Zawieście czerwone latarnie - Su Tong, oraz o moich gustach

Niestety pretendent do tegorocznej nagrody Rozczarowanie Roku... Nastawiłam się na coś kobiecego, pięknego. Owszem, pierwsze opowiadanie "Żony i konkubiny" (ze względu na popularność filmu tytuł opowiadania został zmieniony) było zręcznie napisanym dramatem kobiet o różnych charakterach, zmuszonych zamieszkać razem. Niekończąca się walka o względy męża oznacza walkę o pozycję. I jak strzelba u Czechowa - stara studnia odegra wielką rolę w tragicznych losach kobiet.
Kolejne dwa opowiadania zlewają się ze sobą. Są zupełnie odmienne w stylu, jak gdyby pisał je inny autor. Uboga wieś lat 30-tych oraz 40-tych, przerażająco wulgarni wieśniacy, posiadacze, którzy nie panują nad chucią. Jakoś nie potrafiłam strawić tego języka, taki obsceniczny, brudny. Ludzie, zachowujący się jak zdziczałe psy... Nie wiem, nie tego się spodziewałam.
Teraz chciałabym coś powiedzieć o moim guście literackim. Odwiedzam od czasu do czasu blogi, których nie obserwuję. (Każdemu się zdarza, prawda?;) Zostawiłam komentarz pod postem o... o pewnej polskiej powieści. Co napisałam? Że po latach broni się, ale nie wszystkie są przecież tak ponadczasowe. Z odpowiedzi pod moim postem wyczytałam, że generalnie nie mam prawa się odzywać, bo na pewno mam zły gust. Może nie dosłownie, ale tak to odebrałam: po co się tu odzywasz, my tu mamy własne mądre kółeczko.
Otóż - tak, coś tam wiem o polskiej literaturze. Polonistką nie jestem, ale od kiedy skończyłam czytać powieści młodzieżowe, zabrałam się za kanon polski i światowy. I oprócz Herlinga Grudzińskiego i Dołęgi-Mostowicza (i Chłopów;) przeczytałam prawie wszystko, wliczając naturalnie wszystkie lektury (obowiązkowe i nieobowiązkowe), oraz poezję polską (Baczyński, Wat, mój ulubiony Gałczyński i młodsi, tacy jak Barańczak, Lipska, czy mój krajan Siwczyk) i zagraniczną (ubóstwiam WB Yeatsa). Ćwiczyłam swoje gusta na klasyce - Tołstoj, Dostojewski, Shakespeare, Standal, Prust (połowa cyklu), Joyce, Mann, Hardy, Hemingway, etc. Mam bogatą biblioteczkę, ale nie aż tak, jak niektórzy z Was. Staram się kolekcjonować książki, ale również staram się je czytać. nie interesują mnie dzieła wampirystyczne, ale jeśli jest na to zapotrzebowanie, to proszę.
Jestem już na takim etapie, że wiem, co mnie interesuje, a co nie. Moje wybory ostatnio były dość przypadkowe (prócz Ishiguro, którego naprawdę Nie opuszczaj mnie oraz niepocieszonego nie trawię, bo jego wcześniejsze powieści przyzwyczaiły mnie do innego stylu; oraz Murakamiego, w którym się zakochałam), ale staram się czytać dla przyjemności, a nie na wyścigi.
Moi ulubieni pisarze? Proszę: Joyce (którego przeczytałam - za wyjątkiem Finneganów Trenu - caluśkiego), Thomas Hardy (którego kocham za smutek i piękno języka), Virginia Woolf (którą sobie dawkuję, bo przecież więcej nie będzie), Martin Amis (postmodernista - świetny!), Robert McLiam Wilson (czekam na więcej), Roddy Doyle (ten humor!) oraz Flann O'Brien (czekam na realizację Sweeneya wśród drzew, którą zapowiadają ojciec i syn Gleesonowie).
Nie, nie pretenduję do miana autorytetu. Moje opinie są czysto subiektywne i mają zachęcić Państwa do weryfikacji. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się obrażony. Nie chcę wyjść na małostkową. Tylko lekki szlag mnie trafia, jak mi się sugeruje nieznajomość literatury. Ma się rozumieć - nie pozjadałam wszystkich rozumów, mam duże braki, zwłaszcza w literaturze współczesnej (polskiej szczególnie, bo zraziłam się kilkoma złymi powieściami, ale pracuję nad tym, bo na oku mam Lalę), ale staram się podążać za nowościami. Ale nie mogę konkurować z fabrykami recenzji;) oczywiście nie piszę tego w pejoratywnym znaczeniu, ponieważ sama czekam na mój drugi (w życiu) egzemplarz recenzencki.
(No, daliśmy sobie po szlagu, to teraz ręka na zgodę;) Mam nadzieję, że będziecie mnie dalej czytać.

