Straszni mieszczanie (zaległa recenzja na koniec roku)

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Julian Tuwim opisywał w jednym ze swoich najbardziej znanych wierszy Strasznych Mieszczan, którzy zajęci płytkimi bolączkami dnia codziennego widzą tylko koniuszek własnego nosa.
Angielska proza, przede wszystkim „lekkie kryminałki” przyzwyczaiły nas do obrazu prowincji jako wylęgarni wścibskich, zakłamanych, dwulicowych typów, którzy w oczach sąsiadów pragną uchodzić za podpory lokalnej społeczności. Swoistą zapowiedź takich „strasznych mieszczan” dała nam JK Rowling w postaciach Vernona i Petunii Dursleyów, wujostwa Harry’ego Pottera, żyjących w Little Whinging. Nowej powieści Rowling bliżej jest do serii Morderstwa w Midsomer niż do Buddy z przedmieścia, a porusza istotne problemy społeczne, takie jak nietolerancja, przemoc w rodzinie, konflikt pokoleń, a także bieda czy bezpardonowe dążenie do uzyskania lepszej pozycji społecznej niż sąsiad.
Trafny wybór to powieść szczera i brutalna. W wielu reklamach pojawia się hasło brytyjski czarny humor, ale to raczej gorzkie spojrzenie na kondycję ludzką niezależnie od szerokości geograficznej. Powieść nosiła roboczy tytuł Odpowiedzialni, jednak ostatecznie autorka skłoniła się do tytułu The Casual Vacancy (tymczasowy wakat – nic mnie nie przekona, że tytuł zaproponowany przez wydawnictwo jest… hm… trafny), który zarazem stanowi punkt wyjścia dla powieści.
Rowling opisała to, co zna; wychowała się w małym miasteczku w hrabstwie Gloucestershir i jak sama przyznała w jednym z wywiadów W dużej mierze to moje własne wspomnienia, z okresu młodzieńczego, który nie był szczególnie szczęśliwy. I trzeba Rowling przyznać, że psychika i mentalność nastolatka w powieści uchwycona jest znakomicie.
Nie sposób nie porównywać „dorosłej” powieści Rowling do sagi o Harrym Potterze, jednakże dzieci w Trafnym wyborze pozbawione atrybutów magicznych stają się bezbronnymi ofiarami, a każdy dorosły – każdy z wyjątkiem uznanego pośmiertnie za nieomalże świętego Barry’ego – jest niezdolny do głębszych uczuć. To Barry scalał do tej pory społeczność, a kiedy go zabrakło – znikła również harmonia. Dorośli, tacy odarci z elementów komicznych mugole, noszą swoiste maski, za którymi kryją się żądze, podłość i obojętność; młodzież chcąc być szczera staje się zagubiona, a szereg zbiegów okoliczności (których oczywiście można było by uniknąć, gdyby ktoś okazał serce, lub choć odrobinę zainteresowania drugim człowiekiem) prowadzi do tragedii.
Trafny wybór to książka przemyślana, zbudowana starannie, jak domek z kart. Właściwie przypomina bardziej domino niż domek z kart; śmierć Barry’ego Fairbrothera pociąga ze sobą nieprzewidziane konsekwencje i jest zaledwie zarzewiem konfliktów, które przybiorą na sile.
Wydźwięk książki jest równie gorzki, co jej zakończenie. Nie uczymy się na błędach, nie ma się co oszukiwać. Silni nadal będą wyżywać się na słabszych, a wygrany zawsze przejdzie po czyimś… trupie.

Co tam, panie, w filmotece?

Sama nie wiem, czy potrzeba mi filmów ogłupiających, czy emocjonalnych. Kiedy mózg potrzebuje wytchnienia, "odkładam go na półkę" i oglądam coś typu Wanted. Jezu, jaki głupi ten film! Jest tak głupi, że aż śmieszny. No a oglądam go nie dla Angeliny, a dla McAvoya i maleńkiej rólki Kretschmanna. 
W sobotę obejrzałam taki troszkę disnayowski Premium Rush. Każdy kojarzy filmy, gdzie dzieciaki przechytrzają złych dorosłych, prawda? No to to jest taka wersja z kidults zamiast z kids. 
Wczoraj mąż sobie puścił The Sweeney, ale ja już mam dość bezsensownej przemocy i brutalności, która w filmie niczemu nie służy i nastawiłam z płyty wspaniały film, który niedawno mi uciekł w telewizji. Pianista jest filmem genialnym; bo mam taką teorię, że Polański robi albo filmy koszmarne (Piraci), albo genialne (Lokator).  Adrien Brody wspaniale zagrał Szpilmana - w sposobie gry aktora było widać każdą emocję, od niepokoju aż do panicznego strachu. Scena z puszką ogórków robi kolosalne wrażenie. Albo scena, w której Szpilman w getcie zaczyna grać przebój Warsa "Umówiłem się z nią na dziewiątą" i płynnie przechodzi w chopinowski nokturn. Pianista jest jednym z najsmutniejszych i najpiękniejszych filmów, jakie znam. I na pewno zobaczę go kiedyś znowu. I to z przyjemnością (i oczywiście zapasem chusteczek).

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader

We wstępie do Białej gorączki Hugo-Badera Mariusz Szczygieł napisał, że autor "opisuje imperium z perspektywy wałęsającego się psa". Właściwie na tym opis książki można skończyć, bo w jednym zdaniu Szczygieł wspaniale zawarł kwintesencję reportaży Hugo-Badera.
Biała gorączka należy do książek, które przeczytać należny, o których się dyskutuje.
Reportaże powstały podczas wyprawy autora na niedostępne syberyjskie stepy, w czasie podróżny do Ukrainy, czy do biednej, jak mysz kościelna Mołdawii. Hugo-Bader UAZem-469, nazywanym sowieckim jeepem przemierza najdziksze tereny Rosji, na drogach której ludzie "giną jak muchy. W 2007 roku życie straciło ponad 30 tysięcy osób, tyle co w całej Unii Europejskiej". Świat, który opisuje nam autor jest brudny, zły i brzydki; pełen narkomanów (4 miliony), samobójców, pijaków (kolejne 4 miliony obywateli) i wyrzutków. Wypadek w kopalni, w którym zginęło stu górników, to tylko statystyka.
Ale zdarzają się kurioza - Hugo-Bader rozmawia z "wykładowcą" na byłym Uniwersytecie Kultury Hipizmu, który oferował zajęcia z teatru, literatury, historii sztuki, ale i estetyki biedy i filozofii hipizmu z elementami psychologii.
Tak, jak napisałam wcześniej - ta książka to lektura obowiązkowa. Mnie ten ogrom biedy i zdziczenia znużył mniej więcej w połowie, ale książkę doczytałam z wypiekami na twarzy.
Mam tylko szczerą nadzieję, że nie cała Rosja jest taka, jaką opisuje Hugo-Bader.

Dobro kontra zło absolutne

Wczoraj telewizja powtórzyła "Boską!", a kto nie wyłączył po teatrze telewizora mógł obejrzeć dokument fabularyzowany Arkadiusza Gołębiewskiego i Macieja Pawlickiego Historia Kowalskich. Film opowiadał o kilku rodzinach z dość dużej wsi na Rzeszowszczyźnie, które w czasie wojny zostały bestialsko wymordowane za pomoc sąsiadom, Żydom. Tragedia rozegrała się dokładnie 70 lat temu, 6 grudnia 1942 roku w miejscowości Stary Ciepielów i Rekówka. Zginęły wówczas 34 osoby, wśród nich wiele dzieci, w większości maleńkich.
Takich historii w czasie wojny było wiele. Z danych szacowanych przez historyków wynika, że ludności żydowskiej pomagało od pół miliona do nawet miniona Polaków.
Wystarczy przytoczyć historię rodziny Ulmów z Markowej, którzy doświadczyli takiego samego losu, co Kowalskich.
W pracy opisuję atrakcje turystyczne Polski. Niestety, oprócz muzeów, parków rozrywki i pięknych klasycystycznych ratuszów, mamy mnóstwo miejsc pamięci. Ofiary w mogiłach liczone są w setki. Na każdym bodaj cmentarzu, w każdym lesie jest krzyż, czy pomnik z gwiazdą Dawida. W Książenicach na cmentarzu jest mogiła Żydów, którzy nie wytrzymali marszu śmierci, w Leszczynach niedaleko torów jest pomnik, a pod lasem przy torach krzyż. Są w Polsce miasteczka, czy wsie, które w jeden dzień potraciły nawet 1/3 mieszkańców! Mama opowiadała, że moja babcia-pra była świadkiem, jak pędzili "tych biednych Żydów" przez miasto. Wszyscy płakali, wszyscy. Żydzi wiedzieli, że idą na śmierć.
W komentarzu do wczorajszego filmu przeczytałam, że ktoś tam "nie daruje tego Niemcom". To nie "Niemcy", tylko system ideologiczny. Ideologia, zło - nie mają określonego państwa. Żydzi, Tutsi, czystki etniczne w byłej Jugosławii - historia się powtarza. Tak jak wszędzie - są dobrzy i źli ludzie. Dobrzy Niemcy również byli, wystarczy przypomnieć sobie historię kapitana Wehrmachtu, Wilma Hosenfelda, który w czasie II wojny światowej pomagał zarówno Polakom jak i Żydom, w tym także Władysławowi Szpilmanowi.
Myślę, że o takich rodzinach trzeba mówić. Trzeba mówić o historii naszego kraju. Przecież do dziś żyją ludzie, którzy byli świadkami tamtych czasów. Pozwólmy im mówić. Może właśnie od nas oczekują tego, że będziemy słuchali...

Wilk. Szlaki życia Jacka Londona - James L. Haley

Był początek lat 90-tych. Całą klasą poszliśmy do kina na nową ekranizację Białego Kła. Film był zachwycający, mądry i wzruszający. Innym razem w telewizji widziałam Zew Krwi, ukazujący ciężki żywot traperów, gdzieś hen, na dalekiej północy. Autorem książek, na podstawie których nakręcono oba filmy, był Jack London. Wielki amerykański pisarz początku ubiegłego wieku.
London do dziś jest uważany za jednego z najważniejszych pisarzy, choć przylgnęła do niego etykietka pisarza dla chłopców. Czy słusznie? Na to pytanie stara się odpowiedzieć James L. Haleya, autor najnowszej biografii pisarza Wilk. Szlaki życia Jacka Londona. Haley jest autorem licznych książek dotyczących historii Teksasu, oraz kilku powieści beletrystycznych. Wilk jest pierwszą książką przetłumaczoną na nasz język.
Haley przybliża czytelnikom życie i twórczość Londona z aptekarską drobiazgowością. Każde wydarzenie jest doskonale opisane; London czerpiąc z życia przekładał swoje doświadczenie na wspaniałą literaturę. A doświadczenie London na prawdę miał imponujące: pracował od najmłodszych lat, próbując jednak dalej się kształcić; był piratem, polował na foku, podróżował z trampami (nazywanymi hobo) pociągami na gapę, a nawet został aresztowany za włóczęgostwo, które w Stanach było karalne. Kiedy wybuchła gorączka złota w Klondike, z rzeszą śmiałków rzucił się w złotodajne tereny. Niestety, galopujący szkorbut odebrał mu szansę na wielki zarobek. London nigdy nie zrezygnował ze swojego największego marzenia - od najmłodszych lat chciał został pisarzem.
Siła i determinacja Londona przełożyła się na miliony sprzedanych egzemplarzy jego dzieł. Warto tu wspomnieć chociażby Wilka morskiego, Martina Edena, czy wspomniane wcześniej Zew Krwi, czy Białego Kła.
Ponadto Haley opisuje lata biedy i kryzysu, który zmusza ludzi do pracy ponad siły za dziesięć centów za godzinę. Ci, którzy nie mają siły, bądź są kalecy, idą na dno. London znał z autopsji co to znaczy ciężka, wyrobnicza praca; otarcie się o samo dno ukształtowało socjalistyczne poglądy pisarza, jak pół wieku później ukształtuje innego znakomitego pisarza - George'a Orwella.
Na ponad czterystu stronach Haley opisuje walkę Londona o przebicie się, jako młodego pisarza; jesteśmy świadkami triumfu determinacji, ale i upadku wielkiego pisarza. London zmarł w wieku 40 lat w dość niejasnych okolicznościach; uzależniony od morfiny prawdopodobnie przedawkował narkotyk.
Wspaniale wydana biografia Londona może być świetnym prezentem mikołajkowym zarówno dla fanów pisarza, co dla wielbicieli biografii wszelakich. Myślę, że powinna się znaleźć na półce czytelników, zafascynowanych twórczością Jacka Londona. A mam nadzieję, że ci, którzy Londona nie znają, chętniej po niego sięgną.

