Dwutygodniowy przegląd filmowy

Jeszcze przed Dziewczyną z tatuażem widziałam Szpiega; obsada wspaniała (Oldman:), fabuła, dialogi, scenografia - no wszystko było świetne... ale film mi jakoś nie leżał. Może spodziewałam się czegoś a la Francuski łącznik?
Rzeź; znudziły mnie recenzje filmów Polańskiego, biorące wszystko poprzez pryzmat jego skomplikowanego życia. Nie obchodzi mnie życiorys reżysera, tylko to, czy robi dobre filmy, czy do kitu. To nie terapia, tylko rozrywka. Rzeź jest zgrabną zjadliwą satyrą społeczną, dobrze napisaną, wspaniale zagraną - dostajemy przedstawienie teatralne na wysokim poziomie, które warto obejrzeć.
Za to radzę omijać z daleka I Love You Phillip Morris, marna komedia 'więzienno-analna'; Jim Carrey nudzi zgranym zestawem min (w tym ten jego słynny wysuw zębów), jedynym zaskoczeniem jest obecność w obsadzie Ewana McGregora, no ale pecunia non olet.
Za to McGregor ma u mnie dużego plusa za Debiutantów, chociaż myślę, że Christopher Plummer ukradł mu film (Henrik Vanger w Dziewczynie z tatuażem). Plus zadziwiająco dobry Goran Višnjić (Armansky w Dziewczynie...). Film warto zobaczyć - jest taki nieśpieszny i po prostu miły.
Chciwości nie dałam rady obejrzeć do końca - temat świetny, postacie soczyste, ale ile można oglądać Spaceya w roli szefa? Z Ironsa zrobiła się mumia egipska, u Zachary'ego Quinto denerwowały mnie brwi, ale na osłodę miałam Paula Bettany, którego uważam za świetnego aktora, ale facet marnuje się w jakichś dziwnych produkcjach typu Ksiądz 3D...
A propos 3D - Trzej muszkieterowie 3D. OMG, już takie głupie, że aż zabawne. Latająca jak jakiś ninja Milady, bitwy statków powietrznych, etc., nie no... Ale aktorsko nawet niezły. Do tego kilka śmiesznych gagów. Zastanawialiśmy się co można wymyślić w drugiej części, ale chyba tylko kosmitów nie było w Muszkieterach;)
Zostajemy w epoce powłóczystych sukien i facetów w rajtuzach - moim rozczarowaniem roku jest Anonimus. Niestety, no przykro mi. Chyba zbyt wysoko zawiesiłam poprzeczkę. Świetna Elżbieta w wykonaniu Vanessy Redgrave (młodą Elżbietę grała jedna z jej cór-aktorek, Joely Richardson - i znów z obsady Dziewczyny..., tym razem Anita Vanger). Rhys Ifans udowadnia, że dojrzał do prawdziwej gry aktorskiej, Derek Jacobi, 'zakamuflowany' David Thewlis - jak zwykle w formie. Oczywiście nie będę przedstawiała fabuły, ale mimo całego rozmachu, z którym powstał film, dostajemy średnio udane widowisko. Czemu już nie zdarzają się filmy pokroju doskonałej Królowa Margot?
Z moich osobistych rozczarowań telewizyjnych - Cesarzowa z Li Gong. Zaczęło się cudnie, kameralny dramat, podtruwana przez męża władczyni, intrygi na dworze, etc., niestety potem doszli zamaskowani mordercy wyłażący ze wszystkich dziur niczym koty ninja wychodzące z kanapy, nagle film zaczął przypominać podrzędne filmy karate z lat 80-tych... Żal.
W ogóle myślę tak kiedyś usiąść i spisać sobie filmy, które chcę obejrzeć i wybrać się na łowy.
Na wieczór Ostateczne rozwiązanie.

Umberto Eco "O bibliotece" - antybiblioteka?

