Dreszcz - Jakub Ćwiek

Właściwie miałam dzisiaj napisać o zupełnie innej książce, ale tak po świętach nie będę Was obciążała stosami rosyjskich nieboszczyków wylewających się z książki Sołdat. W zamian lektura lekka, łatwa i przyjemna.
Od jakiegoś czasu cały Internet zachwyca się śląskimi przeróbkami tytułów filmowych. Pitło z luftem wejdzie pewnie do języka potocznego, bo jest niezwykle chwytliwe. Czemu o tym wspominam - otóż w Dreszczu Jakuba Ćwieka mamy takie śląskie wstawki, bo jednym z bohaterów jest emerytowany górnik, Alojz. Główną postacią jest stary sterany życiem i gorzałą rockman, który uległszy dziwnemu wypadkowi (- Co mi się stało? - zapytał. - Wersja długo czy krótko? - Krótka. - Pieron cie ciulnoł.) odkrywa w sobie "moce", które mają mu posłużyć niebawem w walce ze Złem. Rychu średnio nadaje się na bohatera, za to bardzo szybko dochrapuje się swojego własnego lokaja w osobie nastoletniego Brytyjczyka, który doskonale włada językiem Mickiewicza. 
Dużo tu humoru, rocka i znajomych, śląskich klimatów (chociaż rzecz w większości dzieje się w Katowicach mamy porządny krakowski wątek), Dreszcz jest książką totalnie postmodernistyczną, czerpiącą garściami z kultury masowej, zwłaszcza z komiksów i filmów o superbohaterach Marvella.
Pewnie dziwi Was to, że wybrałam taką "nietypową" dla mnie lekturę; ostatnie naście dni borykamy się z choróbskami, ciężko mi było skupić się na świętowaniu Bożego Narodzenia, a co dopiero na jakiejś bardziej wymagającej lekturze. Ale nie był to zły wybór, pośmiałam się szczerze przy Ćwieku, moje serce zdobył Alojz, oraz niejaki Zawisza Czarny:)
Tylko deczko się rozczarowałam, że się wszystko nie wyjaśniło, bo szykuje się drugi tom. Niedługo zabieram się za Ćwiekowskiego Kłamcę, ale póki starczy czasu przed Nowym Rokiem zaczytuję się w Reginaldzie Hillu.

Lalki w ogniu. Opowieści z Indii - Paulina Wilk

Zapewne nigdy nie pojadę do Indii, podobnie jak w inne odległe, egzotyczne zakątki świata. Ale lubię o nich czytać. Ktoś pojechał tam w moim imieniu, przetrawił "widoki" i opisał to w książce. I muszę - przynajmniej częściowo wierzyć w to, co autor przedstawia.
Mam jeszcze w głowie obraz Indii rodem z przygodówek i romansów: W 80 dni dookoła świata, Dalekie pawilony, etc. Kolorowe sari, pochłaniające czas i bogactwo rytuały, bogowie na każdym kroku. Schyłek XX-go i początek XXI-go wieku przyniósł zmianę stereotypu - Indie są nadal krajem biednym, ale rozwijającym się, miliony ludzi się kształci, a Bollywood jest większą fabryką snów, niż jej amerykański pierwowzór. Niestety, jak pisze Paulina Wilk, autorka Lalek w ogniu, Indie nadal są krajem bardzo konserwatywnym, przesycone są wszechobecną na każdym kroku biedą, Hindusi - pisze Wilk - grzęzną w hipokryzji; w kraju, w którym powstała Kamasutra, młodzi ludzie nadal zawierają aranżowane śluby, a normy społeczne są tak surowe, że zwykłe spotkanie towarzyskie jest bacznie obserwowane przez postronnych, o rodzinie nie wspominając. Kobiety często narażone są na utratę zdrowia lub życia: "Na wsiach do zabójstw (dziewczynek) doprowadza makabryczna plątanina tradycji, bezradności, ubóstwa i braku edukacji.", morderstwa posagowe (dowry deads) są na porządku dziennym, morderstwa honorowe nie dziwią już chyba nikogo. Życie nastawione jest na upublicznianie czynności, które w zachodniej świadomości są intymne, jak mycie się, defekacja. (Chociaż na katowickim dworcu niejedno można zobaczyć...).
Kraj kontrastów, odwiedzany przez miliony turystów wywołuje sprzeczne emocje - z jednej strony kolorowy korowód bóstw, przyozdobiony aksamitkami, pojony mlekiem, nacierany wonnymi olejami, wspaniałe jedzenie (jedną z moich ulubionych książek kucharskich jest Kuchnia Kryszny), niemal celebrowane przez całe rodziny, z drugiej strony bieda na ulicach, slumsy, zarobki ledwie starczające na zapewnienie sobie i rodzinie przetrwania, nie mówiąc o godnym życiu.
Jasne, że tak różnorodnego kraju szczycącego się taką historią i wspaniałą kulturą nie można "ogarnąć" w jednej książce, ale Paulina Wilk daje nam Indie w pigułce, dzieli się z czytelnikiem swoimi obserwacjami i myślę, że jest z nami szczera. Książka ponadto okraszona jest kolorowymi zdjęciami wykonanymi przez samą autorkę.