Atlas chmur - T. Tykwer, L. Wachowski, A. Wachowski

Są takie filmy, po których człowiek wychodzi z kina odmieniony, lepszy – nie ważne, czy to na dziesięć minut, czy to na całe życie. I ten film właśnie do takich należy.
Atlas chmur powstał na podstawie książki Davida Mitchella (większość z Was na pewno kojarzy książkę, która została wydana jakiś czas temu). Realizacji epopei podjęli się – rodzeństwo Lana i Andy Wachowscy, oraz Tom Tykwer (znany chociażby z Pachnidła reżyser z Niemiec).
Film opowiada równolegle sześć historii, z których każda jest różna od pozostałych; mamy melodramat, ‘morską historię’, sensację, science fiction, a także komedię. Za każdym razem jednak spotykamy podobny układ sił, a postacie grane są za każdym razem przez tych samych aktorów. Raz postać grana przez tego lub tamtego jest pierwszoplanowa, raz pojawia się tylko w epizodzie.
Oczywiście można spekulować, czy to film o reinkarnacji, czy o nieprzemijalności miłości, przyjaźni i walce dobra ze złem. Na pewno każdy odczyta film inaczej.
Twórcy niekiedy puszczają oko do widza, bawią się historią kina, jak było w przypadku nawiązania do filmu Soylent Green. A w wątku Sonmi można dopatrzeć się paruzji.
Film jest zrobiony starannie, z rozmachem. Charakteryzacja zasługuje na Oscara – jest doskonała, każdy z aktorów wcielających się w postacie wygląda za każdym razem prawie nie do poznania. Dużym plusem jest wspaniała gra aktorów, zarówno doświadczonych, jak Jim Broadbent. Tom Hanks, czy (do tej pory niedoceniana przeze mnie) Halle Berry, ale i młodego pokolenia - Ben Whishaw (grał we wspomnianym już Pachnidle, ostatnio w Skyfall), Jim Sturgess (Pan i władca na krańcu świata), czy Doona Bae.
Atlas chmur nasycony jest emocjami. Wspaniała muzyka (szczególnie temat przewodni z historii o Robercie Frobisherze) potęguje nastrój tęsknoty. Bardzo chętnie sięgnę po książkę.
Wyszłam z kina spłakana jak bóbr. Dawno żaden film nie wywołał we mnie takich doznań. Już czekam na wydanie dvd, by móc obejrzeć Atlas chmur raz jeszcze. Jestem szczerze oczarowana filmem.

Odrodzona. Dzienniki 1947-1963 - Susan Sontag

Odrodzona to pierwszy tom dzienników intelektualistki amerykańskiej, Susan Sontag. Dzienniki z lat 1947-1963 opatrzone są przedmową i dopiskami syna pisarki, Davida Rieffa. Pierwsze notatki pochodzą z roku 1947, kiedy Sontag miała 14 lat. Są to odważne, jak na nastolatkę, bardzo świadome wynurzenia. Pamiętnik jest zapisem pracy nad sobą; nie kończące się listy lektur do przeczytania, kupienia, filmów, które obejrzała. To także życie prywatne; inicjacja seksualna, nieudane małżeństwo, relacje z kochankami, ale także wspomnienia z dzieciństwa, stosunek do synka, do swojej żydowskości. Sontag sama pisze o dzienniku tak: Rozumienie dziennika jako zaledwie przechowalni czyichś prywatnych, sekretnych myśli jest powierzchowne - to nie jest głuchy, tępy i niepiśmienny powiernik. W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby mnie ktoś słuchał; ja siebie tworzę.
W dzienniku dochodzi do głosu moje poczucie własnej tożsamości. prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna. Nie jest to więc (niestety) prosty zapis codziennych wydarzeń, lecz raczej - w wielu przypadkach - ich alternatywna wersja.

Od najmłodszych lat wiedziała, czego chce. W wieku nastu lat napisała Chcę pisać - chcę żyć w intelektualnej atmosferze. Kiedy była starsza zapisała w dzienniku: Dlaczego pisarstwo jest dla mnie ważne? Sądzę, że głównie z przyczyn egoistycznych. Chcę pisać, by móc określać się mianem pisarki, a nie dlatego, że mam coś ważnego do powiedzenia. Myślę, że to ostatnie zdanie wynika troszkę z kokieterii, bo Sontag była znakomitą pisarką. Wystarczy wspomnieć jej O fotografii, czy nadal czytany bestseller Zestaw do śmierci.
Na pewno Polacy mają do niej sentyment za wspieranie Solidarności w latach 80-tych. Sontag potępiała komunizm, walczyła o prawa człowieka, wspierała ruchy wolnościowe, czego dowód można znaleźć w jej licznych esejach.
Teraz czekam na kolejne tomy Dzienników.

Jupikajej, czyli troszkę po męsku


Wczoraj po raz setny oglądałam Szklaną pułapkę. No, nie mogłam przepuścić. Znam ten film na pamięć, ale oglądam za każdym razem, kiedy leci w telewizji. Mam kilka takich filmów: Pan i władca na krańcu świata, Hudson Hawk, Stalowe Magnolie... Dobrym męskim kinem nie pogardzę. Uwielbiam na przykład filmy wojenne (Wielka czerwona jedynka!), sensacyjne. Ale dobre. Niedawno widziałam film z Aaronem Eckhartem The Expatriate. Był taaaaaaki przewidywalny, że prawie umarłam z nudów. Fabuła przeładowana, bohater bez jaj, bohaterka mdła i nieprawdziwa.
Za to spokojnie można sobie obejrzeć nowego Willisa w filmie Looper. Fajny pomysł, fajne wykonanie (młodą wersję Willisa gra Joseph Gordon-Levitt). Tylko szkoda, że gdzieś w połowie tempo zwalnia i mamy sztampowy film o dobrym i złym kolesiu z bronią. Jeśli o broni mowa - nawet skusiłam się na Niezniszczalnych 2. Nie żebym widziała jedynkę, ale chętnie oglądałam tych wszystkich ramoli w jednym filmie. Najlepszy był Chuck Norris;)
Potężna dawka testosteronu została zneutralizowana jednym filmem: Lato miłości to kameralny dramat, w którym bohaterki przeżywają wzajemną fascynację. Bohaterkami są dorastające dziewczyny - bogata, rozpuszczona mitomanka Tamsin, oraz zahukana Mona, której brat prowadzący pub nagle 'odnajduje Boga'. Chociaż film jest brytyjski reżyserem jest nasz rodak - Paweł Pawlikowski. W roli Tamsin - Emily Blunt. Polecam, to bardzo ładny, kobiecy film...

Sunset Park - Paul Auster

W epoce przed internetem bardzo często chodziłam do bibliotek. Stawałam przed półką z prozą angielską, rzadziej amerykańską, i wpatrywałam się w grzbiety książek w poszukiwaniu autora, który mnie zaczaruje, przywoła. Parę razy udało mi się trafić prawdziwe perełki, części książek nawet nie pamiętam; bywało różnie. Ale co było najbardziej godne zapamiętania z tamtych czasów, to to, że potrafiłam wyłowić świetną prozę, taką, co to się toczy niespiesznie, a autor (czy autorka) opowiada nam wspaniałą historię o ludziach, jak my.
Taka właśnie jest książka Sunset Park Paula Austera. Życie grupki bohaterów, nie raz skomplikowane, jest zwykłym życiem młodych ludzi, niezależnie od tego, czy żyją w Stanach, czy w jakimkolwiek innym zakątku świata. Oprócz własnych, prywatnych dramatów, z którymi muszą żyć bohaterowie powieści, Auster wplótł wątek kryzysu; wykształceniu młodzi ludzie, by przyoszczędzić, mieszkają w squacie.
Ale Sunset Park to przede wszystkim mozaika osobowości. Auster jest wspaniałym kreatorem charakterów. Każda postać ma swoją tajemnicę, lęki, aspiracje i marzenia. Czy się spełnią?
Paul Auster, tak jak i poprzednie, napisał tę powieść ręcznie, w specjalnie do tego wybranym brulionie. Kiedy przelał myśli na papier, ostateczną wersję wystukał na wysłużonej maszynie do pisania. Ten, nazywany najbardziej europejskim pisarzem spośród Amerykanów, już dawno ugruntował sobie pozycje na światowym rynku. Szczytem kariery Austera - jako pisarza - była Trylogia nowojorska, wydana w latach 80-tych (w Polsce w tym roku).
Być może za parę lat zapomnę imion bohaterów Sunset Park, ale nie zapomnę ich postaci. Mam wrażenie, że książka dosłownie przeniosła mnie w historię, którą opowiadała. Czytałam opinie, że pozostałe austery są oniryczne, kafkowskie, że pisarz gra z czytelnikiem w grę, której reguły zna tylko on sam. W takim razie, chętnie podejmę tę grę, przeniosę się do Nowego Jorku z powieści Austera.