P.S. Tak, robię błędy. Nagminnie w wyrazach drugi, kłótnia, oraz pokażę;) Odkąd dostałam Wujaszka Wanię, przestałam robić byka w wyrazie wujek;D

Dla dorosłych i dla dzieci

Powinno się coś zrymować, ale od trzech dni jestem niedospana, bo jakiś %&*(*&^*@@@ zarządził zmianę czasu. Mały też jest rozstrojony, bo musi się poprzestawiać ze wstawaniem i jedzeniem. Fajnie zasypiał koło 20-tej, a wczoraj o 20-tej się kąpał. Ale do rzeczy:
Przygody Tin Tina. Jeśli lubicie Indiana Jonesa, "Mumię" i inne przygodówki - Tin Tin jest dla Was. Spora dawka humoru, która rozbawi zarówno młodego widza jak i starego konia;) Do tego animacja na bardzo wysokim poziomie. Ha ha, panie Spielberg, a zaczęło się od kilkunastu minut niemrawych dinożarłów;)
Dla nieco młodszych - Muppety. Dla mojego pokolenia to był kultowy serial, ale dziś już nieco zapomniany. Oczywiście nie ma chyba osoby, która nie potrafiłaby nawet wyrwana o trzeciej nad ranem ze snu nie dokończyć "mana mana". Film jest utrzymany oczywiście w konwencji musicalu, bo przecież Muppety słyną ze swojej rewii. Jako nie-kukiełkowe gwiazdy - Amy Adams (którą uwielbiam) i rapujący (sic!) Chris Cooper. Ha, ale i tak Miss Piggy kradnie film:)
Dla najmłodszych zeszłoroczna produkcja Disnaya: Kubuś i przyjaciele. To ponadgodzinny film animowany z dobrze znanymi z motywami książek. Jest zgubiony ogonek Kłapouchego, oraz 'Wyszedłem zajętyKa', dla niepoznaki zmieniony w 'Bendezara'.
Do poczytania (dziecku) proponuję "101 dalmatyńczyków". My akurat jesteśmy w połowie. Dostałam tę książeczkę mając 9 lat. Oczywiście przeczytałam sama (są jeszcze ślady ołówka po odrysowywaniu szczeniaczków). Teraz czytam dziecku do sny. Troszkę bałam się, że po spotkaniu z Torturellą nie będzie mógł spać, czy coś, ale nie było żadnej negatywnej reakcji. Za to bardzo interesują synka losy zwierzątek.






Na sam koniec chcę Wam polecić śliczne rosyjskie bajeczki. Odkryliśmy je wczoraj na YT. Jestem zachwycona kreską. Z dzieciństwa pamiętam, że miałam bardzo dużo takich folklorystycznych książeczek, a większość postaci była w coś zaklęta. "Śnieżynkę" (Snieguliczkę) pamiętam; ubogie starsze małżeństwo chciało mieć córeczkę i dostali taką ze śniegu, a ona chciała pobawić się z rówieśnikami, którzy skakali przez ognisko i również skoczyła. Niestety roztopiła się...