Na dobry humor dla Was i dla mnie fragment eseju Umberto Eco:)

A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielać katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. Jeśli to tylko możliwe, ortografia w obu tych katalogach (nowych i dawnych) winna być odmienna; na przykład
Czajkowski w nabytkach nowych przez Cz, w dawnych zaś z Francuzka przez Tsch.
(...)
C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten kto, wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie symboli i uznał je za niemożliwe, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
D. Czas miedzy zamówieniem dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
E. Nie należy dawać więcej niż jedna książkę na raz.
F. Książki dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej, tak wiec należy podzielić swoje życie na dwa fundamentalne aspekty, jeden obejmujący lekturę, drugi sprawdzanie. Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego
czytania kilku książek, gdyż od tego można dostać zeza.
G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki; jeśli jakaś już się znajdzie, dostęp do niej winien być bardzo czasochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż na mieście, limity kopii bardzo niskie, nie przewyższające dwóch albo trzech stroniczek.
H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.
(...)
J. Dział informacji winien być nieosiągalny.
K. Należy zniechęcać do wypożyczania.
L. Wypożyczenia miedzy biblioteczne winny być niemożliwe, a w każdym razie trwać całymi miesiącami.
Najlepiej jednak zagwarantować sobie niemożliwość zapoznania się ze stanem innych bibliotek.
Ł. W konsekwencji tego wszystkiego kradzieże winna być bardzo ułatwiona.
M. Godziny otwarcia winny ściśle zgadzać się z godzinami pracy, przedyskutowanymi z góry z przedstawicielami związków zawodowych; całkowite zamkniecie biblioteki w sobotę i niedziele, a także wieczorami i w godzinach posiłków. Największym wrogiem biblioteki jest pilny student; najlepszym przyjacielem - Don Ferrante, człowiek, który ma własna bibliotekę, nie musi wiec chodzić do biblioteki publicznej, której jednak zapisuje swój księgozbiór.
N. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolwiek w obrębie biblioteki; w żadnym razie nie powinno być mowy o posilaniu się poza biblioteka bez odłożenia wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić odnowa.
O. Niemożliwe winno być odzyskanie czytanej książki następnego dnia.
P. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto pożyczył brakującą książkę.
R. Jeśli tylko się uda - żadnych ubikacji.
S. Następnie dodałem warunek: w sytuacji idealnej czytelnikowi nie powinno przysługiwać prawo wstępu do biblioteki; zakładając jednak, że wtargnął nadużywając w małostkowy i mało sympatyczny sposób swobód przyznanych mu na podstawie zasad roku 1789, które nie zostały jeszcze przyswojone przez zbiorowa wrażliwość w żadnym razie nie może i nigdy nie będzie mógł mieć dostępu do półek z książkami - poza pospiesznym przemknięciem przez bibliotekę podręczną.

Regulamin tłoczni win - John Irving


Regulamin tłoczni win to nie nowość, ale temat tej książki jest ponadczasowy. Sieroty będą istniały zawsze, czy tego chcemy, czy nie. Chwała Bogu odchodzi się od większych placówek, na rzecz tych rodzinnych. Nie ma już sierocińców jak z Dickensa, czy "Jane Eyre".
Tematem przewodnim (prócz różnych odmian miłości - ojcowskiej, zmysłowej, miłości do dziecka) jest aborcja i cała etyczna otoczka wokół zjawiska usuwania ciąży. Irving nie moralizuje, nie potępia. Temat wymaga delikatności - i tak jest podany; mimo ciężkiej wagi tematu i drastycznych scen, Irving pisze ładnie, nie szokuje, raczej prowokuje do myślenia. Prędzej czy później czytelnik musi się zdeklarować - jak Homer Wells.
Książkę zawsze chciałam przeczytać. Od kiedy zakochałam się w filmie. Byłam na nim w kinie, a na wideo widziałam go milion razy! Oczywiście film jest znacznie okrojoną wersją historii sieroty z St. Clouds (a doktor Larch jest postacią drugoplanową), ale to dobrze zrobiony kameralny dramat. Może nazbyt uładzony, ale klimatyczny. Przynajmniej takie jest moje odczucie (ale ja nie jestem obiektywna, bo film uwielbiam).
Z ciekawostek - John Irving urodzony jest 2 marca; doktor Larch wypisuje dyplom Homerowi i jako dzień urodzin wpisuje 2 marca. Inna ciekawostka - czy i Was dopadła Lana del Rey? Teledysk widziałam dopiero trzy dni temu, ale w migawkach od razu poznałam zalaną w pestkę Paz de la Huertę, którą znam nie tylko z "Zakazanego Imperium", ale - jeśli widzieliście film, na pewno pamiętacie agresywną dziewuszkę (szkoda, że w filmie nie znalazła się wielgachna Melony, która wbrew zdrowemu rozsądkowi zaskarbiła moje uczucia).
Po kolejnego Irvinga sięgnę na pewno. Jego świat jest soczysty i roi się od postaci z krwi i kości. No, może trochę nietuzinkowych i posiadających dziwne imiona, ale - postaci wielowymiarowych.