Już taki jestem zimny drań - Ryszard Wolański

Za parę lat, kto wie?
Co spotka jeszcze mnie,
Więc póki czas, korzystam z życia,
Co będzie jutro, nie moja rzecz.
Tak śpiewał Eugeniusz Bodo w piosence Dziś ta, jutro tamta.
Z artystą spędziłam długi weekend; biografia Eugeniusza Bodo autorstwa Ryszarda Wolańskiego, pochłonęła mnie bez reszty. Mam małego bzika na punkcie przedwojennych artystów, chociaż nie znam nut, zbieram przedwojenne wydania Rzepeckiego, a za jedną z najlepszych książek o tamtym okresie uważam Wielkich artystów małych scen Sempolińskiego. Wychowałam się na cyklu Stanisława Janickiego W starym kinie.
Kiedy ukazała się biografia Bodo, od razu ją kupiłam. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Przypominam sobie, że kilka lat temu widziałam film dokumentalny o Bogdanie Junodzie (Bodo to pseudonim artystyczny, utworzony z dwu pierwszych liter imion Bobdan i Dorota - tak miała na imię ukochana matka artysty).
Kim był Bodo? Z pochodzenia Szwajcar, z wyboru obywatel świata, artysta związany z najsłynniejszym warszawskim kabaretem Qui Pro Quo. Aktor, piosenkarz, reżyser. Prywatnie Bodo był domatorem, z zamiłowaniem zbierał znaczki, jedną z jego wielkich miłości były psy, a w wolnych chwilach wyszywał namiętnie makatki.
Kariera Bodo była błyskawiczna - zaczynał w dobie filmu niemego, ale doskonale - zważywszy na wybitne warunki głosowe - odnalazł się w kinie dźwiękowym. To on wyśpiewał takie szlagiery, jak Umówiłem się z nią na dziewiątą (z filmu Piętro wyżej), Ach, śpij, kochanie, śpiewana wspólnie z Dodkiem (Adolfem Dymszą w filmie Paweł i Gaweł), czy wykonywana w stroju a la Mae West piosenka Sex appeal (również film Piętro wyżej).
W czasie wojennej zawieruchy zawędrował między innymi do Lwowa i Odessy. Chciał przez Szwajcarię dostać się do Stanów. Niestety, został aresztowany przez NKWD. Skazany na pięć lat łagrów, potwornie wycieńczony zmarł w 1943 na pelagrę (pella agra, szorstka skóra, czyli rumień lombardzki) i gruźlicę.
Wolański, oprócz biografii artysty, opisuje także wszystkie jego filmy. "Tylko co siódmy polski film niemy zrealizowany do 1939 roku zasilił zbiory archiwalne. Z sześciu filmów niemych, w których wystąpił Eugeniusz Bodo tylko Człowiek o błękitnej duszy znajduje się z zbiorach Filmoteki Narodowej.(...) Z bogatego dorobku aktora, obejmującego 31 tytułów udało się odnaleźć i zachować 24 filmy". Na yt można obejrzeć wspomniane przeze mnie tytuły, co oczywiście wykorzystałam.
Do autora biografii mam jednak zastrzeżenia. Po pierwsze - zbytnia chaotyczność tekstu, szczególnie na początku. Wtręty, typu ale o tym później, sprawiają, że tekst się rwie. Drugi, poważniejszy zarzut dotyczy ramek z biogramami artystów współpracujących z Bodo. Czemu Wolański nie umieścił biogramów Toma i Pogorzelskiej? Konrad Tom był wieloletnim współpracownikiem Bodo, nakręcili razem wiele filmów, pracowali razem w QPQ. Z Pogorzelską nie raz występował na scenie (o czym, owszem pisze Wolański, ale biogramu nie umieszcza). No i nie mogę zgodzić się z tezą autora, ze pamięć o Bodo wśród młodych nie istnieje. Istnieje i jestem tego dowodem. Mogę również przytoczyć inny przykład - Mota, czyli Monika Zakrzewska z bloga Co się dziwisz kultywuje pamięć o przedwojennych artystach.
Jeszcze pozwolę sobie wrócić do filmów z udziałem Eugeniusza Bodo. Komedie romantyczne, komedie muzyczne, pełne humoru i niezapomnianej muzyki. Weźmy np. film Paweł i Gaweł. Może faktycznie ciężko uwierzyć, że dorosła kobieta przebiera się za dziecko, ale - przebieranki od zawsze były wpisane w historię kina. Przednio się uśmiałam z dialogów Bodka i Dodka, i z żalem skonstatowałam, że takich komedii już się nie robi...

Seans spirytystyczny

Naoczni świadkowie seansów Bredifa podali do gazety: S. Petersburgskie wiadomości, następne szczegóły: Jeden z adwokatów zaprosił do siebie Bredifa, chcąc się zaznajomić z jego duchami. Posadzili Bredifa, związali mu ręce i nogi, postawili przed nim na okągłym stoliku dzwonki, harmonikę, pogasili świece. Za firankami zaczął się wkrótce jakiś szelest, po niejakim czasie stół się podjął od strony Bredifa, dzwonki dzwoniły ale bardzo słabo, widocznie duchy nie były w usposobieniu, jakoś nie szło dobrze. Po upływie kilku minut Bredif zażądał żeby zapalono świecę. Siedział on związany i miał już zakończyć seans, ale proszono go, żeby powtórzył doświadczenie w nadziei, że duchy się poprawią i dowiodą swojej biegłości. Bredif usiadł znowu i znowu go związano; ale jak tylko zgaszono świecę, gospodyni domu nieznacznie odsunęła stół od Bredifa na małą przestrzeń, na ćwierć arszyna może. Zaczęły się za firanką jakieś ruchy, ale stół się nie podjął, dzwonki nie dzwoniły, Bredif z gniewem zawołał Mais Messicurs ne plaisantez pas. (Panowie! nie żartujcie.) Wreszcie, zerwawszy się z miejsca przemówił: Les esprits sont fatigues. (Duchy się zmordowały.) Wszystko to tak naiwne i dziecinne, że niepotrzebuje komentarza.
Bredif chodzi zwykle na seanse z woreczkiem; tym razem zapomniał go w przedpokoju. Jeden z gości przez ciekawość zajrzał do owego woreczka i znalazł w nim druty. Ciekawa rzecz na co duchom potrzebne druty.

Magia i spirytyzm w zarysie przez X. Antoniego Moszyńskiego, Kraków, 1876 r.

Duchy sióstr Fox [Życie po śmierci - Ian Wilson]

W grudniu 1847 roku, po drugiej stronie Atlantyku, w niewielkiej osadzie Hydesville niedaleko Rochester w stanie Nowy Jork, pewien metodysta, farmer James D.Fox, wprowadził się do drewnianego domku, dokąd wkrótce przybyła jego żona i rodzina. W owym domku poprzedniego lokatora niepokoiło niewytłumaczalne głośne pukanie. To samo powtórzyło się z rodziną Foxów. Córki, piętnastoletnia Margaretta i jedenastoletnia Kate, tak się przyzwyczaiły do tego "ducha", że nazywały go poufale "Panem Kopytko". Przyznawały jednak, że się go boją i nalegały na rodziców, by pozwolili im sypiać w swojej sypialni w osobnych łóżkach.

W piątek 31 marca 1848 roku Kate, młodszej córce, przyszedł do głowy pewien pomysł. Postanowiła nawiązać bezpośredni kontakt z intruzem za pomocą specjalnego kodu. Zawołała: "Panie Kopytko, rób to, co ja" i zaczęła strzelać palcami. Ku zdumieniu obecnych, dźwięk został powtórzony niczym echo. Zaintrygowana pani Margaret Fox, matka dziewczynek, włączyła się do eksperymentu. "Rób to, co ja" zawołała i zaczęła rytmicznie klaskać w dłonie. I znów odpowiedział dźwięk naśladujący klaskanie. Oto zapisana później relacja pani Fox z tego wydarzenia:

Pomyślałam sobie, że przeprowadzę próbę: zadam pytanie, na które nikt w tej okolicy nie mógłby odpowiedzieć. Kazałam głosowi wystukać, po kolei, wiek moich dzieci. Natychmiast wiek ten został poprawnie podany, przerwy pomiędzy kolejnymi seriami stukań były dość długie, aby dało się odróżnić, o które z dzieci chodzi, i tak siedem razy, po czym nastąpiła dłuższa przerwa i znów usłyszałam trzy wyraźne uderzenia, odpowiadające wiekowi mojego maleństwa, które zmarło.


Posługując się metodą stukania, pani Fox zapytała niewidzialną istotę, czy jest człowiekiem. Nie otrzymawszy odpowiedzi, spytała: "Czy jesteś duchem? Jeśli tak, zastukaj dwa razy". Niezwłocznie rozległy się dwa bardzo głośne uderzenia. Zadając dalsze pytania tego rodzaju, pani Fox ustaliła, że jest to "duch" mężczyzny, który został w tym domu zamordowany. W chwili śmierci miał trzydzieści jeden lat, był żonaty, zostawił pięcioro dzieci.

Wówczas państwo Fox przywołali sąsiadów. Jeden z nich, William Duesler, cierpliwie stosując z panią Fox metodę pukania, wydobył od rzekomego ducha informację, że nazywał się on Charles B. Rosma, był komiwojażerem i jakoby przed pięciu laty został zamordowany w tym właśnie domu przez ówczesnego lokatora, pana Bella. Kiedy później przesłuchano byłą służącą pana Bella, Lukrecję Pullver, okazało się, że istotnie przez krótki czas mieszkał tutaj za czasów pana Bella domokrążca. Pewnego wieczora Lukrecję odesłano do jej rodziny, a gdy wróciła do pracy, domokrążcy już nie było.

W niedzielę znów nawiązano kontakt z rzekomym duchem, który poinformował, że jego ciało zostało pogrzebane w piwnicy domu. Natychmiast zaczęto kopać w piwnicy, ale zalały ją wody gruntowe i dopiero po upływie czterech miesięcy, kiedy już obeschło, pod deskami, na głębokości pięciu stóp ukazały się ludzkie włosy i trochę kości złożonych w niegaszonym wapnie. To odkrycie wystarczyło, aby zadać parę pytań panu Bellowi, którego odnaleziono w Lyonie, w stanie Nowy Jork. Nie można było jednak postawić go w stan oskarżenia, głównie dlatego, że nikt nigdy nie zdołał udowodnić, iż Charles B. Rosma naprawdę istniał.

Do dnia dzisiejszego opowieść sióstr Fox pozostaje zagadką. Podejrzany jest fakt, że Kate i Margaretta, wyniósłszy się z Hydesville, nadal potrafiły wywoływać "duchy", które stukały wszędzie, gdzie siostry mieszkały. Ich starsza siostra Leah wkrótce oświadczyła, że posiada identyczną "moc" i nie tracąc czasu zaczęła czerpać z tego zyski. Co ciekawe, w czterdzieści lat po opisanych wydarzeniach, gdy Margaretta i Kate, obie już po pięćdziesiątce, stały się nałogowymi alkoholiczkami, Margaretta porozumiała się z pewnym dziennikarzem, za sumę 1500 dolarów wystąpiła na scenie Akademii Muzycznej w Nowym Jorku i wyznała publicznie, iż jej kontakt z "duchami" były oszustwem, a rzekome stukania "duchów" wykonywała sama wielkim palcem nogi, co zademonstrowała zaraz przed widownią.

Życie po śmierci - Ian Wilson

Pamiętnik - Nicholas Sparks

To mój pierwszy Sparks. Nie jestem fanką kobiecej literatury, próżno w moich lekturach szukać melodramatów, no, może z wyjątkiem klasycznych. Jakiś rok, półtora roku temu widziałam ekranizację tej powieści. Na tvnie. Na reklamach wychodziłam do męża i narzekałam, że nuda, przewidywalne i w ogóle nie bardzo wiem, nad czym ten zachwyt. Po ostatnich reklamach zrobiło się tak rzewnie i smutno, że łzy popłynęły mi jak małej dziewczynce. Bo to już nie wyciskacz łez, to łamacz serc!
I tak samo było z książką.
Czemu po nią sięgnęłam? No cóż, nie raz słyszałam opinię, że każda kobieta powinna ją przeczytać, że jest piękna i chwyta za serce. Nie uwierzę, jak nie zmierzę! Obiecałam sobie, że tym razem nie popłynie ani jedna łza. Język powieści jest bardzo prosty. Plus dla autora za narrację, a do tego wcielenie się w niej w osiemdziesięciolatka. No i wytrzymałam... aż 3/4 książki. Potem rozwiązał się worek z łzami i nic przez nie nie widziałam.
Przypomina mi się taka scena z Bezsenności w Seatle, kiedy bohaterki wspominają fabułę filmu Niezapomniany romans i płaczą jak bobry. No, coś w tym jest...
Teraz czytam Listy pisane miłością. Książkę wcisnęła mi mama: "na pewno ci się spodoba i będziesz przy niej płakać". Niestety, ale - w odróżnieniu ode mnie - mama potrafi opowiedzieć fabułę, więc nie mam niespodzianki.