Stambuł

Jedno z najliczniejszych i najpiękniejszych miast Europy nie raz zostało uwiecznione na kartach powieści; od opracowań historycznych, po Morderstwo w Orient Expresie Agathy Christie. Z ciekawostek: nie wiem czy wiecie, ale w Stambule zmarł Adam Mickiewicz. 
W mieście znajduje się 2691 czynnych meczetów, oraz 123 czynnych kościołów chrześcijańskich oraz 26 czynnych synagog. Miasto liczące 13 854 740 mieszkańców mogłoby być z powodzeniem swoistym polis (jak niegdyś, kiedy nosiło nazwę Bizancjum), państwem-miastem, w którym przegląda się cała Turcja, jak w zwierciadle. Geert Mak, holenderski pisarz i dziennikarz, wyciął z tego jeszcze mniejszą płachetkę - Most Galata. Na moście spotykają się najbiedniejsi z biednych, którzy na straganach handlują okularami przeciwsłonecznymi, herbatą, książkami, etc. Ale Most to nie tylko obraz współczesnego, znanego z wycieczek Stambułu, to także przyczynek do nakreślenia historii tego pięknego miasta. Ta niewielka objętościowo książka, licząca zaledwie 144 strony zawiera kompendium wiedzy na temat życia i struktury dawnego Konstantynopola; lata świetności, zapaść, odbudowa - jak Most Galata, na którym codziennie można spotkać te same twarze - wielokrotnie odbudowywany służy nie tylko przeprawie na drugi brzeg, ale jest spoiwem, symbolem i ważną arterią miasta. Mak pisze o specyfice tureckiego myślenia, o przetrwaniu, tradycji i honorze. I jak na zawołanie akurat po Moście miałam okazję przeczytać Honor Elif Şafak. 
W swojej najnowszej książce Şafak opowiada historię honorowego morderstwa. Rok rocznie na całym świecie odnotowuje się liczne przypadki tego typu morderstw; w oczach rodziny, czy nawet całej społeczności kobieta, decydująca się na życie z mężczyzną innym, niż nakazuje jej rodzina, zostaje "ukarana". I taki właśnie los spotyka jedną z bliźniaczek z niewielkiej tureckiej wioski; mąż Pembe Toprak odszedł do innej, a ona sama została z trojgiem dzieci i długami męża. Zbieg okoliczności postawił na jej drodze mężczyznę, któremu oddała serce, ale z obawy przed rodziną spotykają się po kryjomu. Jak w Annie Kareninie Şafak piętnuje nierówność płci wobec tradycji; Adem, niewierny mąż nie ponosi konsekwencji zdrady, a Pembe płaci śmiercią za odrobinę szczęścia - zupełnie jak Anna.
Na tej ziemi, gdzie urodziły się Różowe Przeznaczenie i Dość Urody, honor był czymś więcej nie jedynie słowem. Był również imieniem. Dziecku można było dać na imię Honor, jeśli był to chłopiec. Bo honor mieli mężczyźni. Starcy, mężczyźni w średnim wieku, a nawet chłopcy tak młodzi, że ciągle pachnęli jeszcze mlekiem matki. Kobiety honoru nie miały. Miały za to wstyd - ale jak wszyscy wiedzieli, nie byłoby zbyt przyjemnie nosić takie imię.
Jednym z głównych bohaterów jest İskender, pierworodny Adema i Pembe. Już od pierwszego rozdziału wiemy, że to on jest odpowiedzialny za zabójstwo własnej matki. Jednakże nic nie jest takie, jakim się wydaje, przedziwne zbiegi okoliczności działają jakby w imieniu losu (tureckie kismet), wbrew któremu działali bohaterowie. 
Honor wciąga. Czyta się go jednym tchem. Şafak, jak Agatha Christie daje nam wskazówki już od pierwszych chwil, a koniec i tak zaskakuje dając jednocześnie nadzieję. Może jestem bardzo nieobiektywna, bo uważam Elif Şafak za jedną z najlepszych pisarek, jakich prozę miałam okazję czytać, ale w jej pisarstwie jest coś, co przykuwa na długie godziny do fotela i sprawia, że człowiek zapomina o bożym świecie. Część, która rozgrywała się w Londynie przypominała mi Białe zęby Zaidie Smith (chyba byłam zbyt ostra dla tej książki, która w gruncie rzeczy była całkiem niezła).
Jeśli mielibyście możliwość, czytajcie właśnie w tej kolejności: Most, potem Honor. Obie polecam bardzo gorąco.
A jeśli chodzi o Stambuł, to bardzo chętnie bym się wybrała, ale tak fizycznie, nie tylko "duchem", jak do tej pory.

Gdzie oni są? Gdzie wszyscy moi przyjaciele?

Bezbarwnego Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymki przeczytałam z dwu powodów: po pierwsze, jest w prozie Haruki Murakamiego coś, co mnie nieodparcie przyciąga, po drugie, 28 listopada odbyła się ogólnopolska dyskusja poświęcona właśnie tej książce (w zeszłym roku omawialiśmy Trafny wybór JK Rowling). 
Murakami mnie nie zawiódł. O ile nie lubię jego opowiadań (jak wspomnę człowieka-żabę, to mi kartofle z piwnicy czwórkami wychodzą), to powieści uwielbiam. Oczywiście największe wrażenie zrobiła na mnie Kronika ptaka nakręcacza, Kafka nad morzem, Sputnik Sweetheart i trylogia 1Q84, na której ostatni tom czekałam z wypiekami na twarzy. Bezbarwnemu Tsukuru Tazakiemu (dopisek o latach pielgrzymstwa chętnie bym usunęła) bliżej jest do Norwegian Wood - przed nastu laty była sobie paczka przyjaciół, porównująca się do pięciu palców jednej ręki. Kiedy Tsukuru jako jedyny z piątki decyduje się na opuszczenie rodzinnego Nagoi, pozostali ni z tego ni z owego bezpardonowo kończą z nim znajomość. Na Tsukuru wywiera to niebagatelny wpływ: młody człowiek popada w depresję - Murakami w tym miejscu prześciga sam siebie i funduje czytelnikowi najlepszy opis depresji, który został zapisany ludzką ręką.
Jak w innych powieściach sen miesza się z jawą, nie ma prostych wyjaśnień, zostaje tylko oniryczny klimat. Choć nie tak "zakręcony", jak we wspomnianych wyżej powieściach. Oczywiście Murakami nie byłby sobą, gdyby nie "wrzucił" również muzycznego tematu przewodniego - mieliśmy jazz, Janacka, Beatlesów, teraz pora na Ferenca Lista i jego Lata pielgrzymstwa (stąd podtytuł). Właśnie - co do bezbarwności Tsukuru, jest to odniesienie do nazwiska, które na tle czwórki pozostałych przyjaciół, noszących od-kolorowe nazwiska, wydaje się pozbawione koloru. Bynajmniej Tsukuru nie jest bezbarwny z charakteru, o czym, mam nadzieję, przekonacie się czytając najnowszą książkę Murakamiego.
Wspomniałam o II-giej ogólnopolskiej dyskusji - DKK, do którego należę zorganizowało spotkanie w herbaciarni White Monkey. Klimatyczny półmrok, pyszna herbata, wspaniała dyskusja - co tu dużo mówić, było świetnie!

Listy wybrane Jane Austen

Hmmm... No i mam problem. Nie, że mi się nie podobało, ale czego się można spodziewać po prywatnej korespondencji sprzed dwustu lat? Korespondencja pochodzi z lat 1796-1817. Austen pisała do siostry, przyjaciół, dalszych krewnych. Oczywiście nie zaprzeczam, że historyk bądź miłośnik epoki miałby, że tak powiem niezłe buszowanie, bo Austen dość obficie pisze o zwyczajnych sprawach, których trudno szukać na kartach powieści. Ale przyznam, że ciężko mi się czytało jej listy, bo strasznie przypomina mi to taką zwyczajną rodzinna korespondencję. Nie jestem tylko pewna, czy jeszcze pisze się "papierowe" listy, czy już wszyscy przeszli na maile? W każdym razie jeszcze kilka lat temu z będąc na wakacjach pisywałam listy dość chętnie i sama otrzymywałam listy od rodziny. No, ale przecież miałam pisać o Jane Austen, nie o sobie.
 Z pewnością nie były to listy pisane z myślą o potomnych, o wydawcy i szerokim czytelniku. To dzisiejszy świat zaszczepił w pisarzach chęć tworzenia intymnych dzienników na pokaz.
Jaka Jane jawi się w korespondencji? Rzeczowa, inteligentna (bez wątpienia), rozważna, a jej sposób pisania żywy i barwny. Myślę, że z czystej ciekawości każdy miłośnik jej twórczości powinien przeczytać choć kilka, tak na wyrywki, jeśli nie całość.
Tak swoja drogą - brakowało mi korespondencji zwrotnej, i szczerze powiedziawszy, nie rozumiem idei "wybierania" listów, wierszy bądź wpisów do dziennika. Na jakiej podstawie ktoś wie lepiej, co mnie (czytelnika) będzie interesowało?  