Dziewczyna z tatuażem

Byliśmy wczoraj w kinie na Dziewczynie z tatuażem. Akurat jestem w trakcie czytania Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet - przez pierwsze czterdzieści stron książka wydała mi się nudna i odłożyłam na jakiś czas. Akurat tam, gdzie przerwałam robiło się ciekawie. Przedwczoraj czytałam do drugiej, bo nie umiałam przestać, a z tego, co widziałam w kinie - będzie jeszcze ciekawiej.
Na film na prawdę ostrzyłam sobie zęby. Fincher wraca i to w wielkiej formie. Czemu wraca? Ano, po - według mnie - dennej laurce facebooka a la telewizyjne produkcyjniaki, oraz nudnym "epickim" Benjaminie Buttonie (który raczej pasowałby do Zemeckisa lub Spielberga), Fincher zrobił to, z czego słynie - film odważny, brutalny, inteligentny, wyzywający. Wystarczy przypomnieć Siedem, Podziemny krąg, albo o oczko niżej plasowany Zodiak. Ogólnie film kojarzy mi się z serialem Milenium z Lance'em Henriksenem (szczególnie z pierwszym odcinkiem pierwszej serii oraz odciek Mikado z drugiej serii) oraz z filmem Osiem milimetrów.
Akurat dwie godziny wcześniej w DKK omawiałyśmy Naszą klasę Słobodzianka, przy czym zgodziłyśmy się gremialnie z tezą Hannah Arendt, że zło jest banalne. Tak, zło jest banalne - źli ludzie nie mają kopyt i rogów, źli ludzie mówią nam dzień dobry, pomagają przynieść zakupy staruszce, robią karierę i powleczeni cienką warstwą werniksu banalności chowają przed światem swoje przerażające ja. Co i rusz wychodzi sprawa molestowania dzieci przez wychowawcę, co jakiś czas (chwała Bogu u nas nie zdarza się to często) policja łapie seryjnego mordercę, który jest zwykłym mieszkańcem przedmieścia, nienotowanym, o którym sąsiedzi wypowiadają się raczej pochlebnie. To właśnie jest głównym motywem filmu.
O samym filmie, także grze aktorskiej mogę powiedzieć dużo dobrego. Obsada dobrana jest starannie, zarówno w rolach pierwszo,- jak i drugoplanowych można zobaczyć aktorów znanych i - co najważniejsze - świetnych (doskonali jak zawsze Christopher Plummer i Stellan Skarsgård, dawno nie widziani na dużym ekranie Julian Sands, Robin Wright, czy David Dencik, którego można było niedawno zobaczyć w Szpiegu). Gra aktorska Rooney Mary jest na wysokim poziomie. Jej transformacja w Lisbeth jest - patrząc na jej zdjęcia spoza planu - aż niewiarygodna! (Od siebie dodam, że Rooney ma bardzo ładny głos). Postać Lisbeth Salander - mimo pozornej chropowatości budzi sympatię widza. Dodam więcej - przez cały film trzymałam za nią kciuki! Film jest na tyle emocjonujący, że w momentach drastycznych pragnęłam zemsty na oprawcach!
Film na prawdę wart obejrzenia. Mimo długości - 158 minut - nie ma ani chwili oddechu, nie ma dłużyzn. Plus Karen O, Trent Reznor, Atticus Ross: "Immigrant Song"