Skyfall

Na nowego Bonda czekałam od pół roku. No i doczekałam się. Nie czytałam nic na jego temat, bo nie chciałam sobie psuć niespodzianki. Zapowiedź oglądałam tylko raz.
Do kina wybraliśmy się już w pierwszy dzień wyświetlania (a bilety miałam od poniedziałku). Dwadzieścia pięć minut głośnych reklam - i jest!
Zaczęło się dynamicznie: jesteśmy wrzuceni w środek dramatycznej akcji, strzelanina, pościg, potem stara dobra bójka na dachu pociągu, która kończy się czymś najmniej oczekiwanym.
Czołówka z piosenką w wykonaniu Adele jest intrygująca, świetnie zmontowana i pomysłowa. Ustępuje tylko czołówce Casino Royal.
Kiedy wybrzmią ostatnie takty melodii, film znów nabiera tempa. Skyfall jest jednym z najdłuższych Bondów. Nie czuć tego. Widz ani na moment się nie nudzi. Dostajemy zgrabną fabułkę, chwilami przebiegle nawiązującą do 50-tej rocznicy serialu. Są piękne damy (oczywiście, jak w każdym Bondzie jedna jest sprzymierzeńcem naszego bohatera, druga to laleczka złoczyńcy). Niestety, obie panie grają fatalnie i psują efekt. Tym razem w Wujka Samo Zło wciela się Javier Bardem. Przyznam, że po zapowiedzi byłam bardzo sceptycznie nastawiona, ale jego monolog był jednym z najlepszych monologów szwarccharakterów, jakie widziałam. Bardem ujął mnie swoją grą - wyszedł pastisz w dobrym tego słowa znaczeniu.
M, Q oraz Mallory - w tych rolach Dench, Whishaw i Fiennes - pokazali raz jeszcze, że są aktorami wszechstronnymi. Co do samego Craiga - od CR to mój ulubiony Bond.
Skyfall w niektórych momentach przypominało mi... nowego Batmana; bohater spada na samo dno, znika, by po jakimś czasie wrócić odrodzony. Pokazana jest - w obu filmach - niesprawność bohaterów. W obu także jest motyw zejścia do podziemia i terroryzm.
Co mnie najbardziej zaskoczyło? Szanghaj. Piękne wielkie miasto, nowoczesne i wysokie. Mój Szanghaj z wyobraźni jest niższy, zamieszkały przez arystokrację rosyjską i przedwojenny. Drugim - chyba jeszcze większym zaskoczeniem było rozszyfrowanie samej nazwy Skyfall. Myślałam, że to kryptonim operacji...
W tym filmie dowiadujemy się również, że Bong sroce spod ogona nie wypadł i choć była w Casino Royal aluzja do jego pochodzenia, to tu również mam wrażenie, że twórcy zasugerowali się Batmanem. Jedyną niezrozumiałą rzeczą, były moim zdaniem... obrazy. Turner, Modigliani i nawiązanie do Delacroix. Może w kolejnym Bondzie się wyjaśni.
Czy warto iść na Skyfall? Za cenę biletu do kina dostajemy porządny film sensacyjny w doborowej obsadzie. Warto! Oj, warto!

Hammerstein, czyli upór - Hans Magnus Enzensberger

Najnowsza książka niemieckiego prozaika, poety i eseisty, Hansa Magnusa Enzensbergera Hammerstein, czyli upór, opowiada o człowieku, który nieugięcie bronił swoich ideałów w obliczu jednego z najgorszych reżimów nowoczesnej Europy. Niemcy lat trzydziestych targane były niepokojami społecznymi, które - jak podczas zabawy w przeciąganie liny - ciągnęły kraj w dwa różne kierunki; komunizm ścierał się z rodzącym się faszyzmem. Zwolenników narodowego socjalizmu przybywało, a rządy Hitlera umacniały. Jednakże nie wszyscy popierali nową siłę. Jednym z tych, którzy stali w opozycji do Hitlera, był pochodzący ze szlacheckiej rodziny Kurt von Hammerstein-Equord, generał Reichswehry. Hammerstein przez długi czas konspirował przeciwko władzy, ale - dla dobra Państwa. Po roku 1933 (...) wykorzystywał swoją pozycję, aby chronić zagrożonych ludzi przed ingerencją gestapo. (...) Hammerstein organizował sobie dostęp do raportów tajnych służb, żeby wiedzieć, komu grozi aresztowanie. W czasie wojny zaangażowany był również w kilka spisków zawiązanych w celu obalenia tyrana. Enzensberger ukazuje losy rodziny Hammersteina na tle czasów przemian, nie tylko zachodzących w Niemczech, ale i w Rosji (bardzo ciekawy epizod o czystce w rosyjskiej armii). Również dzieci Hammersteina przeciwstawiały się rządom Hitlera; dwu synów (Ludwig i Kunrat) brało udział w spisku w celu wyeliminowania führera.
Enzensberger opiera się na wielu źródłach historycznych. W książce wiele jest cytatów, i - co jest ciekawym zabiegiem - Enzensberger wprowadza "rozmowy pośmiertne" z osobami dramatu. Autor zamieszcza również wiele zdjęć osób, z rodziny i otoczenia generała.
Mam tylko jeden maleńki zarzucik do autora - zamiast przedmowy dostałam jedno zdanie mówiące o tym, że przeczytam o rodzinie Hammersteina (generał, jego żona i siedmioro dzieci). Lubię przedmowy, bo dają mi szerszy pogląd; a tu, zostałam wrzucona w (wir) historię. Dalszych zarzutów nie mam, bo książka bardzo mi się podobała. Lubię literaturę dokumentalną, faktu oraz wszelkie historyczne opracowania.
Jak uporam się z wciąż rosnącym (i dobrze;) stosem do przeczytania na już, sięgnę po Dziennik norymberski Gilberta.



Szewski poniedziałek

Lepiej nie zaczynać tygodnia od poniedziałku...;) Wczoraj wszystko szło nie tak, jak powinno. [...]
Poszłam do księgarni w nadziei na kupno czegoś na pociechę. No i że niedawno wyszedł pierwszy to dzienników Susan Sontag postanowiłam go sobie sprezentować. No i pytam ładnie panią za ladą:
- Czy jest coś Susan Montag?
Ot, szewski poniedziałek...:D

Spotkanie autorskie z Jackiem Dehnelem w ramach 43 Rybnickich Dni Literatury

Niezmiernie elegancki (aksamitna marynarka, kamizelka z tego samego materiału, laseczka, sygnet, zegarek z dewizką, a także spinki do mankietów) wkroczył artysta do byłej sali czytelni pracy Miejskiej i Publicznej Biblioteki w Rybniku. Najpierw udzielił wywiadu lokalnej stacji telewizyjnej, następnie - kiedy nadszedł czas - przywitał się z czytelnikami i punktualnie o 17-tej zaczęła się oficjalna część spotkania. Dehnel rozpoczął od przeczytania dwu obszernych fragmentów swojej najnowszej powieści Saturn. A czytał wspaniale - głos ma dźwięczny, bardzo radiowy, miły dla ucha. Wspaniale 'przeskakiwał' z postaci na postać modulując głos - to był Javierem, to Peppą, to samym gruboskórnym Goyą.
Następnie moderatorka, Aleksandra Kotas, zaczęła pytaniem o motto powieści, rodzinę dysfunkcyjną, patriarchat. Dehnel opowiadał o świecie mężczyzn, gdzie dom jest grobem kobiety, a w powieści nawet kobiety przemawiają - jeśli już - to ustami mężczyzny. Za czasów malarza kobiety były ozdobą i codzienną siłą roboczą. Dalej pisarz mówił o przejściach Goi w czasie rzutu choroby, jak przenicowała świat artysty zmieniając go z przeciętnego malarza dworskiego w geniusza, rozwodził się nad "wszystkożerną osobowością" Goi. Następnie rozmowa zeszła na sprawy kontrowersji wobec autorstwa Kolosa oraz Czarnych obrazów, a także na relacje ojca z synem, po czym do rozmowy włączyła się pani Godlewska, wiodąca prym wśród klubowiczek rybnickiego DKK.
Dalej rozmowa oscylowała wokół pozostałych dzieł Dehnela, wśród których można wymienić Fotoplastikon, gdzie za kanwę opowieści posłużyła seria starych fotografii, w których są ukryte "miejsca na fabułę". Wspomniane zostały także napisane w formie pastiszu Balzakiana; za pomysł wyjściowy posłużył balzakowski Dom pod kotem z rakietką, w którym Dehnel odnalazł paralele z dzisiejszą Polską po przemianach społecznych w latach 90-tych.

Gość wymienił również ostatnio przeczytane książki, które wywarły na nim wrażenie - Dzienniki Pilcha, Łaskawe Jonathana Littella, oraz jako przykład wspaniałej kompozycji podał autobiografię Andy Rottenberg. Dehnel podzielił się również z czytelnikami planami na przyszłość: Biblioteka Narodowa poprosiła pisarza o teksty literackie do wielkiego zabytkowego atlasu świata, a kolejna powieść będzie opowiadała o m. Makrynie Mieczysławskiej (niedawno Stanisława Celińska wcielała się w tę postać na deskach Teatru Dramatycznego).

Spotkanie trwało dwie godziny, podczas których wytworzyła się atmosfera wzajemnego porozumienia między gościem, a czytelnikami.

Od siebie, czysto subiektywnie dodam, że pan Jacek Dehnel jest miłym, mądrym, szalenie inteligentnym, kulturalnym młodym człowiekiem. Jego język mówiony zachwyca tak samo jak i pisany. Po spotkaniu poprosiłam o autograf na moim egzemplarzu Lali. Pan Dehnel z uśmiechem wpisał mi się na karcie tytułowej.
Wyszłam oczarowana! Od razu zadzwoniłam do mamy i nie mogłam się nachwalić tego wspaniałego człowieka.
Na prawdę, jeśli gdziekolwiek usłyszycie/przeczytacie, że gościem będzie Jacek Dehnel - idźcie, idźcie koniecznie!



Filmowo i teatralnie

A właściwie królewsko i krwawo;) Na fali zainteresowania królową Wiktorią obejrzałam film Jej Wysokość Pani Brown z Judi Dench w roli królowej. Zacny to film i rzemieślniczo dobry. Przypomina Jak zostać królem; ot, przedstawienie fragmentu biografii monarchy, niezbyt dramatycznie, ale i bez zadęcia. Film do obejrzenia raz. Szczególnie dla odtwórców głównych ról.
W poniedziałek telewizja nadała jeden z moich ulubionych teatrów tv: Kłopoty to moja specjalność z Jerzym Dobrowolskim (cudny w tej roli! - zresztą, a w jakiej nie?). Jakiś czas temu oglądałam Trzy siostry. W roli Wierszynina - Szyc. Sama nie wiem... Właściwie, gdyby nie Stelmaszczyk i Stroiński (kurcze, chciałam napisać Leszek;), chybabym nie dała rady dooglądać. Nie przepadam za dekoracjami jak ze szkolnego przedstawienia - ubóstwiam teatry z dopracowaną scenografią i kunsztownie wykonanymi kostiumami. Eksperymenty są raczej nie dla mnie...:)
We wtorek obejrzałam znakomity debiut reżyserski Ralpha Fiennesa - Koriolan. Fiennes jest jednym z najlepszych, wszechstronnych brytyjskich aktorów średniego pokolenia (niestety, już średniego). Na szczególną uwagę zasługuje znakomita Vanessa Redgrave, która czasami przyćmiewa odgrywającego rolę tytułową Fiennesa. Ten doskonały dramat (właściwie tragedia) Shakespeare'a liczy sobie przeszło 400 lat, ale - co zostało ukazane poprzez przeniesienie akcji w rejony permanentnie zaognionej strefy bałkańskiej - nadal aktualny. Cudowny jest język, którym operują postacie; klasyczny tekst nie nuży, nie brzmi ani krzty sztucznie, wręcz przeciwnie - oglądamy wspaniałe, niezapomniane przedstawienie. Gdybym bawiła się w rozdawanie gwiazdek ten film zgarnąłby 10/10!


