślałam, że oszaleję!
A co mam w planach? Oczywiście Lincolna, Człowieka z blizną, komedię z Jennifer Lawrance, Strasznie głośno, niesamowicie blisko, o którym zapomniałam, Pod osłoną nieba, na które już ostrzę zęby. Może po drodze wpadnie jeszcze jakiś wartościowy tytuł?

Co będziemy czytać w... 1958 roku?



 
Niestety, artykuł jest niedokończony. Pochodzi z książeczki/kalendarza na rok 1958. W książeczce są jeszcze wszelkiego rodzaju porady (jak coś z czegoś sprać), co się będzie nosiło, jak opiekować się papużkami/kotami/żółwiami, etc. Ten artykuł wydał mi się na tyle ciekawy, że postawiłam go zamieścić.Co się czyta do dziś, o kim zapomnieliśmy? 

Moralny Nieład - Margaret Atwood

Moralny Nieład Margaret Atwood to jedenaście opowiadań z różnych okresów życia kobiety. Niektóre są prowadzone z pozycji pierwszej, niektóre z pozycji trzeciej osoby. Z początku bohaterka jest bezimienna, lecz później (może dlatego, że już ukształtowana psychicznie) zyskuje imię Nell. Nell jest alter ego samej Atwood, która w wątki życia kobiety wplotła sporo własnych nici. Autorka urodzona w Ontario większą część dzieciństwa spędziła w kanadyjskich lasach u boku ojca entomologa i matki dietetyczki. Oczekiwanie na przyjście na świat rodzeństwa wyznaczyło początek odpowiedzialności, a wraz z nim koniec dzieciństwa. A ten moment oczekiwania na dziecko, które miało się narodzić (Atwood jest „środkowym” dzieckiem) pięknie opisała w opowiadaniu Sztuka gotowania i podawania, gdzie jako jedenastolatka w skupieniu robi na drutach wyprawkę dla malutkiej siostrzyczki. W innym opowiadaniu – już starsza nastolatka, trochę zbuntowana, ale bardzo grzeczna i rozwinięta intelektualnie – analizuje wiersz, który „ma być” na egzaminie, co jest tylko pretekstem do głębszych rozważań. Na pewno na długo w pamięci zostanie mi tytułowe opowiadanie. Napisane w podobnym tonie, co Jajko i ja Betty MacDonald, pokazuje formułowanie się stosunku Atwood do zwierząt. Autorka bowiem od lat jest wegetarianką i działa w Kanadzie na rzecz ekologii.
Właściwie, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki nigdy sama z siebie nie sięgnęłabym po Atwood. Oczywiście nazwisko jest mi znane; wiedziałam, że to kanadyjska pisarka, poczytna i ekranizowana. Styl Atwood jest dość prosty i powściągliwy, przy tym bardzo obrazowy. Dialogi mogą razić, jako nieprawdziwe, ale kiedy autorka oddaje się wspomnieniom, czyta się ją jednym tchem. Opowiadania Margaret Atwood mogę z czystym sercem polecić osobom lubiącym powieści obyczajowe. Czy sięgnę po „jeszcze”? Nie mówię nie…