24 marca 1919 roku - tragedia w kinie Capitol


Wielu z Was zapewne wie, że jestem rodowitą gliwiczanką. Z Gliwicami jestem związana niewidzialną pępowiną. I tak już chyba zostanie na zawsze. Zbieram informacje o historii Gliwic, zdjęcia sprzed lat. Kilka lat temu natrafiłam na tragiczną historię. Jeszcze się Belgia otrząsa z tragedii, jeszcze pasażerowie PKP mają w pamięci zdarzenie sprzed kilku tygodni... To, o czym napiszę wydarzyło się niemal sto lat temu. W Gliwicach, które wtedy nosiły niemiecką nazwę Gleiwitz. U zbiegu ulic Wieczorka i Górnych Wałów znajduje się dziś skwer z pomnikiem Mickiewicza, ale niewielu ludzi wie, że przed wojną stało tu kino Capitol. Ładne to było kino, nowoczesne, z restauracją i własną orkiestrą, która okraszała muzyką filmy nieme.
Tego marcowego dnia jedno ze stowarzyszeń katolickich zorganizowało przedstawienie "Jadwiga, patronka Śląska". Na widowni przeważały dzieci, które nie ukończyły dziesiątego roku życia. Pożar zaczął się prawdopodobnie od rozgrzanej żarówki, od której zajęła się kotara. Tratujące się dzieci nie miały szans wydostać się z sali, ponieważ... drzwi otwierały się do wewnątrz! (Wypadek ten stał się podstawą do zmiany przepisów ppoż) Od dymu i czadu zginęło 76 dzieci, które zostały pochowane we wspólnym grobie na Cmentarzu Lipowym.

Historia tego miejsca jest tragiczna nie tylko ze względu na śmierć dzieci - na placu, który został po kinie (kino po pożarze odbudowano i unowocześniono - zostało zniszczone w czasie wojny) pochowano żołnierzy radzieckich poległych w walkach na terenie miasta. Zwłoki ponad ośmiuset żołnierzy przeniesiono dopiero w latach 50-tych na Cmentarz Radziecki na ul. Sobieskiego.

Pomnik na Cmentarzu Lipowym, upamiętniający tragedię z 1919 roku; przed wojną widniał na nim niemiecki napis Lesset die Kindlein zu mir kommen (Pozwólcie dzieciom przybyć do mnie), po wojnie kiedy Gliwice stały się polskie - został skuty.

Aleksander Wertyński


123 lata temu w Kijowie urodził się Aleksander Wertyński. Rodzice obumarli go we wczesnym dziecięctwie, przez co stracił kontakt z siostrą przyrodnią, Nadią (spotkali się dopiero po wielu latach).
W latach szkolnych co prawda miał pierwsze kontakty z teatrem amatorskim, ale nie wspominał ich dobrze. Jako młodzieniec zasłynął recenzjami teatralnymi - opisywał między innymi występy Fiodora Szalapina. Wertyński imał się różnych prac - sprzedawał pocztówki, był korektorem w drukarni, a także księgowym w hotelu.
W roku 1910 przeniósł się do Moskwy, gdzie związał się ze środowiskiem literackim, a także debiutował w filmie w roli drugoplanowej.
Na scenie debiutował w roku 1915; fama głosi, że jego charakteryzacja (występował początkowo w rozpoznawalnym kostiumie Pierrota - smutnego clowna) była jedynym wyjściem dla nieśmiałego Aleksandra. oszczędna scenografia i czarno-biały kostium tworzyły niepowtarzalną atmosferę dla śpiewanych wierszy stylizowanych na cygańskie romanse. Pierrot stał się rozpoznawalnym znakiem scenicznym Wertyńskiego. W późniejszych latach artysta odszedł od tego wizerunku na rzecz czarnego fraka.
Porewolucyjna Rosja nie była dobrym czasem dla artystów; dla Wertyńskiego zaczęły się czasy emigracji. W latach dwudziestych występował w Polsce z teatrzykiem 'Błękitny ptak', koncertował również w Konstantynopolu, na bliskim wschodzie, w Niemczech, a przez wiele lat mieszkał w Szanghaju, gdzie było duże skupisko rosyjskiej arystokracji. Śpiewał w Hollywood dla samej Marleny Dietrich, a jego najpiękniejsze pieśni powstały w Paryżu. Cały czas jednak tęsknił do ojczyzny. Z początku robiono problemy Wertyńskiemu, ale w latach czterdziestych wrócił do Rosji, gdzie dawał koncerty czerwonoarmistom (koncerty naturalnie nadzorował cenzor...) Zmarł z powodu niewydolności serca 21 maja 1957 w hotelu „Astoria” w Leningradzie, gdzie koncertował. Jego ostatni koncert odbył się tego samego dnia w Domu Weteranów. Został pochowany w Moskwie.
Recepcja dzieł Wertyńskiego w Polsce była ogromna. W latach 20-stych był u nas prawdziwą gwiazdą, a w latach późniejszych jego melancholijne pieśni śpiewali między innymi Jonasz Kofta, Mieczysław Święcicki, oraz Olena Leonenko.
Do tej pory z tego co wiem, ukazały się w PIWie wiersze Wertyńskiego, a w Czytelniku książeczka „Podróże z pieśnią”, będąca wspomnieniami artysty (pod silnym naciskiem władz sowieckich Wertyński piętnuje w niej cały swój dotychczasowy dorobek jako burżuazyjny). Od czasu do czasu można nabyć zremasterowane albumy na cd, które rozchodzą się jak świeże bułeczki.