Moje gawędy o sztuce - Bożena Fabiani

"Nie jestem historykiem sztuki, jestem historykiem i kiedy patrzę na obraz, zawsze interesuje mnie człowiek, który ten obraz namalował" pisze we wstępie do swojej najnowszej książki doktor Bożena Fabiani. Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi - wiek XV-XVI są zbiorem 33 esejów, które powstały na potrzeby audycji w radiowej Dwójce. Fabiani skupia się na artystach włoskich, działających w XV i XVI wieku. Najwięcej czasu poświęca autorka Michałowi Aniołowi, bez którego nie byłoby mowy o włoskim odrodzeniu. Dalej mamy Rafaela, Tintoretto, Tycjana oraz wielu pomniejszych malarzy renesansu.
Gawędy zawierają życiorysy, a także szereg wyszperanych przez autorkę ciekawostek, własne przemyślenia, odkrycia, oraz polonica, które są zgrabnie wplecione w całość.
Gawędy, jak to gawędy - są niezwykle barwne, wciągające jak baśnie tysiąca i jednej nocy, a narracja prowadzona jest z humorem.
Dużym atutem książki są barwne ilustracje, a także przygotowany przez samą autorkę mały przewodnik jak czytać włoskie nazwy i nazwiska.
Szczerze przyznam, że cieszyłam się jak dziecko, kiedy książka do mnie dotarła. Uwielbiam gawędy pani doktor. Słucham ich z nabożeństwem, bo choć są dość krótkie (kilkanaście minut czasu antenowego), to wiele wnoszą. Książkę czyta się na prawdę jednym tchem; Fabiani potrafi przykuć uwagę odbiorcy. Polecam nie tylko fascynatom sztuki.





Anegdotka literacka #2

PRZYJACIEL: Drogi Oskarze, oczywiście pożyczę ci sto gwinei, ale powiedz mi, jak to się dzieje: jesteś wziętym autorem, nakłady twoich książek idą w dziesiątkach tysięcy, sztuki twoje są grane na scenach całego świata... a ty stale jesteś w tarapatach pieniężnych.
OSKAR WILDE: Moje dochody wystarczają mi na szampana, na langusty, homary i kawiory, na posiadanie rasowych koni, na ubieranie się u najdroższych krawców, palenie najdroższych cygar, ale skąd mam brać pieniądze na komorne, na rachunki za gaz, na pranie, na fryzjerów i spłatę mych długów?

Lala - Jacek Dehnel

Zaczynam powoli zakochiwać się w rodzimej literaturze. Najpierw odkryłam cudownego Liberę, teraz utalentowanego Jacka Dehnela. Dehnel ma cudowny dar opowiadania. Rodzinna epopeja według niego jest wciągająca, jak opowieści tysiąca i jednej nocy. Osnuta wokół losów rodziny autora historia, napisana ze swadą i humorem. Wspomnienia babci, zwanej od urodzenia Lalą, jak patchwork układają się w spójna całość.
Moje pierwsze spotkanie z Lalą odbyło się za sprawą radia. Fragmenty powieści czytał Marcin Hycnar. Miły, ciepły głos młodego aktora doskonale pasował do snutej przez Dehnela opowieści. Już wtedy wiedziałam, że w książce się zakocham. No i zakochałam się. Ciężko mi się rozstawać z bohaterami.
Dehnel podtrzymuje najlepsze literackie tradycje. Język jego powieści jest piękny, szlachetny, może zbyt archaiczny, ale można sobie odświeżyć zwroty używane przez klasyków, albo przez... starszych członków rodziny. Boże, jak doskonale czyta się taką piękną polszczyznę!

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel

Francisco Goya y Lucientes urodził się 1746 roku w małej miejscowości leżącej w Aragonii. Czytać i pisać uczyli go miejscowi zakonnicy. Dwa razy podchodził do egzaminów do Królewskiej Akademii Sztuki; dwa razy został odrzucony. Z Madrytu rezygnuje na rzecz Parmy - tam udaje mu się zdobyć wyróżnienie i uzyskuje uprawnienia mistrza. Odtąd jego kariera nabiera rozpędu. Maluje koronowane głowy, jego płótna uważane są za wspaniałe, opływa w dostatek. Ale to, co daje mu sławę i napędza karierę, jest jednocześnie jego przekleństwem. Żona, Josefa, rodzi martwe dzieci, wiele razy poroniła - to wpływ ołowiu zawarty w bieli, która pokrywa pyłem, jak śmiercionośny kurz, cały dom, wchodzi do zakamarków ciała i zabija wszystkie dzieci Goi. Stary Goya jest jak Saturn zjadający własne potomstwo... Josefa rodzi kolejne dziecko, Javiera - jedyny, który przeżywa tę "rzeź". Będzie jedyną nadzieją starzejącego się mistrza. Francisco szkoli syna na równego sobie. Jednak Javier rozczarowuje ojca tak bardzo, że stary, głuchy mistrz, zaczyna nienawidzić syna.
Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya Jacka Dehnela to zapis dramatu rodzinnego, rozgrywającego się między ojcem, synem i wnukiem Goya. Kryje się tu fantastyczna, rodzinna tajemnica. Im dłużej szukałem w historii tej rodziny, tym paskudniejsze, boleśniejsze rzeczy wychodziły na wierzch. Pierwszy raz pisałem książkę opartą na postaci historycznej, pierwszy raz zdarzyło mi się, że wiadomości, które odnajdywałem składały się od razu w jedno z tym, co sam pisałem.* Saturn to powieść wciągająca i magnetyczna. Nie tylko przybliża portret wielkiego artysty, ale ukazuje bolesną prawdę - ojciec-mistrz pokładający płonne nadzieje w synu-nieudaczniku, bezgraniczny podziw wnuka dla dziadka i brak szacunku do ojca. Saturn to także malarstwo: Czarne obrazy zdobiące niegdyś ściany Domu Głuchego (Quinta del Sordo) zostały przeniesione na płótno, a dom ostatecznie zburzono (dziś znajduje się tu stacja metra, zwana Goya). Malowidła są wstrząsające, jak senny koszmar, wręcz przytłaczające. Znany historyk sztuki, Jan Białostocki o malowidłach mówi: Żywość i sugestywność tych zjaw sprawia niekiedy wrażenie, że wymknęły się one kontroli twórcy, są to straszne majaki, nad którymi nie panuje jego świadomość.**
Po Saturna sięgnąć na prawdę warto. Sugestywność i bogactwo języka jest najlepszym dowodem na to, że polskie pisarstwo radzi sobie nie gorzej niż światowe. Dehnel zrobił na mnie ogromne wrażenie. Teraz mogę sięgnąć po (odkładaną) Lalę. Jeszcze tylko dodam, że Jacek Dehnel będzie gościem Rybnickich Dni Literatury. Szczegóły przekażę wkrótce.


* cytat za http://www.polskieradio.pl/24/289/Artykul/328942/
** Wielcy malarze; Nr 77, Goya, s. 24


Królowa Wiktoria - Mariusz Misztal

Od lat jestem wierną słuchaczką audycji "Klub ludzi ciekawych wszystkiego". W moim ulubionym cyklu "Kobiety na tronach świata" prezentowana była sylwetka królowej Wiktorii. Ta, panująca 64 lata (zmarła mając blisko 82 lata) władczyni, rządziła imperium, w którym nigdy nie zachodzi słońce wywarła wpływ na losy świata tak bezpośrednio jak i pośrednio (prawdopodobnie mutacja genu odpowiedzialnego za hemofilię zaczęła się u królowej, co pośrednio doprowadziło do upadku carskiej Rosji).
Lektura tej biografii przyniosła mi wiele przyjemności - Misztal bardzo wnikliwie opisuje każdy aspekt życia królowej, jej dojście do władzy, układy ze zmieniającymi się przez lata rządami, lata szczęśliwego małżeństwa, kolejne ciąże, relacje z dziećmi, a w końcu lata żałoby po ukochanym Albercie. Dostajemy przejrzysty portret kobiety pełnej życia, namiętnej, inteligentnej, ale i egoistycznej. Misztal opisuje również sytuację na świecie w całym XIX wieku; wojna krymska, niepokoje w Indiach, polityczne sojusze między dworami Europy. Za czasów Wiktorii zaszło wiele zmian społecznych - wprowadzono obowiązek szkolny dla dzieci, uznano związki zawodowe, utworzono pierwsze biblioteki publiczne, etc. W "Królowej Wiktorii" możemy przeczytać o postaciach, które wywarły wspływ na swoją epokę, między innymi o Florence Nightingale, czy Benjaminie Disraelim, ale i o osobach prawie już dziś zapomnianych, jak Roger Fenton, czy Mary Seacole. To jedna z najlepiej napisanych i najbardziej wyczerpujących biografii, jakie czytałam. Zresztą, noblesse oblige - książkę wydał Zakład Narodowy im. Ossolińskich.



Wszystkim serdecznie dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia:) Jestem od poniedziałku na L4; po całym weekendzie w łóżku z gorączką postanowiłam iść do lekarza, bo po świętej trójcy (chlorchinaldin, polopiryna, rutinoscorbin) gorączka utrzymywała się na tym samym poziomie, a właściwie było coraz gorzej. Teraz przeszło mi na zatoki, ale dziś świętuję pierwszy dzień bez stanu podgorączkowego. Od tabletek boli mnie żołądek, od smarkania nos, a słaba jestem jak mucha na wiosnę. Dalej nie czuję smaku kawy, ale najgorsze jest to dziwne uczucie w żołądku - ni to jestem głodna, ni to boli. No i nie za bardzo mogę czytać, bo oczy mnie bolą. Idę teraz zjeść moją 'zupkę rekonwalescencyjną' (lekki krupniczek):)

Dziecko w czasie - Ian McEwan

Władek wybiera mi kolczyki, kiedy go o to poproszę. Pytam, czy to ładne, czy nie ładne, czy wziąć to, czy tamto. W bibliotece czasami pozwalam mu wybierać dla mnie książki. Ostatnio w filii nr 15 wybrał dla mnie McEwana. Dobrze - pomyślałam i wzięłam. W tym roku przeczytałam Pokutę, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, więc tym chętniej zabrałam się do lektury.
Dziecko w czasie to opowieść dziwna, postmodernistyczna, wciągająca. Główny bohater jest człowiekiem nieszczęśliwym - pod wpływem tragicznych wydarzeń rozsypało się jego małżeństwo, a on sam stracił sens życia. Język, którym operuje McEwan jest plastyczny i bogaty, a fabuła nieprzewidywalna (o czym świadczy znakomite zakończenie). Ta powieść jest zupełnie inna niż wspomniana przeze mnie Pokuta. Nie miałam okazji przeczytać innych powieści tego autora, ale zamierzam. Styl prowadzenia narracji oraz elementy zaburzające świat w Dziecku... przypominają mi innego brytyjskiego autora - Martina Amisa. A propos Amisa, czytam właśnie; ale nie Martina, a Kingsleya. Zawsze uważałam KA za poczciwego nudziarza. Nadal tak uważam. A jednocześnie nie przeszkadza mi to sięgać po jego prozę.
Wracając do Dziecka w czasie: zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to najlepsza powieść tego pisarza. Niemniej jednak czyta się szybko i na pewno coś tam po niej zostanie w pamięci. Może domek na drzewie, albo wizja rowerów z wiklinowymi koszami...