Blogowo-filmowo

Na początku muszę się do czegoś przyznać - od małego, a dokładnie od poranków, na które chodziłam do kina Apollo (dziś tam jest Biedronka), nienawidzę i to bardzo, kiedy KTOŚ KOPIE MI W KRZESŁO!!! Mam ochotę odwrócić się wtedy i stać się takim Tylerem Durdenem!!! Ja rozumiem przypadkowe trącenie, ale żeby cały film wrednie kopać w krzesło? To odbiera całą radość z filmu...
A na czym byłam? W zeszłą środę byłam z mężem na filmie Sherlock Holmes: Gra cieni. Oczywiście jeśli ktoś akceptuje konwencję Sherlocka a la Guy Ritchie, to film powinien mu się spodobać. Jak dla mnie trochę za dużo "matrixa", czyli takich zwolnień w walce i przyspieszeń. Aktorsko - bardzo dobry (coraz bardziej przekonuję się do gry Jude'a Law), świetny Fry, a Downey jr pokręcony jak zawsze;) Fabułka zgrabna i dobrze zrealizowana. Słowem - świetne patrzydełko na długie zimowe wieczory.
Niedawno dałam się nakusić na inny film Guya Ritchiego - Rock'N'Rolla; mimo dobrej obsady skończyłam seans po dwudziestu minutach. Jak dla mnie przeszarżowany. Jakbym cały czas oglądała wprowadzenie. Męczy.
Z filmów głupawych ostatnio miałam przyjemność obejrzeć horror komediowy Postrach nocy z Colinem "Jedna Brew" Farrellem w roli wampira. To remake filmu z lat 80-tych, czyli lat apogeum tandety. Plusy - nie nudzi aż tak bardzo, dialogi dość zabawne i na dodatek całkiem nie do poznania (ale ja poznałam, he he) David Tennant (poprzedni Doctor - fani wiedzą o co chodzi). Drugi to film Burke i Hare z Peggiem i Sarkisem w rolach tytułowych. Humor czarny, czasem trochę poniżej pasa, ale broni się wykonaniem i scenografią. Średni - ot, obejrzeć i zapomnieć.
Z filmów romantycznych polecam obyczajowy Jeden dzień z Anne Hathaway. Taki nieoczywisty inny niż większość tak zwanych "komedii romantycznych". Do śmiechu mało, za to do pomyślenia. Gra aktorska mocno średnia. Wydaje mi się, że to mógłby zagrać każdy.
Następca Angielskiego Pacjenta, czyli francuski Niebo nad Saharą rozczarowuje. Widz liczy na porywającą przygodę, na emocje wyciskające łzy! A co dostaje? Piach! Suchy piach!, jak śpiewała Kozidrak; para głównych bohaterów zgubiła się na pustyni i zajeżdżają kolejne wielbłądy, których wycia pod koniec filmu nie da się już wytrzymać. Nieudane.
Niebezpieczna metoda to film opowiadający o znajomości Junga z Freudem. Ok. Tylko po co ta wrzeszcząca, robiąca miny jak orangutan Keira??? Gdyby wyciąć jej wątpliwy wątek, a dodać coś o animie/animusie itp., film byłby na prawdę świetny. No, może Fassbender jest trochę zbyt sztywny, ale Mortensen w roli Freuda jest na prawdę bardzo dobry! Zresztą za tę rolę otrzymał nominację do Złotego Globu.
Zauważyłam, że jak już się jakiś aktor wybije, to trzeba uważać otwierając lodówkę, bo zaraz z niej wyskoczy; no wiecie - otwieram lodówkę, a tak Keira, otwieram lodówkę, a tam Fassbender (którego nazwisko nagminnie przekręcam myląc z pisarzem Feuchtwangerem; mówię "ten Niemiec", co trochę mija się z prawdą, bo facet wychował się w UK).
Telewizja: przedwczoraj obejrzałam Dobry rok z Russellem Crowe i Marion Cotillard (zaglądam do lodówki, a tam...); miły filmik z rodzaju jak przeprowadzić się do Prowansji/Toskanii, stać się innym człowiekiem i znaleźć miłość swojego życia. Do pooglądania raz.
Skoro jesteśmy przy Crowe - leciał mój ukochany Pan i władca: Na krańcu świata Petera Weira. Zrealizowany na podstawie wątków z kilku powieści Patricka O'Briana (zamierzam przeczytać). Gdybym miała wziąć dziesięć filmów na bezludną wyspę (he he;), wzięłabym ten film na pewno! Z ciekawostek dodam, że rolę doktora miał grać Ralph Finnes; nie wyobrażam sobie innego doktora niż Bettany!
Samego Finnesa widziałam w filmie Biała Hrabina. Przedwojenny Szanghai jak dickensowski sierociniec przygarnął rosyjską arystokrację, odzierając z niej całe piękno. Dobry scenariusz (Kazuo Ishiguro!!!), piękne widoki, niepowtarzalny klimat... ale jakoś nie zachwyca. Moim zdaniem zawinił właśnie Finnes, który wpadł w manię grania nieszczęśliwych kochanków, przez co stał się parodią samego siebie. Richardson bezbarwna. Jedno, co mnie w filmie urzekło, to muzyka. W szanghajskich barach możemy dostrzec - najpierw przebranego za Pierrota, później przyodzianego we frak - Aleksandra Wertyńskiego!. Znakomity przedwojenny rosyjski artysta, znany również w Polsce (występował z teatrzykiem Sinaja Ptica, czyli Niebieski Ptak), w powojennych czasach przypomniany przez Koftę (piękne wykonanie Madame, opadają już liście), oraz z recitalu Oleny Leonenko. Już w czasie czołówki możemy usłyszeć piękną balladę Nad różowym morzem (tu w wykonaniu Oleny, bo nie umiałam znaleźć oryginału).
Na zakończenie (piszę od godziny) doskonały, inteligenty dramat Miasto gniewu, ze świetną obsadą. Film porusza i daje do myślenia. Oby więcej takich filmów w telewizji.
Co przede mną? Ano na pewno Żelazna Dama, Batman. Początek (cichoooo) i Dziewczyna z tatuażem, na którą idziemy w przyszłą środę (nie mogę się doczekać!)