Recenzja z dygresją, czyli o pozorach, które mylą

Mam taka prywatną listę pisarzy do zapoznania. Na tej liście od czasu spotkania autorskiego (półtora roku temu) "wisi" Eric-Emmanuel Schmitt. Julia Orzech zachęciła mnie do Intrygantek, które znalazłam raz-dwa i po powrocie do domu zaczęłam czytać.
I tutaj muszę zrobić dygresję: otóż abstrahując od spotkania, (które było niezwykle udane, autor dosłownie rozkochał w sobie publiczność, tłumacz niemal czytał w myślach Schmitta, a Bugalski pełnił funkcję wisienki na torcie) spodziewałam się czegoś nieznośnie babskiego w duchu jak nie Coelho, to przynajmniej Wiśniewskiego. Okładka z półnagą kobietą, tytuł oraz tekst z tyłu okładki miały mnie utwierdzić w tym przekonaniu. I dlatego przez te półtora roku nie sięgnęłam po prozę Schmitta. No więc jakież było moje zdziwienie, kiedy Intrygantki okazały się zbiorem świetnych dramatów scenicznych, dotyczących nie tylko miłości, ale i winy, tożsamości, przemiany, woli, Boga i przyczynie zła na świecie. 
Na okładce jak byk stoi: 
Pięć kobiet pałających żądzą zemsty zastawia pułapkę na mężczyznę, który dawno temu złamał każdej z nich serce. Jednak kiedy zwabiony podstępem Don Juan wpada w ich sidła, cały misterny plan wali się w gruzy. Okazuje się, że mimo upływu lat uwodzicielskie słowa Don Juana nie straciły nic ze swojej zniewalającej mocy.
Kobiety szybko odkrywają, że tajemniczy łajdak, którego tak przez lata nienawidziły, wciąż ma nad nimi władzę.
Dawne namiętności odżywają – i okazują się o wiele silniejsze niż pielęgnowany latami gniew z powodu zdrady.
Proszę państwa, pozory mylą - wydawca zapewne chciał skierować książkę do masowego odbiorcy, któremu wmówił, że to literatura w spódnicy. A ja oczyma wyobraźni widziałam znakomite przedstawienia teatralne, w które wcieliłam najznakomitszych polskich aktorów. Ani słowa o pozostałych trzech dramatach!
Co więcej, ze zdumieniem przeczytałam, że autor skończył filozofię; kiedy nieznajomy mężczyzna z dramatu "Gość" mówi o niewinie Boga i wolnej woli człowieka, od razu poczułam się, jakby Schmitt uczęszczał na te same wykłady u prof Dembińskiego, co ja. Do tego ostatni, króciuteńki dramacik jest bardzo przewrotną kpina z wielkich filozofów.
Tytuł oryginału brzmi: Théâtre. La Nuit de Valognes, Le Visiteur, Le Bâillon, L'École du diable, co można było przetłumaczyć: Dramaty: Noc w Valognes, Gość, Knebel, Szatańska filozofia (polskie tytuły poszczególnych dramatów). Czemu więc Intrygantki? 
Oczywiście nie jest to moje ostatnie spotkanie ze Schmittem. Ale nie mogę się zdecydować po co sięgnąć teraz, żeby nie stracić tego, co odkryłam?

P.S. dla porównania pokazuję zagraniczną okładkę. Można bez kobiety? Można.


Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

W maju miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z Mariuszem Szczygłem. Bardzo to było udane spotkanie, które nie tylko przybliżyło czytelnikom pisarstwo Szczygła, ale i zbliżyło dwa narody, bo gościło u nas wielu Czechów. Również w tym roku przeczytałam doskonałe reportaże zawarte w tomie Gottland, które bardzo pozytywnie wspominam (recenzja tu). Kiedy tylko miałam możliwość sięgnięcia "po więcej Szczygła", zrobiłam to bez wahania. Láska nebeská jest zbiorem felietonów, znacznie lżejszych niż wspomniany Gottland. O ile w tym ostatnim mieliśmy masę historii dość ciężkich gatunkowo, to Láska nebeská (po polsku można to przetłumaczyć jako "niebiańska miłość", "miłość nie z tej ziemi") opowiada o radości życia, z ciepłym humorem ukazując literaturę, film i sztukę Czechów (oraz Czechosłowaków). Króciuteńkie felietoniki okraszone są czarno-białymi zdjęciami z pogranicza reportażu i fotografii streetartowej. Próbując uchwycić czeską mentalność, Szczygieł,  szuka różnic i podobieństw między naszymi narodami, ale odniosłam wrażenie, że Czesi to bardziej stan umysłu niż naród - i właśnie o tym jest ta książka. O największych czeskim filozofie - Szwejku; o nieistniejącym geniuszu, który z miażdżącą przewagą głosów zwyciężył w plebiscycie na Największego Czecha, o abstrakcyjno-kafkowskim pogrzebie Havla. Część felietonów ukazała się jako przedmowa do książkowej serii "Literatura czeska", wśród których znalazły się między innymi  "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haška, "Święto przebiśniegu" Bohumila Hrabala, "Czarny Piotruś" Jaroslava Papouška, "Krakatit" Karela Eapka, "Opera żebracza" Václava Havla, czy polecana wszystkim przez Szczygła "Śmierć pięknych saren" Oty Pavela.

Swoją drogą zabawnie się to wszystko układa: niedawno przeczytałam Kunderę, zaraz potem jak na zawołanie dostałam film, a teraz "czeski" Szczygieł. 


Kolor purpury - Alice Walker



- Jesteś czarna, biedna i brzydka, a w dodatku kobita.

- jestem biedna  czarna a może i brzydka i nie umiem gotować. Ale jestem.

Kolor purpury jest wzruszającą opowieścią o sile ludzkiego ducha na przekór przeciwnościom losu. Historia Celii toczy się pomiędzy dwiema wojnami światowymi na amerykańskim Południu. Świat, w którym przyszło żyć bohaterom podzielony jest na biały i czarny. Brutalizm dnia codziennego przejawia się w przemocy wobec kobiet, w kazirodztwie, nieposzanowaniu życia najmłodszych.
Celia zostaje niemal przehandlowana wdowcowi, który potrzebuje kogoś do opieki nad dziećmi. Tym samym Celia, potulna, nieładna i bez prawa głosu zostaje rozdzielona z siostrą Nettie, która ucieka z domu, by stać się misjonarka w Afryce. W Afryce niekodyfikowane prawo tubylczego plemienia Olinków okazuje się być w swoim zachowaniu niezwykle podobne, do tego od czego uciekała Nettie.