Blogowo filmowo, czyli subiektywny przegląd filmowy

Na początek film Stephena Fry - Cudowne lata bohemy to komedia obyczajowa rozgrywająca się w środowisku przedwojennej wyższej sfery. Młody, naiwny pisarz, Adam (Stephen Campbell Moore) chce się żenić z Niną (wkurzająca Emily Mortimer), ale ciąg nieprzewidzianych zdarzeń krzyżuje mu szyki. W tle schyłek epoki szalonych przyjęć. Wspaniała obsada, plejada znakomitych aktorów w rolach drugoplanowych. Miłe dla oka, ale nie zostaje w pamięci.
Hotel Marigold. Film powstał na podstawie powieści Deborah Moggach, moim zdaniem niedocenianej w Polsce pisarki. Film obyczajowy, lekki i przyjemny dla oka (malownicze Indie). Bardzo zgrabny. No i oczywiście - aktorzy wcielający się w barwne postacie; Judi Dench, Bill Nighy, Tom Wilkinson oraz Maggie Smith!
Ze Smith obejrzałam również ostatnio Pełnię życia panny Brodie. Doskonały dramat. Rzecz dzieje się przed II wojną światową. Nauczycielka, egzaltowana, egocentryczna panna Brodie otacza się wianuszkiem adorujących ją dziewcząt. Wpływ jej toksycznej osobowości prowadzi do tragedii. Ten film widziałam już kiedyś, dawno dawno temu, kiedy telewizja nadawała filmy, a nie... W każdym razie - polecam nie tylko osobom, które Smith kojarzą tylko i wyłącznie z rolą Minerwy McGonagall.
Ostatni z obejrzanych przeze mnie filmów to wstrząsający zapis wojny domowej w Ruandzie. Hotel Ruanda jest filmem przerażającym - bezsilność wobec przemocy, strach o rodzinę, masakry dokonywane na niewinnych cywilach... W opozycji do tego całego zła stoi zwykły człowiek, pracownik hotelu dla dyplomatów, Paul Rusesabagina (postać autentyczna). Świetna rola Dona Cheadle'a, plus kilku znanych aktorów w rolach drugoplanowych. Hotel... to film, który wbija w fotel, po którym boli głowa, bo zdajesz sobie sprawę z własnej bezsilności wobec zła. Ten film trzeba obejrzeć koniecznie!

Anegdotka literacka #1

Johann Wolfgang von Goethe i minister

MINISTER: (...) chcę panu zwrócić uwagę na pewien nielogiczny zwrot. W ostatniej pana książce pt.: Cierpienia młodego Wertera pański bohater mówi tak: "Boli mnie ta pustka, co jest we mnie". Ja rozumiem, że Werter cierpi. Ale przecież coś, co jest puste, nie może boleć!
GOETHE: A pana, panie kolego, nigdy nie bolała głowa?



Blogowo filmowo cd.

O Apartamencie pisałam już wcześniej. Świetna intryga, dobrze się ogląda. W sobotę widziałam w telewizji Penelope. Taka trochę bajka, trochę komedia romantyczna. Za Ricci nie przepadam, ale jak w programie przeczytałam, kto gra (McAvoy), to pozycja z nieobowiązkowej, zrobiła się obowiązkowa! Film właściwie nie zostaje w pamięci.
W poniedziałek wybrałam się do kina na Jestem miłością. Wspaniały dramat w starym, klasycznym europejskim stylu. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu, który skupiłby całą moją uwagę, który ująłby mnie każdym szczegółem. Uśpione namiętności, które prowadzą do tragedii rodzinnej. Wspaniała Tilda Swinton, która staje się jedną z moich ulubionych artystek. Ten film na prawdę trzeba obejrzeć!
Obejrzałam również polecanych przez Was Nietykalnych. Mogłabym go porównać do filmu sprzed piętnastu lat Życie jest piękne. Wiedziałam, że skądś znam twarz Philippe'a - toż to złodziejaszek Bob (Bab;) z Francuskiego Pocałunku! Sam film jest dobry. Spokojny, niezwykle ciepły. Po filmie widz wierzy w dobro i w drugiego człowieka. Przyjemnie ogląda się takie produkcje.
Z Romolą Garai oglądałam już ze cztery filmy i to wszystko w ostatnim czasie. Skusiłam się na Wspaniały rok 1939. Dobra obsada. Świetny klimat angielskiej prowincji końca lat 30tych. Do tego szpiegowska intryga. Niestety, końcówka mnie zawiodła.
Na koniec, już z półprzymkniętymi oczami (do osiem po dwunastej) oglądałam Fish Tank. W odróżnieniu od Penelope i Glorious '39 w Fish Tank pokazana była 'gorsza' część Anglii - szare blokowiska, zryty beton, brzydota przedmieścia. Mia wychowuje się w dysfunkcyjnej rodzinie. Nowy 'przyjaciel' mamy, Connor (Fassbender) jest inny niż poprzedni - jest słodki i miły dla dziewczynek. Od razu przejrzałam Connora! Film jest bardzo dobry. Dorastanie, złość, rozczarowanie, instynkt. Telewizor, jako okno z widokiem na lepszy świat, taniec jako jedyna droga porozumienia. Gdyby nam udało się robić takie filmy, gdzie młodzi ludzie grają w ten sposób... A propos - do jakiejś gazety (TS?) dodają Salę samobójców.
W planach: Hotel Marigold. I cała potężna lista, którą sobie przygotowałam:)


PS. Mam prośbę do Anonimów - czy mogłabym prosić o podpisywanie się przynajmniej nickiem, albo imieniem? Byłabym wdzięczna.

Podróże z Platonem. Filozofia na walizkach - Robert Rowland Smith

Jeśli przypadło Wam do gustu Śniadanie z Sokratesem - Podróże z Platonem na pewno Was nie rozczarują. Jest to kolejna z serii Pytajniki wydawanej przez Carta Blanca.
Tytułowa podróż, to droga wiodąca przez życie; Sokrates z poprzedniej części prowadził nas przez cały dzień, Platon jest tu pilotem wycieczki od świtu życia, do jego zmroku (jak w przywołanej we wstępie zagadce Sfinksa). Robert Rowland Smith próbuje odpowiedzieć na pytanie o sens życia, ale by nie wydało się ono zbyt "głębokie", podzielił je na kamienie milowe, które przechodzi większość z nas. Mamy tu narodziny, naukę chodzenia, ale i egzamin na prawo jazdy, pierwszą miłość, rozwód, czy przejście na emeryturę. Niektóre z kamieni milowych są naturalne, inne kulturowe, ale jedno je łączy - ich doniosłość i sposób, w jaki kształtują naszą osobowość. Człowiek jest jednocześnie istotą biologiczną i kulturową. Ta książka opisuje oba te wzajemne powiązane aspekty ludzkiej egzystencji. (...) Ma pomóc wam zastanowić się głębiej nad kluczowymi momentami i przemianami w naszym życiu.* Smith w dowcipny i inteligentny sposób odpowiada na szereg pytań: dlaczego nie pamiętamy własnych narodzin? co sprawia, że stanięcie na dwóch nogach przybliża człowieka do Boga, a oddala od świata zwierzęcego? czy język już w nas jest (i trzeba go "wywabić" z ukrycia), a może w chwili narodzin jesteśmy niezapisaną tablicą? Autor posiłkuje się wiedzą nie tylko filozoficzną, ale i sięga po literaturę, a nawet - seriale komediowe. Książka poszerza horyzonty, stanowiąc zachętę do dalszych poszukiwań i własnych przemyśleń. Przemyślenia Smitha są tak błyskotliwe, że mogłabym co rozdział wstawiać potężnego posta na dany temat. Mój ulubiony rozdział dotyczy przeprowadzki, a właściwie idei domu. Może dlatego, że fascynuje mnie architektura i założenia Le Corbusiera? Ubawiłam się z rozdziału o kryzysie wieku średniego, bo - co prawda jeszcze nie u siebie, ale u innych - obserwuję dokładnie to, co Smith opisał. Czy jako gatunek jesteśmy aż tak przewidywalni? Pewnie tak, bo nawet w jednym z rozdziałów pada stwierdzenie: możemy uznać, że skoro paracetamol leczy ból głowy, to wszyscy ludzie odczuwają ból głowy właściwie tak samo**. Dlatego tez książka Podróże z Platonem jest tak uniwersalna. Podróże czyta się przyjemnie. Smith ani na moment nie popada w moralizatorstwo, daleki jest od przesady. Filozofia podana jest lekko i strawnie - w sam raz i dla laika i dla "znawcy tematu". Kiedyś usłyszałam, że filozof to ten, co się mądruje i używa trudnych słów. No więc - nie; Smith w przejrzysty sposób potrafi przybliżyć czytelnikom skomplikowane zagadnienia związane z naszą egzystencją. Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną książkę Roberta Rowlanda Smitha. Może teraz coś z Arystotelesem?

* s. 13
** s. 151


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Carta Blanca

Agnes Grey* - Anne Brontë

Patrick Brunty, syn ubogiego irlandzkiego chłopa od najmłodszych lat wykazywał niezwykłą ambicję. W Cambridge (sic!) uzyskał stypendium, które pozwoliło mu zdobyć upragnione wykształcenie. Przyjął święcenia, zmienił nazwisko na Brontë, a małżeństwo z inteligentną córką pastora z Kornwalii pozwoliło mu na objęcie własnej parafii w Haworth. Małżeństwo było udane, lecz nie trwało długo, bo zaledwie siedem lat – Maria wydawszy na świat sześcioro dzieci, zmarła na raka w wieku 38 lat. Patrick pragnąc zapewnić dzieciom dobre wykształcenie posłał cztery najstarsze dziewczynki do szkoły z internatem. Niestety, straszne warunki, w jakich się znalazły odbiły się na zdrowiu dwu najstarszych dziewczynek – Maria i Elizabeth zmarły na gruźlicę w skutek niedożywienia i braku opieki. Przerażone Charlotte i Emily wróciły do domu. Od tamtej pory pastor zajął się kształceniem dzieci: religia, gramatyka, geografia, historia. To on zaszczepił dzieciom miłość do literatury – Szekspir, Milton, Byron, Walter Scott i in. Również zasługą Patricka była miłość całej czwórki do natury i poszanowanie dla zwierząt (co widać w twórczości sióstr). Branwell dał się poznać jako wspaniały portrecista, jednak jego nadwrażliwa, zmienna i skłonna do uzależnień natura kazała mu raz po raz niweczyć szanse na stałą posadę i sukces.
Dziewczynki od najmłodszych lat podejmowały próby literackie. Zadebiutowały wspólnie przyjmując męskie pseudonimy tomikiem poezji w 1846 roku (Poems by Currer, Ellis and Acton Bell). Następnie przyszedł czas na wydanie powieści, którą każda z sióstr pisała od lat.
Anne Brontë, przyszła na świat 17-go stycznia 1820 roku, jako najmłodsza córka Patricka i Marii. Naturalne, że tak jak siostry, w wieku dziewiętnastu lat znalazła posadę jako guwernantka w domu państwa Ingham w Mirfield. Rodzina obawiała się o jej wątłe zdrowie, lecz Anne była nieugięta. „Jej ciężkie przejścia w tym domu, wiernie opisane w powieści Agnes Grey, dają miarę upokorzeń i cierpień, jakie często musiały znosić guwernantki w zacnych skądinąd rodzinach. Na tej posadzie wytrwała osiem miesięcy, po czym, mimo swej cierpliwej i obowiązkowej natury, została niechlubnie zwolniona”**. W powieści znajdujemy określenia „gehenna, jaką przechodziłam”, czy „moi mali dręczyciele”***. W Agnes Grey można również odnaleźć echa nieszczęśliwej miłości Anne. W osobie wikarego Edwarda Westona, Anne unieśmiertelniła – również wikarego - Williama Weightmana, w którym była z wzajemnością zakochana. Weightman zmarł na gruźlicę, co Anna przypłaciła długą depresją.
Żadne z rodzeństwa nie dożyło czterdziestki – Anne zmarła na gruźlicę w wieku zaledwie 29 lat. Emily pięć miesięcy po Anne odeszła w wieku 30 lat. Branwella również zabrała gruźlica (w wieki 31 lat). Charlotte żyła najdłużej – wydała jeszcze dwie powieści, wyszła za mąż za (a jakże!) wikarego, Arthura Bella Nichollsa i zmarła w połogu mając 39 lat.