Przegląd filmowy, cz. kolejna

Hiroszima, moja miłość; dziwny, oniryczny film o nieszczęśliwej miłości, a w tle powracające do życia miasto. Piękne i przerażające. Może ciut zbyt teatralne, ale tak się grało w latach 50-tych. Warto, choćby ze względu na zdjęcia.
Żegnaj moja konkubino to doskonały chiński film o aktorach klasycznego chińskiego teatru. Od najmłodszych lat ich treningi okupione były cierpieniem. Douzi i Shitou zaprzyjaźnili się jako dzieci, by w wieku męskim być nieomalże nierozłączni. Do czasu zaręczyn tego drugiego z Juxian. Film piękny i smutny. Doznajemy go wszystkimi zmysłami. Co prawda, przeciętny europejczyk zamiast chińskich pieśni słyszy miauczenie kota, ale warto poszerzyć horyzonty zaznajamiając się z inną niż nasza tradycją. W filmie mamy także pokaźny kawałek burzliwej historii dwudziestowiecznych Chin. Wielkim atutem są doskonali aktorzy - tragicznie zmarły Leslie Cheung, Fengyi Zhang i (moja ukochana) Li Gong.
Zmieniamy klimat o 180 stopni: Contagion - Epidemia strachu (swoją drogą - polscy dystrybutorzy jeszcze raz 'postarali się' z tytułem;). Filmów o epidemii było od groma i ciut ciut. Ten wydaje mi się najinteligentniejszy. Ogląda się go dobrze, nie ma dłużyzn, ani zbędnego patosu, akcja płynie wartko i czasami widza potrafi zaskoczyć. Dużo robi obsada bogata w dobrych aktorów. Można wymienić choćby Kate Winslet, czy Mata Damona, albo Juda Lawa (w roli irytującego wścibskiego blogera).
Za to odradzam dwa nowe filmy z Nicolasem Cage'em: pierwszego widziałam dziesięć minut, po czym stwierdziłam, że jest remake'em filmu telewizyjnego (Anatomia strachu, płaski przewidywalny gniot), drugi równie przewidywalny i również mógłby z powodzeniem być od razu pokazywany w telewizji - Bóg zemsty (znów dystrybutor obdarzył film 'genialnym' tytułem).
Za to całkiem nieźle wyszedł Affleckowi film The town - Miasto złodziei. Akcja dzieje się we współczesnym Bostonie, ale nie tym znanym z seriali o prawnikach, al tym biedniejszym, 'gorszym'. Młodzi ludzie nie mając szansy wyrwania się ze środowiska popadają w konflikty z prawem. W filmie jest miłość, niesztampowe charaktery oraz bez zbędnego moralizatorstwa ukazany obraz 'gorszej części' społeczeństwa. Czy miłość zwycięży z prawem?
Pamiętacie Hammerhorrory z Vincentem Price'em? Legendarna wytwórnia ma się dobrze i powraca w wielkim stylu! Kobieta w czerni to nastrojowy gotycki horror, który potrafi zjeżyć włosy na głowie. Mimo przewidywalnej fabuły (a który horror nie jest przewidywalny?) dostajemy półtorej godziny świetnie opowiedzianej historii, do tego ładnie pokazanej. Można robić Radcliffowi zarzuty o brak autentyzmu, ale przyjrzyjcie się niektórym mamom/tatom - można się zdziwić ich młodym wyglądem. Jedynym minusem jest zbyt długa scena kursowania głównego bohatera po schodach.
Również gorąco polecam doskonały Mój tydzień z Marilyn. Pomysł nie jest nowy - kilka lat temu widziałam film o nastolatku z małego miasteczka, w którym MM kręciła Skłóconych z życiem. Nie rozumiem, czemu Michelle Williams nie dostała statuetki - chociaż ubóstwiam Streep, nie uważam, że wcielając się w Thatcher nakręciła film życia. Niekiedy miałam wrażenie, że pomiędzy współczesne ujęcia wmontowano materiał archiwalny z samą MM. To samo tyczy się Branagha łudząco podobnego do sir Laurence'e Oliviera oraz Arthura Millera (Dougray Scott). Niestety z filmową Vivien Leigh nie postarali się zbytnio.
Na koniec lekka komedyjka romantyczna z wątkiem kryminalnym - Jak upolować faceta to znośne kino z żartami na poziomie, w sam raz na wiosenny wieczór. Plus śliczna jak z obrazka Katherine Heigl.
W następnym 'odcinku' - coś dla najmłodszych:)