Celia, która ze strachem podporządkowała się swojemu mężowi, pod wpływem jego kochanki, piosenkarki Cuksy Avery uczy się miłości i nabiera przekonania o własnej wartości.
Piękna książka pisana w formie listów: do Boga, do Nettie i do Celii, porywa swoją bezpośredniością. W kręgu biednego murzyńskiego Południa nikt wówczas nie słyszał o supremacji ciemnoskórych Amerykanów, a cóż dopiero mówić o emancypacji czarnych kobiet. Alice Walker rysuje portrety silnych kobiet – Cuksy, która płaci wysoką cenę za swoją niezależność, Nettie, która postawiła na wykształcenie odrzucając zamążpójście, Sofii, która nie ugina karku przed przemocą, oraz Celii, która uczy się żyć bez strachu i stawiać na swoim. Kolor purpury to także obraz mężczyzn, którzy pod powłoką wpojonej im przez pokolenia brutalności nie są tacy straszni.
Czytając cały czas ściskałam kciuki za biedną Celię, a ostatnie listy bardzo mnie rozczuliły. Polecam zarówno książkę jak i jej młodszą siostrę – film Stevena Spielberga z Woopie Goldberg w roli Celii.

Nieznośna lekkość bytu - Milan Kundera

Sześć zbiegów okoliczności na zawsze połączyło losy Tomasza i Teresy. Tomasz, lekarz, jeden z najlepszych w kraju chirurgów, wiedzie życie pełne przygód seksualnych. Do swojej natury kobieciarza potrafi dorobić całkiem zgrabną filozofię, dzięki czemu nie angażuje się w żaden związek. Do czasu aż w jego życie wkroczy kelnerka, Teresa oraz suka imieniem Karenin.
Powieść Kundery jest bardzo niesztampowym spojrzeniem na związek dwojga ludzi (nie licząc psa). Dla głównego bohatera seks i oddzielona od niego miłość biegną równoległym torem, nie stykając się na moment, ale mam wrażenie, że Teresa - choć uczuciowa z natury i skrzywdzona przez matkę, a więc i szukająca pewnego ciepła i stabilności, przejmuje coś ze sposobu patrzenia na świat Tomasza; choć cierpi w skrytości ducha, że musi dzielić ciało ukochanego mężczyzny z innymi kobietami, nie stara się wpływać na Tomasza. Jedną z większych ról w życiu pary odgrywa przyjaciółka i była partnerka Tomasza, Sabina, malarka kontestująca rzeczywistość komunistycznego ładu Czechosłowacji. 
Równolegle do relacji bohaterów poznajemy wydarzenia w 1968 roku, kiedy wojska sowieckie najechały Pragę. Wówczas polityka wkrada się w życie każdego obywatela, a opowiedzenie się po stronie wolności prowadzi za sobą daleko idące konsekwencje. Czy pozorna degradacja, wymuszona przez system przyniesie - paradoksalnie - ukojenie?
Powieść Kundery należy do najbardziej znanych przykładów literatury czeskiej. Doczekała się nawet ekranizacji z Danielem Day-Lewisem i Juliette Binoche, której jestem dość ciekawa. Kundera sięga do filozofii i metafizyki, co nadaje powieści wzniosłości; czasami brzmi to jednak zbyt metafizycznie i całość nabiera powietrza, jak balonik, by w następnej scenie opaść nie straciwszy nic ze swej ostrości. Momentami skandalizująca powieść obyczajowa zmienia się w traktat ontologiczny, dzięki czemu Nieznośna lekkość bytu jest powieścią naprawdę znakomitą.

Kultura kłamstwa (eseje antypolityczne) - Dubravka Ugrešić



Zbiór esejów Dubravki Ugrešić Kultura kłamstwa zawiera szczere, czasami zaskakujące wyznania, wspomnienia i przemyślenia. Dotyczą nie tylko szeroko pojętej „bałkańskości”, ale są uniwersalne – w czasach po II-wojnie światowej miliony Europejczyków musiało opowiadać się po stronie konkretnej etnicznej tożsamości, i na każdej szerokości geograficznej, niestety, ludzkość jak żyje będzie powielać ten schemat.
W Jugosławii Tito żyło się dobrze. No, w każdym razie – jak stwierdza Ugrešić, lepiej niż na przykład u nas, w Polsce – kiedy myśmy mieli galopujący stalinizm, w Jugosławii puszczali westerny, a dzieciaki piły coca colę przez słomkę. Jednak myliłby się ten, kto wyciąga wniosek, że autorka chwali byłego dyktatora; z esejów sączy się gorycz, że żaden polityk nie pragnie dobra ludzi, a sławy, władzy, zwłaszcza tej  nieograniczonej. Mimo dobrobytu nie obyło się bez zgrzytów, podziałów i pęknięć. Patriarchalne społeczeństwo widziało kobietę zmarginalizowaną, jako dodatek do mężczyzny, co wspaniale pokazuje elementarz, o którym pisze Ugrešić.
Lata 80-te tuż po śmierci dyktatora doprowadziły do wzrostu nacjonalizmu, a jakie były skutki, wszyscy dobrze pamiętamy. Każdy, dosłownie każdy musiał opowiedzieć się „po czyjej jest stronie”, choćby nie miał najmniejszej ochoty. Czyżby róża miała inaczej pachnieć, gdyby miała inną nazwę? Dla polityków niestety tak. Wojna wkroczyła w zwyczajne życie, za oknem działy się sceny, jak z filmów o II wojnie światowej. A co ze zwykłymi ludźmi?! Jak nie tylko żyć i zachować człowieczeństwo, ale jak uprawiać literaturę w czasie bratobójczych walk?
Ale Kultura kłamstwa to nie tylko polityka; ciekawy jest rozdział o palindromach, o powieści napisanej palindromem. Autorka z wielką erudycją pokazuje nam kulturalny świat Bałkanów, świat przed, po i w trakcie konfliktu. Nie możemy przecież zapominać, że Europa to nie tylko Francja, Niemcy, Anglia i my, ale i Bałkany właśnie, ze swoją wielowiekową historią, niejednorodnością i kulturą. Czytając Kulturę kłamstwa miałam wrażenie, że Ugrešić ma jakąś zadrę, niewyrównane rachunki z własną tożsamością, jakby nie do końca wiedziała, kim jest, kim ma być - Europejką, Jugosłowianką, post-Jugosłowianką, Chorwatką? Czy napis w paszporcie zmieni coś w tym, jak sami o sobie myślimy?
Przyznam, że eseje czytało mi się wspaniale, ale po doczytaniu ostatniego zdania miałam przesyt i mętlik – Ugrešić w Kulturze kłamstwa zawarła chyba wszystkie możliwe tematy związane z Bałkanami i na razie nie sięgnę po nic w tym stylu i z tego regionu. Ale – polecam, polecam bardzo serdecznie: przecież o to chodzi, żeby przyswajać sobie inne światy, prawda?