* Dziś, pozwolicie, że zamiast stricte recenzji - krótki biogram autorki.
** Wstęp do Wichrowych Wzgórz Emily Brontë, Ossolineum, 1990 r.
*** Agnes Grey - Anne Brontë, wyd. MG, 2012 r., s. 48


Książką Agnes Grey biorę udział w wyzwaniu Trójka E-pik.

Czarne mleko - Elif Şafak

Najnowsza książka tureckiej pisarki Elif Şafak traktuje o głównym życiowym wyborze wielu kobiet - kariera, albo macierzyństwo. Jaki jest los kobiet-pisarek? Na przykładzie Judyty, hipotetycznej siostry Szekspira, Şafak przeczuwa los ogółu: Cały dzień będzie upływał jej na wykonywaniu prac domowych, gotowaniu, prasowaniu, opiekowaniu się dziećmi, robieniu zakupów, wywiązywaniu się z obowiązków względem rodziny i tym podobnych(...) W rzadkich chwilach samotności pozwoli się pokonać wyczerpaniu fizycznemu albo frustracji. Jak zdoła coś napisać? Kiedy? Na poparcie tej tezy przytacza curriculum vitae Zofii Tołstoj, która poświęciła całe swoje życie (i twórczość) mężowi, jego dziełom i kilkanaściorgu dzieci. Czy zostałaby pisarką, gdyby Lew Tołstoj wspierał ją tak samo, jak ona jego?
Kobiety mogą jednocześnie sprawdzić się w roli matki i realizować zawodowo. I mogą być szczęśliwe(...) Kluczem do sukcesu jest zarządzanie czasem - stwierdza sarkastycznie autorka - Wysłać dziecko do szkoły, usmażyć dla męża doskonały omlet z dwóch jajek i łyżki masła, ubrać się w pośpiechu, wyszykować do pracy, wieczorem pędem wrócić do domu, nakryć do stołu, nakarmić dziecko, a potem zemdleć na kanapie przed telewizorem.
W taki styl życia wpasowała się Sylvia Plath - samotna matka dwójki dzieci dążąca do doskonałości we wszystkim co robiła. Swoje wiersze pisała czekając aż mleko się ugoruje, kąpiąc dzieci, czy w czasie popołudniowej przerwy na dziecięcą drzemkę. Şafak czerpie garściami z życiorysów pisarek; jak radziły sobie z wyborem, jakimi były matkami, a może jednak postawiły na literaturę? Autorka zastanawia się nad tym nie bez kozery, mianowicie - sama rozważa zostanie matką. Trochę mnie dziwi, że tak dojrzała kobieta, jeśli chodzi o tak ważną kwestię zachowuje się jak nastolatka. Powieść, tak sądzę, miała być swoistym manifestem feministycznym, ale rozdziały z miniaturowymi kobietami przeczą temu, by Şafak traktowała kobiety poważnie. Można było zachować głos wewnętrzny, ale nie halucynacje jak z Ally McBeal! Do tego Dżin (sic!) Depresji Poporodowej jak personifikacja Niskiej Samooceny Eda z Przystanku Alaska. Ale to, chwałą Bogu jedyny minus powieści.
Genialne są mini-eseje o pisarkach. Na kartach Czarnego mleka roi się od kobiet niezwyczajnych - Virginia Woolf, Anaïs Nin, Sylvia Plath, Doris Lessing, Ayn Rand, Ursula K. Le Guin, Dorothy Parker i wiele wiele innych.
Tak, powieść przypadła mi do gustu właściwie jeszcze przed tym, jak zaczęłam ją czytać. Wystarczył mi jeden fragment w radiu. Swój egzemplarz pokreśliłam; wyłowiłam mnóstwo wspaniałych cytatów, ciekawostek, niekiedy pokusiłam się o wykrzyknik. Jak napisałam powyżej - fragmenty z Calineczkami są niepotrzebne i po pewnym czasie tylko prześlizgiwałam się po nich wzrokiem. Chociaż taka maleńka Pani Sufi chyba by mi się przydała.
Ciekawe są spostrzeżenia Şafak odnośnie depresji poporodowej. To jeszcze temat tabu w naszym społeczeństwie, chociaż jak zauważyła autorka, pokolenie naszych babek, prababek potrafiło się z tym zmierzyć. Kobiety dotknięte d. p. postrzegane są jako złe matki, a czasem wręcz niebezpieczne dla siebie i dzieci. A przecież d. p. dopada kobiety różnych warstw społecznych z różnych szerokości geograficznych.
Şafak rozważa również na ile chęć zostania matką jest wrodzona, a na ile narzucona przez społeczeństwo. Czy pisarka może być dobrą matką? A jeśli weźmiemy to w szerszej perspektywie, to każdej pracującej matce coś umyka, każde dziecko może być zazdrosne o czas, który mama spędza w pracy.
Polecam. Nie tylko kobietom rzecz jasna, ale również mężczyznom. Może któregoś ruszy sumienie i złapie za odkurzacz, albo przygotuje na obiad spaghetti bolognese?

Nocny lot - Antoine de Saint-Exupéry

Ostatnie dni lipca 1944 roku były upalne. Słońce złotymi refleksami oślepiało pilotów maszyn zwiadowczych. Saint-Exupéry miał się udać na kolejny, rutynowy lot. Nigdy jednak z niego nie wrócił. Jego samolot został zestrzelony. Kochał latać. Kochał tę samotność, wolność i niezmierzone przestworza. I za tę miłość oddał życie.
Antoine de Saint-Exupéry szerokiej publiczności znany jest przede wszystkim z filozoficznej przypowiastki Mały Książę. Ale największą sławę przyniosło mu opowiadanie Nocny Lot. Opisuje w nim jedna noc z życia jednostki ekspediującej pocztę na trasie z Europy do Ameryki Południowej i z powrotem. Kanwą opowieści są wspomnienia pilotów liniowych. Strach, samotność, odpowiedzialność są bohaterami tej powieści na równi z młodym pilotem, czy szefem portu lotniczego. Książa jest niewielka, ot, mieści się w damskiej torebce: ponad osiemdziesiąt stron i mały format. Ale ile w niej emocji! Ile pragnień! Nadziei! Daje się wyczuć starą szkołę pisania opowiadań. Styl zwięzły, ale paleta emocji porywa czytelnika głębią. Pozornie nic się nie dzieje. Podobnie refleksyjne były "Śniegi Kilimandżaro" Hemingwaya, czy "Los Człowieka" Szołochowa. Małe pisarskie perły. Ciężko trafić na współczesne opowiadanie tak mądre i pełne humanistycznego przekazu. Dorobek Saint-Exupéry'ego jest niewielki. Zaledwie kilka opowiadań. Filozoficzne. Myślę, że warto sięgnąć, po dzieła tak wybitnego prozaika.

Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai

Brzemię rzeczy utraconych to powieść wielowątkowa, wielowarstwowa, napisana językiem tak plastycznym, że czujemy go wszystkimi zmysłami. Kiran Desai w swojej drugiej powieści (jej debiut to Zadyma w dzikim sadzie) opisuje losy kilku barwnych postaci z Kalimpondu, niewielkiej miejscowości leżącej u podnóża Kanczendzongi. Koniec lat 80-tych, w regionie wybuchają zamieszki na tle narodowościowym. Na tle tego całego zamieszania toczy się normalne życie. Dziewczyna zakochuje się w korepetytorze, staruszek pieści swojego pieska, a stary kucharz czeka na listy od syna, pracującego za granicą. Jednak na postaciach prędzej czy później dostrzeżemy rysy - staruszek, emerytowany sędzia, okaże się człowiekiem bez serca, Sai, wnuczka sędziego pokarze egoizm (nastolatki), Gjan, korepetytor, z pozoru mądry student, okaże się niewdzięczny i małostkowy. W powieści nic nie jest jednoznaczne, postacie są bardzo ludzkie, a świat - zwyczajny.
Brzemię... to także opowieść o emigracji. O tym, jak ciężko jest się zaaklimatyzować, jak ciężko wrócić. Utrata korzeni spowodowana wyjazdem jest trwała. Obserwacje Desai na temat emigracji zarobkowej są bardzo aktualne, nieomal cyniczne, trafne. Książkę jeszcze przetrawiam, myślę nad nią. Wracam cały czas do tego czy owego fragmentu. Świetną recenzję napisała Iza z bloga Book-erka.blogspot.com. Szkoda, że egzemplarz musiałam zwrócić (książkę przeczytałam na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki), bo tak rozważam, czy nie kupić własnego. Na pewno sięgnę po debiut Desai.
Wczoraj kupiłam tę Safak, o której wspominałam. Przeczytałam "na spróbówkę" Do Czytelnika i już wiem, że mi się spodoba. Agnes Grey nie było (sic!); ale ja to jednak durna, rozkojarzona baba jestem, bo najpierw poprosiłam o Jane Eyre. Ale potem się zreflektowałam. Wracając do Brzemienia rzeczy utraconych - to doskonała lektura, dla tych, którzy pragną od książki czegoś więcej, niż chwilowego zapomnienia. Do prozy Desai trzeba się ustosunkować, bo nie pozostawia obojętnym. To nie jest książka do autobusu. Ale na długie wieczory przy zachodzącym na pomarańczowo słońcu.
I jeszcze tak na marginesie dodam, że za tę książkę Desai otrzymała Booker Prize, najbardziej prestiżową nagrodę literacką Wielkiej Brytanii (przyznawana od 1969 roku za książki w języku angielskim). Moim skromnym zdaniem, całkowicie zasłużenie. [pełna lista nagrodzonych]