Wstyd - reż. Steve McQueen

Trzydziestokilkuletni Brandon pracuje na wysokim szczeblu w jednej z nowojorskich korporacji. Jego apartament w wieżowcu przypomina raczej luksusowy pokój hotelowy niż mieszkanie singla. Bohater wieczory spędza w modnych lokalach na podrywaniu atrakcyjnych kobiet. Brandona trawi permanentna ochota na seks, do tego stopnia, że traci kontrolę nad własnym życiem. Niemal mechaniczny rytm dnia zaburzy Brandonowi dawno nie widziana siostra.
Nagradzany na wielu konkursach „Wstyd”, jest próbą ukazania niszczącego wpływu nałogu na życie jednostki; problem z seksualnością, czy uzależnieniem od seksu jest jeszcze w naszej kulturze tematem tabu. Tutaj jednak seks nie służy jedynie przyciągnięciu widzów przed ekrany, a jest - paradoksalnie - narzędziem do ukazania jałowości ludzkiej egzystencji. Wszelkie uładzenia byłyby tylko próbą maskowania brzydkiej rzeczywistości. Brandon żyje instynktownie, niczym zwierzę; niezauważalnie z łowcy stał się ofiarą własnego popędu.
„Wstydu” żadną miarą nie można porównywać do filmów takich jak „Ostatnie tango w Paryżu”, czy „Intymność”, bliżej mu do Hasowniej „Pętli”, w której bohater zmaga się z uzależnieniem, wręcz wysysającym z niego życie. Również skojarzenia z „American Psycho”, oraz „Fight Club” są uzasadnione - w obu filmach mamy obraz korporacji, która odbiera bohaterowi jego cechy indywidualne i to, co najważniejsze - człowieczeństwo.
„Wstyd”, to film smutny, gorzki. Główne role, w które wcielili się Michael Fassbender oraz Carey Mulligan, zagrane są przekonująco; szczególnie scena, w której rodzeństwo kłóci się przed telewizorem, zapada w pamięć. A niezmiernie wymowna dla atmosfery filmu jest interpretacja „New York, New York” w wykonaniu Mulligan, równie gorzka i nie pozostawiająca miejsca na odrobinę nadziei, co cały film.