Pchli Pałac - Elif Şafak

Pierwszego maja 2002 roku, w środę, o godzinie 12.20 brudna furgonetka – z przodu, z tyłu, z lewej i z prawej strony pokryta mnóstwem mniejszych i większych napisów, ozdobiona na jednym boku wizerunkiem gigantycznej myszy ze szpiczastymi zębami, a na drugim postacią wielkiego, czarnego włochatego pająka – stała zaparkowana od wczesnych godzin rannych na rogu wąziutkiej uliczki wychodzącej na jedną z głównych arterii Stambułu.(…) [Kierowca furgonetki] nazywał się Krzywda Öztürk. Od ponad trzydziestu lat zwalczał robactwo, ale przez te wszystkie lata nigdy nie czuł takiej awersji do swojej pracy jak owego dnia. – Tak, niczym baśniowa Szeherezada, zaczyna snuć swoją opowieść Elif Şafak. Powieść Pchli Pałac tonem narracji przypomina bowiem Baśnie tysiąca i jednej nocy. Opowieść Krzywdy Öztürka niepostrzeżenie przeistacza się w historię nieszczęsnej Agrypiny Fiodorowny Antipowej, która z kolei jest preludium do przedstawienia osobliwych mieszkańców pewnej rozpadającej się kamienicy, zwanej Pałacem Cukiereczek.
Wielowątkowa powieść Şafak to również duchowa mapa Stambułu, jednocześnie ukochane przez autorkę miasto jest tłem dla trafnych spostrzeżeń na temat małżeństwa, samotności, wyobcowania, starości, przemijania, a nawet sposobów robienia porządków domowych. Elif Şafak jest wspaniałą obserwatorką, która potrafi wejść w życie każdego, wywrócić je na lewą stronę, wytrzepać jak stary dywan, a z tego, co wypadnie – potrafi utkać kwintesencję postaci. Jak przyznała w jednym z wywiadów Mam obsesję na punkcie szczegółów; przygotowując się do pisania Pchlego Pałacu Şafak krążyła po Stambule kolekcjonując napisy na murach, w owym czasie czytała również na temat insektów i pestycydów, by dobrze przygotować się do tematu.
Z racji swojej wielokulturowości (Şafak urodziła się we Francji, wychowała w Hiszpanii, obecnie mieszka po pół roku w Turcji i USA) jej pisarstwo jest również internacjonalne. Porównywana do Orhana Pamuka czerpie inspiracje zarówno z tradycji literatury zachodniej (Michel Tournier, Witold Gombrowicz, Nikołaj Gogol, James Baldwin, Edgar Allen Poe, JL Borges), jak i wschodniej (Rumi, Sadi, czy Khalil Gibran). I ten specyficzny dualizm widać także w strukturze powieści: [Pisanie] jest dla mnie tańcem intelektu z intuicją. Taniec ten, jak widać służy pisarce, bo jej powieści bardzo dobrze się sprzedają na całym świecie. Gdybym przyznawała książkom gwiazdki, Pchli Pałac dostałby ich najwięcej. Na pewno sięgnę po inne książki autorki (dotychczas przeczytałam tylko Czarne mleko) – w pierwszej kolejności po Bękarta ze Stambułu i Lustra Miasta.
Przygotowując recenzję korzystałam z wywiadów, które można przeczytać na stronie autorki: http://www.elifsafak.us/en/

Nowe Przygody Mikołajka - René Goscinny, Jean-Jacques'a Sempé.

Od trzech, czterech tygodni co dzień, dwa zaśmiewamy się czytając do snu o przygodach niesfornego Mikołajka. Mówię, co dzień, dwa, bo czytamy na przemian a to Widłaka, a to Janoscha, a to Konopnicką.
René Goscinny - syn polskich emigrantów - pierwsze przygody Mikołajka opublikował w roku 1959. Ilustratorem historyjek był Jean-Jacques'a Sempé. Nazwisko Goscinny'ego na pewno znają fani komiksu, bo jest autorem cyklu przygód Asteriksa.
Wracając do Nowych Przygód Mikołajka; książka jest podzielona na rozdział, składające się z krótkich opowiadanek. Mikołaj uczy się średnio, rozrabia, ale jest przesympatycznym nicponiem i ma paczkę takich nicponiowatych kolegów, z którymi bije się na przerwie - o ile nie widzi ich opiekun grypy, zwany Rosołem (spójrzcie mi wszyscy w oczy!).
Oczywiście nie będę przedstawiała wszystkich postaci, ani streszczała fabuły opowiadań, ale powiem jedno - jeśli macie dzieci i jeszcze nie znacie Mikołajka, to koniecznie wypożyczcie bądź kupcie, a jeśli nie macie dzieci, to sobie poczytajcie. Nie wiem, kto bardziej chichra - Wład, czy ja? Zresztą moje dziecko powiedziało, że jest jak Alcest, bo bez przerwy je (bo kilkulatek je pięć razy dziennie i do tego wolno), a dialogi rodziców są jak żywcem wyjęte z życia rodzinnego każdego z nas. Wszystkim - i dzieciom i "starszym dzieciom" polecam te pocieszne historyjki.