3 w 1, czyli trzy łyki polskiej literatury

Październik upłynął mi pod znakiem doskonałej polskiej literatury za sprawą spotkań, w których miałam przyjemność uczestniczyć. Sięgnięcie po rodzimą literaturę było więc naturalną konsekwencją.

W tym miesiącu na DKK omawialiśmy Wojciecha Jagielskiego Wypalanie traw. Doskonały beletryzowany reportaż o RPA, polityce Apartheidu, przemianach społeczno-politycznych, pretekstem do ukazania których było morderstwo dokonane na białym farmerze. Okazuje się, że ów farmer nie był przypadkową ofiarą, lecz znanym w okolicy przywódcą bractwa porównywanego z Ku Klux Klanem. Obraz murzyńskich gett, które przedstawia nam Jagielski przywodzą na myśl getta żydowskie z czasów II wojny światowej; podział rasowy naznaczony tak silnie, że jakiekolwiek mieszanie się, bratanie czy współdziałanie nie było możliwe. Niestety, po upadku Apartheidu, kiedy Nelson Mandela został prezydentem w kraju nie żyło się lepiej, wręcz przeciwnie, stanowiska obsadzanie według klucza, którym był kolor skóry odwróciło się o 180 stopni, i zamiast współdziałać, społeczeństwo zostało podzielone, jak dotychczas. Wypalanie traw ma gorzki wydźwięk: nawet bezkrwawa rewolucja nie przywróci ładu, dopóki oparta jest na zemście. 
*
Szczepan Twardoch to jedno z najgorętszych w tym sezonie nazwisk. Tegoroczny Laureat Paszportu Polityki, z wykształcenia filozof, socjolog, mieszkaniec Pilchowic (które są ode mnie o rzut beretem). Kiedy zobaczyłam Morfinę na półce z nowościami, to ją zgarnęłam tak szybko, że powietrze zawirowało. Zrobiłam sobie herbatkę, usiadłam, czytam. I w miarę jak poznaję specyficzny twardochowski język, to mnie jakieś mdłości biorą, jak przy czytaniu lektury szkolnej, powiedzmy takiego Przedwiośnia; jakby mi ktoś kazał to czytać, bo przyjemności tu nie miałam żadnej. Zapoznałam się z entuzjastycznymi recenzjami i co mnie najbardziej zdziwiło, to te bezkrytyczne peany pod adresem powieści. Na drugiej szalce wagi stały nieśmiałe "nie dałem rady", "bełkot". Co podobało mi się w powieści to przedstawienie głównego bohatera, po trosze tchórza, ale język na tyle kostropaty, że po stu stronach miałam dość. Całość bardzo przypomina (klimatem) pisarstwo Krajewskiego: dziwki, morfina, brud, dewiacje seksualne. Dostałam bonusik w postaci przedwojennego Gleiwitz (które autor przecież dobrze zna), oraz wzmiankę o szpitalu w Rybniku (u Krajewskiego również ów szpital "wystąpił"). Czy polecam? Jezu, no szczerze, nie wiem. Dziwne to było i raczej nie moja bajka. Co więcej, kiedy skończyłam, zostało mi do rozdysponowania jeszcze kilka kwadransów. Spożytkowałam je na początek Jadąc do Babagad i od razu mój mózg odpoczął. 
*
No i to jest ta trzecia pozycja z 3 w 1 - o spotkaniu autorskim ze Stasiukiem pisałam kilka postów temu. Nie mogłam się doczekać sięgnięcia po lekturę Jadąc do Babadag. Sięgnęłam i od razu mnie wciągnęło. Piękny język, piękny styl, bardzo sensualna pisanina, którą można poczuć, powąchać, dotknąć. Jeszcze jestem w trakcie, jeszcze nie skończyłam, ale wiem już, że to będzie jedna z lepszych książek, które czytałam. 
I w ten sposób doszłam do jednoznacznego wniosku - wolę literaturę faktu. Nie dla mnie beletrystyka, wolę reportaż, esej, biografię. Być może jakoś podświadomie wychodzę z założenia, że świat jest tak niehomogeniczny, że nawet fikcja wypada w porównaniu z nim blado?