Śniadanie z Sokratesem. Filozofia na talerzu - Robert Rowland Smith

Nie tak dawno temu popularne były miniwykłady Leszka Kołakowskiego 'O co pytają nas wielcy filozofowie?'. Cykl programów oraz wydanie książkowe trafiły na podatny grunt odnosząc niemały sukces komercyjny. Historia filozofii stała się zrozumiała, a przynajmniej Kołakowski starał się tak tłumaczyć, żeby osoba nie związana ze środowiskiem akademickim zrozumiała sedno.
'Śniadanie z Sokratesem' to zbiór felietonów brytyjskiego autora, związanego między innymi z Indpendent, Evening Star i BBC. Smith stara się, poprzez ciekawe spostrzeżenia, oraz zaskakujące spostrzeżenia przybliżyć i odbrązowić filozofię. I tak - budzimy się z Kartezjuszem, dzięki wnioskowaniu którego upewniamy się, że żyjemy [Nawet jeśli myślisz, że jesteś martwy, to sam fakt, że o tym p o m y ś l a ł e ś, oznacza, że żyjesz, bo myślenie implikuje istnienie], tożsamość w tłumie pozwala nam zachować Nietzsche, a lekcję małżeńskiej kłótni udzielają nam starożytni retorycy.
'Śniadanie...' nie jest kolejną historią filozofii, to raczej praktyczne zastosowanie wiedzy, ukazanie, że w błahych z pozoru sytuacjach, możemy znaleźć drugie (filozoficzne) dno. Mądrość - pisze autor - jest sztuką praktyczną, prowadzącą do podejmowania trafnych decyzji pośród komplikacji dnia powszechnego. Filozofować może każdy; jej istotą nie jest generowanie kalamburów dla jajogłowych, ale raczej wspieranie nas w dążeniu do mądrości. W końcu 'filozofia' oznacza umiłowanie mądrości.
Smith opisuje ze swadą mechanizmy społeczne, posiłkując się głównymi przesłankami myśli nie tylko filozofów, ale także psychologów, socjologów. Autor nie nudzi, nie moralizuje, a porcje są lekkostrawne i przyswajalne. Książka jest pomyślana na rynek brytyjski, ale mam nadzieję, że sprawdzi się i na naszym gruncie; wszystko, co służy myśleniu jest dobre. Już 'widzę' oczami wyobraźni program cykliczny BBC z aktorami wcielającymi się w poszczególnych myślicieli. Można czynić Smithowi zarzut o zbyt popowy styl, ale ja bym to raczej potraktowała jako zachętę do filozofowania.
Dla chcących zgłębiać temat, proponuję na 'drugie danie' Myślenie Hannah Arendt.
Serdecznie polecam Śniadanie z Sokratesem!!!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu CARTA BLANCA.