Nasza klasa - Tadeusz Słobodzianek

Rany żydowsko-polskie nie zabliźniły się i nie zabliźnią chyba nigdy. Kilka lat temu wyszła "sprawa" Jedwabnego. Na temat zajść w podlaskim napisano szereg publikacji, jeszcze więcej artykułów oraz - ten dramat. No, może nie wymienione zostało miasteczko z nazwy, ale Jedwabne jest naszym - czytelnika - pierwszym skojarzeniem.
Rzecz zaczyna się w latach trzydziestych; grupka dzieci ze szkoły powszechnej, Żydzi i Polacy, snują dziecięce marzenia, plany. W miarę upływu czasu rodzą się pierwsze fascynacje, miłości. Okupacja sowiecka, później niemiecka przerywa spokój sennego miasteczka. Donosicielstwo, nienawiść i bezkarność skutkuje pogromem.
Nie zdradzając dalszej fabuły powiem, że tę niewielką objętościowo książeczkę, ale przesyconą emocjami nagrodzono nagrodą Nike w 2010 roku. Czy zasłużenie? Zapewne, choć nie miałam okazji zapoznać się z twórczością konkurencji.
Książkę się chłonie. Od razu wyobrażałam sobie "wydanie sceniczne", które, owszem, powstało.

Autor nie moralizuje, nie rozlicza. Dialogi i historia są przekonujące, mocne. Ale i temat jest mrożący krew w żyłach.
Zostając w tematyce holokaustu pragnę zauważyć, że mamy polskiego kandydata do Oscara. Jest to film Agnieszki Holland "W ciemności" z Więckiewiczem w roki głównej.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...