Ta książeczka bierze udział w wyzwaniu Pod hasłem (imię)

Dziesięć filmów, które mogłabym oglądać w kółko

Dzisiaj podam dziesięć filmów, których oglądanie mnie nie nudzi, które uważam z takich, czy innych powodów za dobre i warte ponownego oglądania. Trochę robię konkurencję Kreatywie, ale chyba się Klaudyna nie obrazi:)
1. Pan i władca na krańcu świata. Wspaniały film, który nie ma ni jednej dłużyzny. Jest mądry i świetnie zrealizowany.
2. Siedem lat w Tybecie. Właściwie o tym filmie mogłabym napisać to samo, co o poprzednim. Coś ponad rok temu napisałam: Oczywiście znowu oglądałam Siedem lat w Tybecie. Niemcy w przededniu wybuchu II wojny światowej. Młody, butny austriacki himalaista, Heinrich Harrer wyrusza na zdobycie szczytu Nanga Parbat, zwanej przez Niemców Unser Berg, Nasza Góra; to już czwarta wyprawa, czy tym razem ekspedycja zdobędzie szczyt?
Piękny, epicki dramat o przyjaźni, lojalności i dojrzewaniu. W tym filmie nie ma ani jednej zbędnej sceny, aktorstwo jest na najwyższym poziomie; Brad Pitt tym filmem przekonał mnie do siebie.
No i pozytywka ze Światłem Księżyca Debussy'ego...

3. Pianista. To film wzruszający, doskonały, prawdziwy, miejscami po prosty aż niewiarygodny. Moim zdaniem o geniuszu reżysera nie decyduje to, czy ma same hity pod rząd, tylko jeden jedyny film, który przetrwa. A to jest najlepszy film Polańskiego.
4. Księga Diny. Film hipnotyzujący, odważny, drastyczny. Nie każcie mi streszczać fabuły - kiedyś mama mnie spytała, o czym jest ten film. O kobiecie, odpowiedziałam, ... i ona... łał, to naprawdę niesamowity film. Nie umiem opowiadać fabuły, ale - ten film na prawdę był niezwykły.
5. Portier z hotelu Atlantic. Film ten powstał w 1924 roku. Wbrew temu, co sądzi większość - kino nieme to nie tylko miny. W latach 20-stych w Niemczech powstały dwa odrębne nurty filmowe, wyrastające z warunków, w jakich przyszło żyć ludziom tamtych czasów. Ekspresjonizm "spokrewniony był" z surrealizmem, który był odpowiedzią na okropności I wojny światowej; był oniryczny, dziwny, teatralny. Oraz kino społeczne, którego głównym tematem była degradacja człowieka. Filmem z tego drugiego nurtu jest właśnie Portier.
6. Błękitny anioł. Z 1930 roku jest kontynuacją tegoż nurtu.
7. Hudson Hawk. Komedia z Bruce'em Willisem. Włamywacz-legenda wychodzi z więzienia, niestety wbrew swoim postanowieniom jest "zmuszony" do kolejnego włamania. Kto lubił serial Na wariackich papierach i rodzaj humoru odpowiada rodzaj humoru B.W. - ten się zakocha.
8. Deszczowa piosenka. Nie dość, że musical (ale ten stary-dobry z Genem Kelly), to do tego wspaniała komedia o początkach udźwiękowiania kina.
9. Tęcza Finiana. To jest film, na którego punkcie straciłam głowę... dwadzieścia lat temu. Musical z Fredem Astaire'em, Petulą Clark i Tommym Steelem w rolach głównych. Pewien pomysłowy stary Irlandczyk wraz z piękną córką emigruja do Stanów, bo wedle teorii ekonomicznej Finiana McLonergana (Astaire) "kiedy w XIX-tym wieku ludzie rzucili się wydobywać złoto (w czasie gorączki złota), zakopali je później w ziemi (Fort Knox), gdzie ziemia ma czarodziejskie właściwości". A kto w Irlandii ma złoto? Skrzaty. Więc Finian buchnął złoto spod tęczy. Ale nie ujdzie mu to na sucho, bo skrzaty wysłały w ślad za McLonerganem ekspedycję:)
10. Właściwie to miejsce dziesiąte pozostawiam puste, bo nie mogę się zdecydować, czy to miałoby być zajęte przez Miasteczko Peasantville, czy może 500 dni miłości. A może Julia & Julie? Albo (co roku oglądana z chęcią) Szklana pułapka?