Filmowo... tym razem po polsku

Celebrując polski październik nastawiłam się również na polskie kino, które - ku mojemu zdziwieniu, ma się dobrze! Lubię rodzimą kinematografię; kultową Seksmisję, z której dialogi znam na pamięć, świetne filmy Marczewskiego, Zanussiego, Kieślowskiego. Ale od pewnego czasu to, co robili nasi filmowcy to nawet nie strzał w stopę, to strzał w mózg kinomana!
*
Rok 2004 przyniósł jednak iskierkę nadziei w postaci Wesela Wojciecha Smarzowskiego. Ten sam reżyser w 2009 zasłynął bezpretensjonalnym, niezwykle ostrym Domem złym, a w 2011 ujął widownię Różą.
Najnowszy film Smarzowskiego, Drogówka, jest filmem sensacyjnym ujętym z charakterystycznym dla reżysera brutalizmem i ironią ocierającą się wręcz o czarny humor. Po zapowiedziach, które krążyły po sieci spodziewałam się komedii, a dostałam pełen napięcia mroczny kryminał, powielający najlepsze wzorce zagraniczne: wyobcowany bohater, który stracił wszystko, musi udowodnić swoją niewinność. Drogówka to bardzo dobry film, który polecam widzom o mocnych nerwach i żołądkach.
*
Kolejnym doskonałym moim zdaniem filmem jest Układ zamknięty. Historia jakby gdzieś już zasłyszana: prosperująca firma komputerowa za sprawą zawiści dwóch "układowców" zostaje zrównana walcem, a jej prezesi wtrąceni do więzienia. Niech nikt nie mówi, że to nie przypomina naszego Optimusa. Plus dawno nie widziani Janusz Gajos i Kazimierz Kaczor. Polskie piekiełko w najlepszym wydaniu.
*
Dzień kobiet chciałam obejrzeć już od dawna; Sadowska przedstawia w filmie historię świeżo mianowanej kierowniczki dyskontu Motylek, która po zwolnieniu upomina się o swoje nadgodziny. Mamy tu wszystkie biedronkowskie historie - poronienie na "szychcie", nie wypłacanie nadgodzin, itp., ale najbardziej interesujące jet to, jak zmienia się główna bohaterka - z miłej, lubianej pracownicy przeistacza się w trybik maszyny, nieczuły i gotów za posadę na wszelkie chwyty. Moim zdaniem reklamowanie filmu jako historii o polskiej Erin Brockovich, jest nadużyciem, bo Halina Radwan walczy tylko o swoje nadgodziny i dopiero post factum zauważa niesprawiedliwości (których nawiasem mówiąc sama się dopuszczała). Niemniej jednak, jak film będzie w telewizji, to sobie obejrzyjcie.
*
Jednym z najładniejszych filmów, które ostatnio widziałam jest Miłość Fabickiego. Ostatnio, ze szkodą dla tego filmu, zaroiło się od filmów o tym tytule (dokument o Tymańskim, film M. Haneke). Dramat małżeństwa, które musi sobie poradzić z traumatycznym wydarzeniem. Depresja poporodowa, poczucie winy, brak zaufania, czy prawdziwa miłość jest w stanie to przetrwać? Bardzo gorzki, świetnie zagrany (z wyjątkiem bełkoczącej pod nosem Julii Kijowskiej), prawdziwy. Bardzo przekonujący w roli Tomka Marcin Dorociński, którego uważam za jednego z najlepszych polskich aktorów młodszego pokolenia.
*
Dorocińskie gra również jedną z dwu głównych ról w znakomitym dramacie Lęk wysokości. Jest to historia robiącego karierę w telewizji syna i ojca, który zdradza objawy choroby psychicznej. W roli ojca - Krzysztof Stroiński (który dla mnie chyba na zawsze pozostanie Leszkiem z Daleko od szosy). Plus Śląsk, który jakoś instynktownie poznałam po jednym rzucie oka.
*
Ogród Luizy. Film może trochę naiwny, prosty, ale ładny i jest w nim coś baśniowego.
*
Również w Obławie Dorociński gra również główną rolę. Partyzanci obdarci z bohaterstwa, etosu i humanizmu. Tu wojna jest brzydka, śmierdząca i umiera się naprawdę. Zdrada jest powszechna i próżno szukać tu człowieczeństwa. Maciej Stuhr w bardzo niejednoznacznej roli dowodzi, że jest aktorem pierwszego sortu.
*
Młodego Stuhra również można zobaczyć w kontrowersyjnym Pokłosiu. Bożyczku, jak ja czekałam na ten film! Temat jest trudny, niezabliźniony, jednocześnie myślę, że ten film musiał powstać. Nie uważam go za antypolski, a raczej manifest przeciw nienawiści i pazerności. Wszyscy wiemy, że istniały takie rodziny jak Kowalskich, czy Ulmów, ale istniały również takie wioski, jak Jedwabne... Jest tam pewna scena, kiedy Franciszek Kalina, brat Józefa, zakrada się do opuszczonych bunkrów i czyta napis na ścianie: modlitwę do Matki Boskiej. Skojarzyło mi się to z jedną z części III Symfonii Pieśni Żałosnych Góreckiego, gdzie tekst został zaczerpnięty z napisu wyrytego w podobnym miejscu. 
Co do macew, które służyły za płyty chodnikowe, to z różnych źródeł wiem, że, niestety, tak właśnie było. Nawet w mieście,  w którym obecnie mieszkam jakiś czas temu wmurowano tablicę na parkingu, na którym przed wojną był kirkut.
*
Na koniec taki dziwny film, którego nie umiem zaklasyfikować. Młyn i krzyż jest międzynarodową produkcją nastawioną na efekty specjalne. Wysmakowany, piękny, ale... pusty. Dla licealistów na zajęcia ze sztuki w sam raz. O ile istnieje możliwość przewijania;) 
Z nieco starszych filmów - żeby nie było, że zapomniałam polecam Salę samobójców. Mocny. Zresztą, pisałam już kiedyś na jego temat.
*
Przede mną: Rysa, Kret (ale nie wiem, czy warto), Plac Zbawiciela, Tulipany i wyczekiwany przeze mnie Inny Świat o Danucie Szaflarkiej. Czekam również na Idę. We czwartek bodajże leci Daas. Widział ktoś z Was?

Spotkanie autorskie z Wojciechem Tochmanem

W zeszły piątek w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki odbyło się spotkanie z autorem reportaży, Wojciechem Tochmanem. Znany z takich książek jak Jakbyś kamień jadła (podróż do powojennej Bośni), Bóg zapłać, Dzisiaj narysujemy śmierć (problem ludobójstwa w Rwandzie), lub wydanego zaledwie kilka dni temu zbioru reportaży z Filipin Eli, Eli. Ta ostatnia dotyczy kontrastu jaki istnieje między bogatym światem, a slumsami. Impulsem do powstania książki było zdjęcie kobiety w morzu. Tochman odnalazł Josephine - kobietę ze zdjęcia - i ta właśnie historia otwiera Eli, Eli. Można więc powiedzieć, że - po filozoficznemu, książka zaczęła się od zdziwienia, zdziwienia nad losem kobiety. Autor przyznał, że podobnie było w przypadku reportaży z Rwandy, czy Bośni: Jak można żyć z takim cierpieniem, jak można żyć w tak małym kraju wraz z niedawnymi oprawcami? W miarę dojrzewania autora, zmienia się również i wydźwięk książek - Tochman przyznał, że kiedy wydawał swoje pierwsze reportaże (był wówczas zaledwie dwudziestoparolatkiem) kładł nacisk na cyzelowanie zdań, zajmowała go bardziej strona techniczna reportażu. Dziś jego prace są bardziej humanistyczne. Lubię mieć pewność, że mój tekst nie zaszkodzi bohaterom, dodaje Tochman. 

Spotkanie moderowała Anna Piontek

Zapytany o obiektywizm w reportażu Tochman odpowiedział, że przedstawia w nim swoją prawdę, nikt nigdy nie jest obiektywny, a jedna historia może być opowiedziana z rożnych perspektyw, tak jak Filipiny, to nie tylko slumsy, ale i społeczność bogaczy, klasa średnia; Eli, Eli jednak skupia się przede wszystkim na najuboższych mieszkańcach tego egzotycznego dla nas kraju. Jednakże, dodaje autor, reporter nie powinien stawiać tezy a priori. Literatura non-fiction rządzi się własnymi prawami; jest czymś pomiędzy dziennikarstwem, a literaturą piękną. Według Tochmana fakty są święte, ale nacechowane wrażeniami, które z założenia są czysto subiektywne.
Oczywiście nie zabrakło pytań od licznie zgromadzonej publiczności; pytania dotyczyły nie tylko ostatniej książki, ale również adopcji na odległość (Tochman przyznał: To działa, podając przykład zakonników, którzy zajmują się stypendiami dla młodzieży w Rwandzie), o swoisty wojeryzm, którym nacechowane są reportaże z "trudnych" rejonów świata, a także o Szkołę Reportażu, którą współtworzy wraz z Mariuszem Szczygłem. Padło również pytanie o ONZ; Tochman przyznał, że ONZ jest formacją skompromitowaną (żołnierze kontyngentów pokojowych z uwagi na rezolucję ani w Rwandzie, ani w Srebrenicy nie udaremnili masowego ludobójstwa) i powinna zostać rozwiązana.
Polska szkoła reportażu ma się więc całkiem dobrze. Takie nazwiska, jak - cokolwiek by nie mówić - kultowy Kapuściński, Hanna Krall, Mariusz Szczygieł, Wojciech Jagielski, czy niedawny gość DKK, Wojciech Tochman świadczą o tym najlepiej.

