Anna Karenina, reż. Joe Wright

Nie wiem, czego oczekiwałam od kolejnej ekranizacji Tołstojowskiego dramatu, ale na pewno nie tego, co dostałam. Po dwudziestu minutach miałam ochotę palnąć sobie w głowę i gdybym była krytykiem filmowym, pewnie bym to zrobiła w imię sztuki.
Zacznijmy od tego, że po Annę Kareninę sięgnięto po raz dwudziesty któryś, co w zaledwie stukilkuletniej historii kinematografii stanowi pewnego rodzaju rekord. Oczywiście nie jestem w stanie dotrzeć do wszystkich ekranizacji, żeby je ze sobą skonfrontować, ale obejrzałam te uznane za najważniejsze (rosyjską, uznawaną za jak dotąd najlepszą, amerykańskie z 1935, 48 oraz 1997).
Reżyser Joe Wright, który na swoim koncie ma bardzo dobrą ekranizację Pokuty, niestety znów postawił na najbrzydszego konia w stajni i zmusza nas do oglądania dziwnych min swojej muzy. Zamysł jego był, myślę, taki, by ukazać rosyjską socjetę jako teatralne marionetki; świadczyć o tym ma scenografia, która mnie bardziej kojarzy się z Muppet Show, oraz choreografia, która miała odtwarzać ruchy owych sznurkowych marionetek, a wyglądała, jakby tańczący grali w łapki.
Jedynym oddechem od klaustrofobicznych wnętrz był motyw Konstantego Lewina (moja ulubiona postać z książki), który jako jedyny bohater „dostał” plenery. A aktorem, który jako jedyny w całej obsadzie zostawia nadzieję na dobre aktorstwo był Matthew Macfadyen. Przyznam, że nie widziałam go w Dumie i Uprzedzeniu, bo po kilkunastu minutach przestałam oglądać film z drętwą aktorką, która mi nijak nie pasowała do panny Bennett.
Oczywiście film jest reklamowany spłycającym hasłem „historia wielkiej miłości”. Anna Karenina to opowieść o niesprawiedliwości społecznej, konwenansach, nie tylko zresztą – tak jak nasza Lalka pokazuje przekrój społeczeństwa, wszystkie jego warstwy i trybiki.
Co do obsady, to chyba gorzej być nie mogło. Dla mnie najlepsza była obsada z 1997 roku z Sophie Marceau, oraz cudownie prezentującym się w mundurze Seanem Beanem. Motyw zdradzonego męża najlepiej pokazany był w wersji rosyjskiej z 1967 roku; naprawdę było mi żal Karenina.
Film niestety trwa ponad dwie godziny. Dla mnie to było dwie godziny chaosu bez sensu. Aktorzy nie pokazali żadnych emocji (może ratują się Gleeson w roli Lewina i młodziutka Alicia Vikander jako Kitty, oraz jedyny aktor, który potrafi przyciągnąć uwagę, wspomniany przeze mnie Macfadyen), Anna bez przerwy się Bóg wie czemu wzdrygała, co było komiczne, bo robiła to jakby po niewczasie. Jude Law (Karenin) pokazał niestety swój stały styl (dobry był tylko we Wzgórzu nadziei). Dzieła zniszczenia dopełniały dwie mierne aktorki Kelly MacDonald i Ruth Wilson (Boże, co ona miała z twarzą???)
Jaką Annę chciałabym zobaczyć? Zrobioną z rozmachem, zgodną z historyczną prawdą, dobrze zagraną, bez żadnych „brawurowych” i „nowatorskich” pomysłów. Chciałabym obejrzeć po prostu dobry film.
Zamiast tracić czas na tę koszmarną ekranizację proponuję sięgnąć po książkowy oryginał.

14 komentarzy:

  1. Miałam dziwne wrażenie, gdy oglądałam zapowiedź tego filmu. Również nie przepadam za tą aktorką - ani piękna, ani uzdolniona, ani oryginalna, nie ma w sobie nic, co warto byłoby wspominać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I szkoda, że swoją "grą" zepsuła i Pokutę (która byłaby filmem doskonałym - to długie ujęcie na plaży!) i Niebezpieczną metodę.

      Usuń
  2. A mi się podobało...

    No co?

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, no masz prawo, ale... dziwię się troszkę:D

      Usuń
  3. Do książki przybieram się od dawna, ale ciągle mi jakoś z nią nie po drodze. Na pewno muszę w końcu to zrobić, a później skuszę się na film. Widziałam zapowiedź i wydawała się niezła, ale często tak bywa, że zapowiedź przedstawia zupełnie co innego, niż później widzi się na ekranie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest piękna. Spokojnie umieszczam na liście 10 najlepszych książek w ogóle.
      Na film miałam ochotę od kiedy dowiedziałam się o ekranizacji, ale... im bliżej była premiera, tym miałam mniej tej ochoty...:)

      Usuń
  4. Po raz kolejny zwiastun był lepszy od filmu, co zdarzyło mi się już z filmem "Mój tydzień z Marilyn". Reżyser może i miał wizję, ale był niekonsekwentny i nie umiał przenieść tego co ma w głowie, na to, co ma na planie, przez co oglądanie tego przypomina jazdę żabką samochodem. Pani K. gra ciągle jakby miała dreszcze, tutejszy Wroński wygląda jak forma przejściowa między gimnazjalistą, a licealistą, jeszcze nie mężczyzna, ale już nie dziecko, a Lewin wygląda jak bardzo ubogi, syberyjski chłop z czasów Iwana Groźnego. Po godzinie byłam bliska obłędu i ciszyłam się, że oglądam w domu, a nie w kinie. Ruth Wilson... ech... po "Annie Kareninie" musiałam wrócić do "Jane Eyre" żeby przypomnieć sobie jak dobrze ona gra.
    Może kiedyś doczekamy się dobrej ekranizacji, wiernej książce i realiom.
    Pozdrawiam!
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mnie również film o Marilyn rozczarował. Nawet nie został w pamięci.
      Mnie się Wroński z piosenkarzami new romantic kojarzy;)
      Wilson nie widziałam w roli Eyre, ale po tę ekranizację raczej nie sięgnę.
      Po grze K. sama miałam dreszcze i cytując moją mamę: gdybym to miała na wideo, to bym pocisła (do przodu).
      Lewin właśnie miał wyglądać jak "ruski chłop" i ta postać wyszła fajnie.
      No, ja również mam nadzieję, że może za 10-15 lat doczekamy się wspaniałej ekranizacji.

      Usuń
  5. Miałam smaczek na ten film, ale ze względu na dwójkę aktorów: Knightley i Law przeszło mi. Za obojgiem nie przepadam. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam nadzieję, że jednak Law wyjął tym razem kij z rzyci, ale jednak nie... Po K. raczej niczego dobrego się nie spodziewałam. No i oboje położyli film.

      Usuń
  6. A ja się dopiero wybieram na film, a tu kubeł zimnej wody!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To czysto subiektywna opinia i proponuję wyrobić własną - a nóż Ci się spodoba:)
      Miałam taką sytuację: w gronie znajomych omawiamy kondycję filmów pop, jaka sieczka, podaję przykład durnego filmu o jakichś laseczkach wyginających się na barze... i wszyscy milkną, bo to ukochany film jednej z naszych znajomych, oczywiście siedzących przy stoliku...:D

      Usuń
  7. A mi też się podobało. :) Obejrzałam wczoraj, dzisiaj napiszę dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie napisz. Mnie w ogóle nie przekonał, ale jestem ciekawa Twojej opinii:)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...