Dziesięć książek, które mają miejsce w moim sercu

Przedwczoraj pisałam o tym, co mi się nie podoba. A dziś - jak w tytule - dziesięć wspaniałych powieści, które mają miejsce w moim sercu. Nie koniecznie muszę je czytać co roku, ale w myślach, wspomnieniach wracam do nich.
1. Z dala od zgiełku tłumu - Thomas Hardy. Właściwie to nie jest jego najlepsza powieść, bo jeśli miałabym komuś taką flagową powieść Hardy'ego polecić byłby to Juda Nieznany. Z dala to opowieść o życiu na wsi w drugiej połowie XIX-go wieku. Pierwszy raz przeczytałam tę powieść bardzo, bardzo dawno temu i ona wróciła do mnie we śnie. Na prawdę. Potem przeczytałam ją drugi raz i na wakacjach w UK (gdzie pierwsze co, to zapisałam się do biblioteki) przeczytałam ją po angielsku. Filmy na podstawie powieści nie są dobre, bo brakuje im klimatu. To na prawdę piękna powieść.
2. Cienie nad rzeką Hudson - IB Singer. Wspaniały przekrój środowiska Żydów w Ameryce początku lat 50-tych XX wieku. Wracam do tej powieści, jako do jednej z najlepszych XX-to wiecznych książek w ogóle.
3. Fale - Virginia Woolf. Ta książka jest jak jak morze, które falami wylewa się na brzeg. Wspaniale skonstruowana, składa się z szeregu myśli, wspomnień i marzeń bohaterów, z którymi jesteśmy od dzieciństwa do starości. Fale są objętościowo bardzo niewielkie, ale ładunek emocjonalny zawarty w powieści jest niezwykły.
4. Pożegnanie z Afryką - Karen Blixen. Piękna powieść o zakochiwaniu się w Afryce, w ludziach. Jedna z książek do pokochania na całe życie.
5. Komu bije dzwon - Ernest Hemingway. Napisana prostym, zwięzłym językiem powieść o partyzantach. Uniwersalna. Niby prosta, ale człowiek się łapie na wracaniu do niej. Polecam również wspaniałe opowiadania Hemingwaya.
6. Lalka - B. Prus. Z ręką na sercu mogę Lalkę nazwać najlepszą polską powieścią. Niestety, straszne jest to, co ministerstwo uczyniło tej powieści, dzieląc jak nożem Wokulskiego na pozytywistę i romantyka. Lalka to przede wszystkim opowieść o świecie, o mieście, o społeczeństwie tamtych czasów, a dopiero w którejś kolejności o miłości.
7. Anna Karenina - L. Tołstoj. Jak poprzednia: trzeba na nią patrzeć całościowo, nie wyrywkowo, bo wtedy staje się po prostu love story. Anna również pomyślana była, jako obraz grupowy.
8. Idiota - Fiodor Dostojewski. Tej powieści nie da się ot tak, jednym zdaniem, jednym słowem. Trzeba przeczytać, żeby zrozumieć piękno tej powieści. A przeczytawszy, człowiek zadaje sobie pytanie, ile we mnie jest z Myszkina?
9. Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - J. K. Jerome. Moja najlepsza książka na wakacje. Czytam ją tak średnio co dwa lata. Nie nudzi mi się. Jest zabawna i pocieszna.
10 Ulisses - James Joyce. Ta książka potrafi przegwałcić umysł na stojąco i woła o więcej. Albo się ją kocha, albo się jej nie przeczytało. Pełna znaczeń, żąda uprzedniego przygotowania do lektury. Najlepiej jako aperitif sięgnąć po historię i wierzenia Irlandii, historię filozofii i wcześniejsze książki Joyce'a.