Relacja ze spotkań autorskich w ramach 44 Rybnickich Dni Literatury

44 Rybnickie Dni Literatury dobiegły końca, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia. W tym roku gościliśmy znanych pisarzy, zarówno poetów jak i prozaików, a każdy, nawet najbardziej wymagający czytelnik znalazł coś dla siebie.



Poniedziałek zarezerwowany był dla poezji – gościem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej był związany ze Śląskiem poeta Stanisław Krawczyk. Niestety, nie byłam obecna na spotkaniu, więc tu zatrzymam się na prezentacji autora, który karierę zaczynał na łamach Tygodnika Kulturalnego. Obecnie Krawczyk jest wiceprezesem katowickiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, nadal pozostając czynnym literatem.
We wtorek odbyło się spotkanie z Michałem Rusinkiem, byłym sekretarzem Wisławy Szymborskiej, pisarzem, tłumaczem oraz felietonistą. Moderatorem spotkania był Grzegorz Walczak, który w samych superlatywach przedstawił gościa z Krakowa. Spotkanie odbyło się w sali konferencyjnej, którą niemal po brzegi wypełniła publiczność o szerokim spektrum wiekowym – od dwulatki, poprzez uczniów szkoły podstawowej i średniej, po dorosłych – Rusinek bowiem znany jest ze swoich przekładów z języka angielskiego tak klasycznych opowieści jak cykl o Misiu Paddingtonie, Piotrusiu Panu, czy przekład mini komiksów o Fistaszkach.
Na pytania od publiczności opowiadał z właściwym sobie humorem, odwołując się często do swojej mentorki. Oczywiście nie zabrakło anegdot opisujących współpracę z noblistką; Rusinek opowiadał o twórczości niepoważnej, jej odbiorze oraz o tym, skąd się wzięła pasja poetki do tego rodzaju poezji ("w tradycji anglosaskiej poeta jest rzemieślnikiem, a u nas – wieszczem w stylu Słowackiego i Norwida"). Dodał również, że poetka czerpała z Monty Pythona, cytował jej oraz swoje humoreski i limeryki (które wymieniał na przykład z Turnauem), a także uchylił kulisy słynnego „saloniku” Szymborskiej, kiedy potrafiła zamówić dla gości coś, co świeżo odkryła – pizzę na telefon.  
Dobrze się słuchało przyjemnego tembru głosu gościa, który niewątpliwie posiada dar opowiadania wspaniałych anegdot, które okrasza inteligentnym humorem.
Kolejne spotkanie autorskie Dni Literatury również odbyło się przy sali wypełnionej po brzegi. Jak poprzednio moderatorem był Grzegorz Walczak, a gościem był ceniony prozaik i eseista Andrzej Stasiuk. Luźny, spokojny i bezpośredni Stasiuk zaproponował moderatorowi formę rozmowy, w którą miała się włączać również publiczność. Padały pytania o stosunek do zwierząt, który ujawnia się z całą wyrazistością  w opowiadaniu Suka z tomiku Grochów.  Styl Stasiuka został określony jako sensualny i konkretny. Nie zabrakło pytań o „problem” bałkański – autor najbardziej znany szerokiemu odbiorcy jest z nagrodzonego reportażu Jadąc do Babadag; od czasu wydania Jadąc… zrodziła się niemal moda na kraje zapomniane. Dziś już tematyka bałkańska nie interesuje Stasiuka, jak sam przyznał: „To się wyczerpało”. Autor opowiadał o podróży do Chin, gdzie podpatrywał chiński komunizm; książka planowana na przyszły rok będzie nosiła tytuł „Wschód”. Również w przyszłym roku ukazać ma się książka na poły autobiograficzna, odnosząca się do powojennej wędrówki ludów, przesiedleniach, rodzicach autora oraz zaburzonej tożsamości kulturowej.
Gość, odpowiadając na pytanie z publiczności o stan polskiej literatury współczesnej wyraził swoje niezadowolenie: „Nie ma ciekawych polskich tekstów”. Największe brawa posypały się po odpowiedzi na pytanie o zachętę do czytania; Stasiuk z właściwą sobie  szczerością powiedział, że nie można kogoś zachęcać „Weź się zachęć”, a potem dodał, że „Czytanie jest wielką przygodą, w którą rzucasz się głową naprzód. Zachęcanie do czytania to jak wmuszanie w dziecko zupki”.
Niewątpliwie spotkanie z Andrzejem Stasiukiem będzie długo pamiętane ze względu na żywą interakcję z publicznością, oraz bezpośredniość i szczerość wypowiedzi autora.
We czwartek w sali kameralnej (była czytelnia prasy) odbyło się spotkanie z popularna autorką powieści kobiecych, Hanną Kowalewską. Znaną przede wszystkim z pięcioksiągu zawrociańskiego (jej debiut literacki Tego lata, w Zawrociu wygrał w 1998 roku konkurs organizowany przez Świat Książki oraz Zysk i S-ka, stając się bestsellerem). Moderatorką spotkania była Paulina Dróżdzel (która, jeszcze jako Paulina Krzysztoporka prowadziła spotkanie z Sylwią Chutnik).
Autorka opowiadała o swojej pracy nad pierwszą powieścią; początkowe kilkanaście stron powstało, kiedy miała około siedemnastu lat. Na pytanie o związek kobiet z naturą, odpowiedziała posiłkując się swoimi wspomnieniami z Podlasia, kiedy jako mała dziewczynka moczyła nogi w stawie, pływała w okolicznej rzece. Kowalewska przeczytała również fragment powieści, oraz kilka swoich wierszy. Zwróciła również uwagę na niesprawiedliwość w pejoratywnym wydźwięku „literatury kobiecej”, które przy „literaturze męskiej” jest neutralne.
Spotkanie odbyło się w wąskim gronie, dzięki czemu czuło się więź z pisarką, jakbyśmy my, czytelniczki (przeważały kobiety) były jej własnym kobiecym kręgiem.
Niestety, organizatorzy nie dopisali i część słuchaczy wyszła przed końcem spotkania, ponieważ w Teatrze Ziemi Rybnickiej odbywała się promocja autobiografii Lidii Grychtołówny, światowej sławy pianistki wychowanej i związanej z Rybnikiem.
Ostatnim gościem Dni Literatury był zaproszony na prośbę czytelników Andrzej Pilipiuk. Sala kameralna dosłownie pękała w szwach, wypełniona w większości młodą publicznością. Tym razem moderowała spotkanie pani wicedyrektor, Stanisława Adamek.
Pilipiuk bawił publiczność licznymi dykteryjkami, odnoszącymi się do swojej pracy pisarskiej – w połowie lat 90-tych miał zamiar wydać dwunastotomowa sagę sf; podzielił się z publicznością również swoimi planami na przyszłość. Zdradził część fabuły powstającej już książki opowiadającej o nazistowskich Szwejkach, którzy podróżują w czasie.
Niewątpliwie Pilipiuk zostanie zapamiętany jako gość RDL z największym poczuciem humoru. To jedno z takich spotkań, po których ma się od razu ochotę sięgnąć po książkę danego autora, bo czuje się do niego autentyczną sympatię. 
I tak 44 Rybnickie Dni Literatury przeszły do historii. Był to wspaniały maraton, w którym wzięłam udział. Na spotkaniu z Michałem Rusinkiem towarzyszył mi Władek (od razu poczyniliśmy plany zakupu Misia Paddingtona). Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem było jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie od czasu, kiedy spędziłam z nim pewną niedzielę (niestety, tylko przed ekranem, kiedy był gościem TVP Kultura); za namową koleżanek kupiłam Jadąc do Babadag, które oczywiście podsunęłam autorowi do podpisu. Tak jak wcześniej wspomniałam spotkanie z Hanną Kowalewską było bardzo kameralne i intymne – brakowało wytłumionego światła i lampek dobrego wina, a poczułabym się jak w gronie zżytych przyjaciółek. Pilipiuk, oryginał i zdaje się kawał dowcipnisia wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Podobnie czułam się po spotkaniu z É.E. Schmittem, które miało miejsce półtora roku temu w Katowicach.
Ale to nie koniec spotkań z literatami tej jesieni; w przyszłym tygodniu gościem naszego Dyskusyjnego Klubu Książki będzie Wojciech Tochman, znany reportażysta opisujący problemy ludobójstwa, ubóstwa i terroryzmu. Spotkanie odbędzie się 25 października o godz. 17.00 w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku przy ul. Szafranka.