Spadkobiercy - Kaui Hart Hemmings

Zwykłe życie w niezwykłym miejscu.
Prosta, pozbawiona patosu historia, wciągająca od pierwszych chwil.
Równolegle z kinową premierą, do naszych księgarń trafia powieść „Spadkobiercy”, urodzonej na Hawajach Kaui Hart Hemmings. Książka od kilkunastu miesięcy nie schodzi ze szczytów list bestsellerów.
„Spadkobiercy” to kameralny dramat, rozgrywający się w bajecznych plenerach jednego z najpiękniejszych archipelagów świata. Turyści widzą to miejsce jako raj, w którym można być tylko szczęśliwym i pozbawionym trosk. Mieszkańcy natomiast widzą Hawaje, jak każde inne miejsce; tu zarabia się na życie, tu rodzą się dzieci, a starsi ludzie chorują na alzheimera...
Matt King właśnie dowiaduje się, że jego piękna żona, pozostająca w śpiączce od trzech tygodni, mówiąc kolokwialnie, nie wyjdzie z tego. Zapracowany biznesmen musi stawić czoło ojcostwu; do tej pory to na żonie i gosposi spoczywał 'urok' wychowania dwu krnąbrnych córek.
Przygotowanie do śmierci żony są dla Matta okazją do wiwisekcji rodzinnych relacji; niewygodne sprawy wyjdą na wierzch i trzeba się do tego ustosunkować.
Opowieść jest zgrabnie napisana. Styl łatwy, a od emocji aż kipi: stąd sukces. Zakończenie jest przewidywalne; po hollywoodzku tchnie optymizmem. Jedyne, co zastanawia, to płynna metamorfoza bohatera z zapracowanego prawnika w supertatę.
Jedna rzecz tylko tworzy rysę: czy bez twarzy Clooneya nie dałoby się sprzedać książki?

Pokuta - Ian McEwan

Każdemu zdarzyło się mimowolnie coś podsłuchać, podejrzeć, i wysnuć nieraz mylne wnioski. A gdyby takie z pozoru błahe zdarzenie miało niemały, destrukcyjny wpływ na czyjeś życie?
Nastoletnia Briony Tallis jest świadkiem rodzącego się romansu między starszą siostrą, Cecilią a przyjacielem rodziny, Robbym. Mylnie odczytuje to, co nie przeznaczone dla niej. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności dochodzi do tragedii, a przez niesłuszne oskarżenie Briony, Robby trafia do więzienia.
Powieść podzielona jest na cztery części. Pierwsza część, najdłuższa, rozgrywa się w ciągu jednej doby. Ot, mamy zjazd rodzinny, przygotowania do uroczystej kolacji, powitanie gości, sekretny romans dwójki młodych ludzi. Briony, nastolatka o zapędach literackich specjalnie z okazji powrotu brata napisała sztukę, którą chce wystawić. Jednak wydarzenia wieczoru przybierają niespodziewany obrót.
Druga część napisana jest w niemal reporterskim stylu; II wojna światowa, zmęczeni do cna żołnierze maszerują przez francuskie wsie w kierunku większego skupiska swoich wojsk. Rany, trupy, wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Robby'ego przy życiu przytrzymuje tylko nadzieja na rychłe spotkanie z Cecilią, która czeka na niego, jak wielokrotnie pisała mu w listach.
Trzecia część dotyczy pielęgniarskiego życia Briony, która - chcąc być może odpokutować swoją dziecięcą winę - rezygnuje z kariery pisarki.
Czwarta, ostatnia część, to właściwie epilog; Briony porządkuje wszystkie sprawy przed przeprowadzką do domu opieki.
Pokuta jest książką znakomitą. Postacie są wyraziste, a ich losy - poruszające. McEwan pisze pięknie i z klasą. Szczególnie pierwsza część skojarzyła mi się ze stylem Woolf. W drugiej części dowiedziałam się, że to świadomy zabieg pisarza. Część o wojnie przypomniała mi wspomnienia z cyklu Zapiski ze współczesności. Pamiętam szczególnie jedno ze wspomnień, teraz już nie wiem czyje - opowiadająca je, jako mała dziewczynka uciekała z terenów dzisiejszej Ukrainy, UPA zaatakowało konwój, w którym znajdowała się jej rodzina. Nie wiem, co stało się z matką, ale ojca obdarto ze skóry i przywiązano do drzewa. Ona sama miała lalkę przestrzeloną do rączki... Długo po wysłuchaniu tych wspomnień nie umiałam się otrząsnąć...
Wracając do Pokuty - bardzo chętnie zobaczę film. Jeszcze chętniej sięgnę po inne książki tego pisarza.

Z rozmysłem zamieściłam zagraniczną okładkę, ponieważ nie chcę, żebyście sugerowali się filmem;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...