To nie jest pierwszy top, który powstał na tym blogu. TU jest poprzedni. Co się zmieniło? Co odpadło? Co się pojawiło? To nie jest notowanie, bo ciężko wszystkie książki umieścić na pierwszym miejscu. Zabrakło książek filozoficznych, prawda? A do nich również wracam. Do Arendt, do Marka Aureliusza. Może powinnam zapisać: dwanaście książek, które mają miejsce w moim sercu? Bo czytelnicze serce jest pojemne, prawda?

Perswazje - Jane Austen

Perswazje zostały napisane blisko dwieście lat temu. Myślałby człowiek, że wszystko się zmieniło przez te dwa stulecia, że ludzie są inni. Ale nic bardziej mylnego: Perswazje są chyba najbardziej ponadczasową powieścią Austen. Nikomu, myślę, nie muszę przybliżać biografii tej wielkiej pisarki, i jestem pewna, że macie na koncie chociaż jedną jej powieść.
Jak na uczucie wpłynie upływ czasu, kiedy przez osiem lat nie widziało się obiektu swej miłości? Jak zachowuje się mężczyzna, którego duma ucierpiała? Powieść Austen ma dość prostą konstrukcję: Anna Elliott mając dziewiętnaście lat za radą matki chrzestnej odrzuciła oświadczyny młodego wówczas i będącego bez grosza Fryderyka Wentwortha. Po latach spotykają się znów i za sprawą przypadku przebywają w jednym towarzystwie. Czy Anna, ładna, lecz już nie tak młoda, kocha Fryderyka? Czy w dumnym pięknym mężczyźnie tli się krzta uczuć?
Oprócz oczywiście siły uczuć głównej pary bohaterów, Austen opisuje również... walkę z upływem czasu. Czas jest dla kobiet mniej łaskawy niż dla mężczyzn, co oczywiste i kobieta nieomal trzydziestoletnia nie może się świeżością równać z nastolatką. O ile kapitan Wentworth po ośmiu latach jest pięknym mężczyzną w kwiecie wieku, kobietom w wieku Anny zaleca się unikania słońca, używanie barwiczki i wybielanie twarzy. Właściwie to, że kobiety za czasów regencji malowały się uświadomiła mi Porcelana z bloga Buduar Porcelany, która nawet podaje ówczesne receptury.
Każdy wydobywa z książek to, co podpowiada mu jego charakter i jego curriculum vitae, więc jako już-nie-nastolatka zwracam uwagę na bohaterki w moim wieku. Jeszcze na chwilę wrócę do Anny Kareniny: powieść czytałam dobre dziesięć lat temu, a dopiero niedawno zwróciłam uwagi na pewien motyw, otóż - Anna Karenina chce być adorowana, kochana, podświadomie zazdroszcząc świeżości Kitty. Jest świadoma tego, że dziś jeszcze podoba się mężczyznom, ale już za kilka lat żaden się za nią nie obejrzy, żaden nie obdarzy ją wzrokiem pełnym uwielbienia. Próżność? Jeśli tak, to większość z nas może się do niej przyznać. Ale Anna K. dała się jej ponieść. [Oczywiście nie mam zamiaru jej osądzać, bo jej historia była raczej pretekstem do ukazania nierówności płci].
Anna Elliott jest inna, niż jej późniejsza imienniczka. Mądra, cicha, miła, przy tym posiadająca delikatną urodę, nie ściąga uwagi mężczyzn. Dla niej upływ czasu nie ma znaczenia, ale zauważa go. Jest świadoma, że nie wygląda już tak ładnie, jak wtedy, kiedy Fryderyk był w niej zakochany. Jednak Austen obdarza bohaterkę pięknem wewnętrznym, które działa lepiej niż sto tysięcy barwiczek.
Perswazje są także pięknym studium uczuć dojrzałych, pełnych rezerwy, tłumionych. Uczucia ludzi młodych wybuchają jak fajerwerki, uczucia ludzi starszych, bardziej doświadczonych są ukryte, może nawet głębsze?
To bez wątpienia najlepsza powieść autorki. Wydana, niestety, pośmiertnie.