Inszallah - Oriana Fallaci

Powieść Inszallah Oriana Fallaci dedykuje czterystu żołnierzom amerykańskim i francuskim zamordowanym w masakrze w Bejrucie przez sektę Dzieci Boga. Dedykuje ją mężczyznom, kobietom, starcom, dzieciom zamordowanym w innych masakrach w tym mieście i we wszystkich masakrach owej odwiecznej masakry, której na imię wojna. Powieść ta ma być wyrazem miłości do nich i umiłowania Życia.
Inszallah jest jednym z najbardziej wstrząsających zapisów wojny, jakie napisano; to okrucieństwo nie służy jednak samej sztuce, autorka nie lubuje się bowiem we krwi, lecz cały ten szok jest potrzebny, by pokazać bezsens wojny - Inszallah jest bowiem hymnem na cześć pacyfizmu.
Zgodnie z wyznacznikiem Hitchcocka powieść zaczyna się trzęsieniem ziemi, a po nim napięcie rośnie. Powieść otwiera jeden z najbardziej krwawych epizodów w historii światowego terroryzmu. Wojna w Libanie, Izraelczycy wycofali się zostawiając po sobie walczące o władzę frakcje Palestyńczyków; po masakrze na ludności cywilnej wkracza międzynarodowy kontyngent złożony z Amerykanów, Francuzów, Włochów i Anglików. Pewnego dnia dochodzi do dwu potężnych wybuchów, w których zmiecionych z powierzchni ziemi zostaje około czterystu żołnierzy. Fallaci pisze z perspektywy Włochów, którzy kilka strasznych minut czekają na wybuch trzeciej ciężarówki - zadają sobie pytanie, czy wysłano trzecią ciężarówkę z kierowcą-samobójcą pod ich bazę, tak jak pod bazy Amerykanów i Francuzów?
Strach, pragnienie życia, miłości i piękna jest obecny w sercu każdego żołnierza. Poznajemy cały przekrój społeczeństwa skondensowany do garstki mężczyzn, z których każdy ma życie, które zostawił zakładając mundur. Młodzi mężczyźni z małych miejscowości, zakochani w córce piekarza, czy sklepikarza, dobrze wykształceni, którzy znaleźli się tu jakby przez pomyłkę, starsi mężczyźni z dowództwa, którzy mają rodziny, pasje, naleciałości, wyimaginowane żony, do których piszą długie erudycyjne listy... Każdy żyje w cieniu śmierci, w zagrożeniu kalectwem. Każdy chwyta się ostatnich okruchów piękna i życia na tej entropicznej pustyni, która była niegdyś oazą znaną z wystawnego życia i legendarnych rozłożystych cedrów; czy jest to przyjaźń z pięcioletnią dziewczynką, czy seks ze zjawiskową kobietą, czy choćby kwiatek złożony na wspólnej mogile zmasakrowanych cywili.
Ten surrealistyczny wręcz obraz wojny przypomina mi swoim pacyfistycznym wydźwiękiem Paragraf 22; wojna, która niczemu nie służy, okrucieństwo, którego nie można niczym uzasadnić. Żołnierz to nie bezduszna maszyna do zabijania, troglodyta bez skrupułów, lecz człowiek, którym targa cała paleta emocji i uczuć, jak każdym innym. Jakiś czas temu na Joe Monster był felieton, co znaczy "ranny żołnierz"; my, przed telewizorem, radiem, czytający gazety oddychamy z ulgą, słysząc, że ktoś został "tylko" ranny, że przeżył. Tym czasem "ranny" często oznacza utratę rak, nóg, twarzy...

Inszallah powinna znaleźć się w kanonie, w spisie lektur człowieka myślącego, obok niej nie można przejść obojętnie, zostawia ślad, wręcz wypala na spojówkach  ponadczasowy obraz okrucieństwa wojny tak żywo namalowany przez Fallaci.

Przyznam, że to było moje drugie zetknięcie z Inszallah - na początku lat 90-tych ta dość gruba książka (prawie osiemset stron) stała na nocnym stoliku mamy. Czasami podczytywałam ją z wypiekami na nastoletniej twarzy. Ale zdawałam sobie sprawę z tego, że to książka poważna, dla dojrzałych; zapamiętałam tylko ujadające bezpańskie psy. Potem długo szukałam jej po antykwariatach, ale - jakby jej nigdy nie było. Jakaż była moja radość, kiedy niedawno ocalony Świat Książki umieścił ją w swoich propozycjach. Bardzo dobrze się dzieje, że wydaje się w Polsce tak wartościowe powieści, jak ta.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Świat Książki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...