Wspomnenia z getta warszawskiego

Nie wiem, czy będę się mogła otrząsnąć z takiej dawki smutku i przerażenia. Kończyłam dwie wstrząsające książki: Pamiętnik i inne pisma z getta Janusza Korczaka oraz Pianistę, czyli wspomnienia Władysława Szpilmana. Obaj byli postaciami znanymi w przedwojennej Warszawie, jeden był społecznikiem, drugi – artystą. Jeden zginął u boku wychowanków, drugi – cudem ocalał z holokaustu. Obaj – i Korczak i Szpilman – zamknięci byli w warszawskim getcie, w którym zgromadzono około 460 tysięcy osób na stosunkowo małym obszarze. Tuż przed wojną w Polsce żyło 3,5 miliona Żydów. Po wojnie zostało ich zaledwie 240 tysięcy. Systematycznie wykańczani psychicznie, a później i fizycznie, doprowadzani do nędzy, chorób, w końcu mordowani na masową skalę.
Pamiętnik Korczaka pisany jest w większości w 1942 roku, ostatni zapis datowany jest na kilka dni przed wywózką Domu Sierot do Treblinki, gdzie zginęli wszyscy bez wyjątku. Szpilman spisał swoje wspomnienia tuż po zakończeniu wojny, jeszcze „na świeżo” (pierwsze wydanie jego wspomnień było w roku 1946, ale później cenzura uniemożliwiała dalsze wydania z uwagi na niewygodne dla siebie fakty).
Janusz Korczak, lekarz, intelektualista, pisarz, propagator „wychowywania” dziecka (a nie jego „hodowania”, czy „tresowania”) był dyrektorem i wychowawcą jednego z pośród trzydziestu sierocińców i internatów, znajdujących się na terenie getta. W swoich zapiskach zostawił kronikę codziennych zmagań o egzystencję dużej grupy sierot, na tle coraz bardziej wyniszczanego getta. Bolesne są zapisy o „umieralni dla dzieci”, gdzie z 10-ciu przyjętych w tygodniu umierało dziewięć, lub wszystkie. Ale dla Janusza Korczaka dzieci to nie liczby w statystykach, a Moniuś, Reginka, czy Chaimek. Trzeba nie tylko napalić w piecu, dać jeść, oprać, podać lekarstwo, ale i przytulić, opowiedzieć bajkę o Kocie w butach. Po rozdziale Dwie trumny myślałam, że serce mi pęknie i chciałam odłożyć książkę. Nie mogłam. Taki niesamowity ładunek emocjonalny niosą ze sobą słowa Korczaka, że tylko kamień by nie zapłakał nad losem tych dzieci…
W Pianiście Szpilman wspomina Korczaka, jego odwagę i wierność ideałom. Zapiski Władysława Szpilmana napisane są z niemal dziennikarską pozbawioną zbędnych ozdobników precyzją. Muzyk pozostawia obraz getta z nieco innej strony, ale nadal jesteśmy w tym samym piekle, z którego trudno się wydostać. Pamiętam, że Roman Polański pisał, że z getta można było uciec, ale o wiele ciężej było przeżyć poza jego murami. Szpilman miał przyjaciół, którzy nie bali się narażać życia dla niego (państwo Buguccy), a także, jak już kiedyś wspominałam, trafił na „jedynego c z ł o w i e k a w niemieckim mundurze”; kapitan Wilm Hosenfeld jest bowiem ukrytym bohaterem Pianisty; do książki dołączone są fragmenty jego pamiętnika z roku 1943, które zadają kłam teorii, że o zbrodni przeciw ludzkości, którą uprawiali na ziemiach polskich naziści, nikt na zachód od Warty nie wiedział. W posłowiu napisanym przez Wolfa Biermanna (poeta, prozaik, a także dysydent niemiecki) dowiadujemy się, że ten przedwojenny nauczyciel pomógł nie tylko Szpilmanowi, ale innym Polakom.
Obie książki powinno się przeczytać. Każdy powinien po nie sięgnąć, jak sięga się po wstrząsające Medaliony Nałkowskiej. Obie książki są świadectwami woli życia i bezinteresownej ofiarności w opozycji do ludzkiego okrucieństwa.
Jeszcze taka mała dygresja na koniec. W Pianiście Polańskiego role tytułową zagrał Adrien Brody, którego dziadek jeszcze przed wojną przyjechał do Stanów. Tylko on przetrwał; cała rodzina zginęła w obozach śmierci. A ileż było takich rodzin, z których nie przetrwał nikt…

Anna Karenina, reż. Joe Wright

Nie wiem, czego oczekiwałam od kolejnej ekranizacji Tołstojowskiego dramatu, ale na pewno nie tego, co dostałam. Po dwudziestu minutach miałam ochotę palnąć sobie w głowę i gdybym była krytykiem filmowym, pewnie bym to zrobiła w imię sztuki.
Zacznijmy od tego, że po Annę Kareninę sięgnięto po raz dwudziesty któryś, co w zaledwie stukilkuletniej historii kinematografii stanowi pewnego rodzaju rekord. Oczywiście nie jestem w stanie dotrzeć do wszystkich ekranizacji, żeby je ze sobą skonfrontować, ale obejrzałam te uznane za najważniejsze (rosyjską, uznawaną za jak dotąd najlepszą, amerykańskie z 1935, 48 oraz 1997).
Reżyser Joe Wright, który na swoim koncie ma bardzo dobrą ekranizację Pokuty, niestety znów postawił na najbrzydszego konia w stajni i zmusza nas do oglądania dziwnych min swojej muzy. Zamysł jego był, myślę, taki, by ukazać rosyjską socjetę jako teatralne marionetki; świadczyć o tym ma scenografia, która mnie bardziej kojarzy się z Muppet Show, oraz choreografia, która miała odtwarzać ruchy owych sznurkowych marionetek, a wyglądała, jakby tańczący grali w łapki.
Jedynym oddechem od klaustrofobicznych wnętrz był motyw Konstantego Lewina (moja ulubiona postać z książki), który jako jedyny bohater „dostał” plenery. A aktorem, który jako jedyny w całej obsadzie zostawia nadzieję na dobre aktorstwo był Matthew Macfadyen. Przyznam, że nie widziałam go w Dumie i Uprzedzeniu, bo po kilkunastu minutach przestałam oglądać film z drętwą aktorką, która mi nijak nie pasowała do panny Bennett.
Oczywiście film jest reklamowany spłycającym hasłem „historia wielkiej miłości”. Anna Karenina to opowieść o niesprawiedliwości społecznej, konwenansach, nie tylko zresztą – tak jak nasza Lalka pokazuje przekrój społeczeństwa, wszystkie jego warstwy i trybiki.
Co do obsady, to chyba gorzej być nie mogło. Dla mnie najlepsza była obsada z 1997 roku z Sophie Marceau, oraz cudownie prezentującym się w mundurze Seanem Beanem. Motyw zdradzonego męża najlepiej pokazany był w wersji rosyjskiej z 1967 roku; naprawdę było mi żal Karenina.
Film niestety trwa ponad dwie godziny. Dla mnie to było dwie godziny chaosu bez sensu. Aktorzy nie pokazali żadnych emocji (może ratują się Gleeson w roli Lewina i młodziutka Alicia Vikander jako Kitty, oraz jedyny aktor, który potrafi przyciągnąć uwagę, wspomniany przeze mnie Macfadyen), Anna bez przerwy się Bóg wie czemu wzdrygała, co było komiczne, bo robiła to jakby po niewczasie. Jude Law (Karenin) pokazał niestety swój stały styl (dobry był tylko we Wzgórzu nadziei). Dzieła zniszczenia dopełniały dwie mierne aktorki Kelly MacDonald i Ruth Wilson (Boże, co ona miała z twarzą???)
Jaką Annę chciałabym zobaczyć? Zrobioną z rozmachem, zgodną z historyczną prawdą, dobrze zagraną, bez żadnych „brawurowych” i „nowatorskich” pomysłów. Chciałabym obejrzeć po prostu dobry film.
Zamiast tracić czas na tę koszmarną ekranizację proponuję sięgnąć po książkowy oryginał.

Atlas chmur - David Mitchell

Właściwie sięgnęłam po tę książkę w odwrotnej kolejności, niż zwykle, czyli PO filmie, nie przed. A było to tak: w kinie przed jakimś seansem (może Bond? nie pamiętam) leciało mnóstwo zapowiedzi, a wśród nich - zapowiedź Atlasu. Przeszły mnie ciarki i już się zakochałam nie obejrzawszy jeszcze filmu. Oczywiście, kiedy już obejrzałam, mogę powiedzieć, że w filmie jestem zakochana po uszy. Ale - gdyby nie film, po książkę nie sięgnęłabym z prostej przyczyny: niestety książka dostała etykietkę "fantasy", a ja nie czytuję fantasy (dobra, dobra, jeszcze w styczniu zamierzam sięgnąć po Władcę Pierścieni, a co?!;).
Cieszę się, że zapoznałam się z prozą Davida Mitchella, bo było warto. Urodzony w 1969 roku Mitchell jest autorem czterech powieści, z czego dwie nominowane były do prestiżowych brytyjskich nagród. Książka Atlas chmur została napisana w 2004 roku (pierwsze polskie wydanie jest dwa lata starsze), ale to właśnie za sprawą filmu została okrzyknięta objawieniem.
Atlas to właściwie pięć opowieści w jednym. Opowieść ma - dobrze nam znaną z Pamiętników znalezionych w Saragossie - budowę szkatułkową, czyli, niczym drewniane matrioszki mieszczą się jedna w drugiej. Sam początek to historia Adama Ewinga, który w połowie XIX-go wieku spisuje pamiętnik podczas swej morskiej podróży. Osiemdziesiąt lat później pamiętnik, już w formie książkowej, czyta młody genialny kompozytor, pracujący nad wiekopomnym dziełem. Opus Roberta Frobishera zarejestrowane na czarnej płycie wpada w ucho dziennikarce w USA lat siedemdziesiątych, itd, itp. Kiedy opowieść osiąga apogeum, mamy zwrot i każda opowieść domyka się w odwrotnej kolejności.
Książka Mitchella zachwyca nie tylko przemyślaną konstrukcją, ale i językiem. Każdy fragment utrzymany jest nie tylko w innym tonie, ale i pisany zupełnie innym językiem.
Atlas chmur to nie tylko opowieść o odradzaniu się duszy, geniuszu, o dobrych i złych uczynkach, ale i traktat utrzymany w duchu ekologii - do czego zmierza nas konsumpcyjny styl życia? czym może grozić zbijanie kapitału na nieekologicznych i nieetycznych surowcach? Czy ludzie, jako gatunek, jesteśmy skazani na, w najlepszym wypadku regres, w najgorszym na zagładę?
Do książki na pewno będę wracała w myślach, może kiedyś sięgnę po nią ponownie. Jest w niej coś takiego, że chociaż przeczytałam już coś innego (Pamiętniki Korczaka), dalej jestem duchem w opowieściach Mitchella. Być może już mam swoją książkę roku? Gdybym przyznawała jakiekolwiek gwiazdki w skali najlepszych/najgorszych książek, Atlas chmur dostałby najwyższą notę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...