Wieniedikt Jerofiejew razy dwa

No, jakże to tak można leżeć w trumnie? Tak po prostu, zwyczajnie leżeć?
Żeby chociaż czymś przykryli... Bo inaczej ja przecież mogę się zdradzić. Mimo woli drgnie ręka albo... jeszcze coś innego.
A położyli mnie jakby dla śmiechu. Położyli i czekają, aż się czymś zdradzę... Westchnę albo poruszę...
Nawet oczu nie wolno otworzyć... Otworzę - a oni stoją i patrzą...
Umarłemu, na ten przykład, wszystko wolno... Umarły może leżeć z otwartymi oczami. I tak nikogo nie zobaczy. Pewnie mu się zdaje, że nikt na niego nie patrzy. Dlatego się nie wstydzi... I oczy zamknąć - może... Nawet wypada, żeby umarły w trumnie cały czas zamykał oczy...
"Obywatele! To nie będziecie się śmiać, jeśli na was popatrzę? Co?"
Dziwne, dlaczego wszyscy milczą... Pewnie myślą, że naprawdę jestem nieżywy, a tymczasem ja po prostu udaję takiego... rozmownego... Jakby mi rzeczywiście głównie o to chodziło - odstawiać takie numery i zabawiać ich...
"Obywatele! A ja pomimo wszystko otworzę!
I popatrzę na was! To dla was będzie nawet interesujące. Umarły, a patrzy... Hi, hi... Będziecie parskać śmiechem w chusteczki. A potem pójdziecie i wszystkim będziecie opowiadać: «Umarły, a patrzy... »"
Teraz już na pewno będą mówić, że umarłem: oczy otworzyłem, ale i tak nic nie widzę. Zupełnie inaczej niż w ciemnościach. Jeśli w ciemnościach dobrze wytężyć wzrok, to na początku zwyczajnie widać kontury... A potem już nawet twarze można dostrzec. Rozpoznać tych, których kiedyś się już widziało. Mrugniesz albo kopniesz... A tu nie tylko konturów, ale i samej ciemności... Samej ciemności nie widać.
Bywa, że człowiek obudzi się, otwiera oczy - a nie widzi... Ale przecież tak bywa we śnie... A ja nawet nie zamierzam spać. Dobrze wiem, że na mnie patrzą...
"Obywatele! A co, jeśli się przewrócę na drugi bok? I w ogóle - będę się przewracać, śpiewać pieśni rewolucyjne, krzyczeć będę... Przecież się wtedy odwrócicie? Tak?"
Śmieją się... Pewnie z "rewolucyjnych pieśni" się śmieją... Niepotrzebnie to powiedziałem... Nawet samemu mi głupio. Trzeba było powiedzieć coś mądrzejszego, żeby sobie pomyśleli: "Taki mądry, a leży w trumnie. To znaczy, że umarł".
A przecież to bardzo trudne. Leżeć w trumnie, czuć, że się oślepło - i mówić mądre rzeczy. To bardzo trudne.
"Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie, i światłość wiekuista niechaj świeci duszy zmarłego sługi twojego! Obywatele! Nie myślcie, że ja wierzę w brodatego Boga! Bóg jest wszędzie prawdziwy i jedyny...!"
Proszę, jaka ze mnie cwana gapa.
"A w to, co powiedziałem do tej pory - temu nie wierzcie. Wszystko z niewiedzy mojej, z braku pomyślunku Dlatego, że mi tu obco, nie przywykłem jeszcze. W powietrzu jakby zapach kuchni. I wszyscy się patrzą... Straszno mi... "
Naprawdę mi straszno.
"Obywatele! Jeśli jest wśród was chociażby jeden ślepiec - to on mnie zrozumie. Okropnie kocham ślepych! Jeszcze w dzieciństwie chciałem, żeby wszyscy byli ślepi, żeby wszyscy mieli zamknięte powieki... A jeśli u kogokolwiek gałka oczna rozsuwa powieki, należy to uznać za złośliwy nowotwór i pomóc człowiekowi...
Tfu, co za bzdury opowiadam!
Czuję nawet, że zaczynam się czerwienić. Dziwne przyzwyczajenie! Kiedy zaczynam się rumienić, czerwienieję coraz bardziej i bardziej. I już żadną zimną krwią nie potrafię się powstrzymać...
Niechby mnie czymś przykryli... Bo inaczej mogą przecież pomyśleć: "Najwyraźniej udaje, przecież umarli się nie czerwienią". Chociaż całunem, czy jak...
"Obywatele! Przykrylibyście mnie czymś, bo przecież widzicie, że purpurowieję i rumienię się..."
A pod całunem nawet kichać wolno.
"No to lepiej na mnie nie patrzeć... wieczne odpoczywanie..."
Zapiski psychopaty Wieniedikt Jerofiejew

Spójrzcie: z prawej, pod oknem siedzi dwóch facetów. Jeden tępak w waciaku i drugi, starszy mądrala w gabardynie. I proszę bardzo, nikogo się nie wstydzą, nalewają i piją. Rąk nie załamują, na platformie nie biegają. Tępak łyka, stęka i powiada: "O, kurwa, ale dobrze poszła!" A mądrala pije i mówi: "Tran-cen-den-talnie!" A głos ma odświętny. Tępak zakąsza i powiada: "Zagry-ychę mamy dzisiaj po byku! Zagrycha typu jak cię mogę." A mądrala żuje i mówi: "Ta-a-ak...Trans-cen-den- talnie!"
Moskwa-Pietuszki Wieniedikt Jerofiejew

Komu przypadły do gustu cytaty - polecam, zakocha się w Jerofiejewie. Komu do gustu nie przemówiły - sięgać nie powinien.

Musimy porozmawiać... o filmach

Są filmy, które trzeba obejrzeć. Ot, takie małe wydarzenia sezonu. Niestety nie "załapałam się" na Nietykalnych (tytuł zawsze będzie mi się kojarzył z Elliotem Nessem), ale jakiś czas temu nareszcie widziałam Różę. Musimy porozmawiać o Kevinie obejrzałam wczoraj. Dopiero. Ale zawsze. Wrażenia? Zdenerwowałam się troszeczkę. Mam wrażenie, że cały świat obwinia matkę chłopca, łącznie z nią samą oczywiście. Jednak gdyby wina była tylko po stronie matek, na Ziemi mielibyśmy więcej potworów niż nam się zdaje. (Chociaż może i mamy, sądząc po ostatnich wydarzeniach...) Jasne, z racji tego, co się wydarzyło każdy miałby takie wyrzuty sumienia, że można było dziecku poświęcić więcej czasu, więcej miłości... Ale myślę, że oboje rodzice - chronicznie niezadowolona matka i Mr Cellophane byli jakby wyjałowieni z ludzkich uczuć. Na kogo ma wyrosnąć dziecko niekochane, któremu mówi się same przykrości, bez uśmiechu na co dzień i humoru w życiu codziennym? Bez zrozumienia i szacunku. Film był oczywiście tylko takim nabrzmiałym jednostronnym przedstawieniem, ale rozumiem o co chodziło reżyserowi - idźcie i kochajcie swoje dzieci! No, ale to jeden z filmów, przy których można bez przerwy przerzucać się argumentami w stylu "chociaż z drugiej strony..." I dyskusja, jaką film zaczyna liczy się o wiele bardziej niż to, czy zdjęcia, lub montaż są dobre, czy niedobre.
Wolny weekend przyniósł mi również szansę obejrzenia kina lekkiego, łatwego i przyjemnego. I tak oto obejrzałam gniot wszech czasów o wymownej nazwie Angel. Film miał być w zamyśle reżysera grą konwencji. Takie połączenie Ani z Zielonego Wzgórza z Gigi. A wyszedł niestrawny kotlet bez polotu, w niektórych scenach tak śmieszny, że aż żałosny. Oczywiście, łatwo się domyślić, czemu sięgnęłam po ten film i to był jedyny plus. Przy okazji tego arcydzieła przypomniało mi się, że kiedyś skusiłam się na jedną jedyną książkę Catherine Cookson. Z tym, że filmy na podstawie jej dzieł są strawne, a to - nie. W połowie filmu nie zniosłam i wyszłam zrobić sobie maseczkę, napić się kawy, przekąsić ciastka z żurawiną i pobawić się w pocztę, a potem robótkowałam. Sympatyczny był za to filmik Połów szczęścia w Jemenie (Jakiego szczęścia?! - salmon to łosoś!!!) Film tak prosty, że aż szare komórki odpoczywają. Plus ładne zdjęcia, ślicznie ubrana Emily Blunt i jak zwykle czarujący Ewan McGregor. W Planach mam Jestem miłością ze Swinton, Fish Tank i Glorious '39. Polecacie coś na przyszły weekend?

- Potrafię panią uszczęśliwić...

- Potrafię panią uszczęśliwić - mówił spoza krzaku wpatrzony w kark odwróconej od niego dziewczyny. - Za rok lub dwa miałaby pani pianino; teraz żony farmerów coraz częściej kupują sobie pianina, a jeszcze zacznę pilnie wprawiać się w grze na flecie, abyśmy wieczorami mogli grywać razem.

- Owszem, to by mi się podobało.

- Kupiłbym za dziesięć funtów taka lekka bryczuszkę do wyjazdu na targ; mielibyśmy ładne kwiaty i drób, to jest kury i koguty, gdyż uważam, że są pożyteczne - mówił lawirując pomiędzy poezją i prozą.

- Bardzo by mi się to podobało.

- ...i pod szkłem grządkę ogórków, jak prawdziwi państwo.

- Tak, tak...

- A po ślubie dalibyśmy do gazety ogłoszenie w rubryce matrymonialnej.

- Ach, to byłoby wspaniale!

- ...a w łóżeczkach dzieci, jedno w drugie sami chłopcy. A zaś w domu, przy ognisku, co spojrzę, to zobaczę panią, a pani, co spojrzy, to zobaczy mnie.

- Zaraz, zaraz, proszę być przyzwoitym.

(...) Gabriel nie przestawał wpatrywać się w czerwone jagody głogu tak uporczywie, że w przyszłości dzika róża stała się dla niego niejako symbolem miłosnych oświadczyn.


Z dala od zgiełku tłumu - Thomas Hardy


Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.britmovie.co.uk/films/Far-from-the-Madding-Crowd_1967/

Mroczny Rycerz powstaje

Na serii o Batmanie się wychowałam. Najpierw widziałam film z Keatonem, Tima Burtona. Dwa świetne odcinki. Potem Kilmer i Clooney w filmach Schumachera. Burton wprowadził widzów w surrealistyczny świat mrocznego dekadenckiego miasta, postacie były groteskowe (no, jak to u Burtona), ale było w nich "to coś". No i oczywiście serial animowany. Uwielbiałam animowane Batmany i nawet jako starsza nastolatka oglądałam je z przyjemnością. Nolanowski Batman Początek był dla mnie zaskoczeniem. Wykasował całą poprzednią serię i zaczął da capo al fine. Nie jestem wielką fanką facetów w rajtkach, jedynkę oglądałam z pokrzywioną twarzą, ale jedno, co mi się podobało - to miasto. Na dwójce byłam w kinie. W fotel mnie nie wgniotła, ale Jocker wypadł znakomicie.Na prawdę - tu chyba wszyscy się zgodzą, że Ledger usunął Bale'a w cień. Trójki nie mogłam się doczekać. Wiedziałam, że dostanę porządny kawałek komercyjnego filmu, który nie znudzi mnie po pięciu minutach. Jeśli ktoś nastawia się na niesamowite przeżycie powinien iść do opery, a nie na Batmana, ale Nolan zrobił dobry, porządny film sensacyjny (no, quasi-sensacyjny). Jak doskonały rzemieślnik, który wie, co z czym połączyć, żeby wyszło akurat to, co widzowi się spodoba. Na filmwebie oczywiście toczy się zażarta dyskusja, czy to film dla pryszczatych gimbusów, czy nie. No i wszyscy wyłapują błędy w filmie. Przecież film to iluzja! Reżyser i aktorzy, to kuglarze; przecież kiedy ktoś w filmie zginie, to nie umiera na prawdę (no, chyba że jest Brandonem Lee), tylko po "cięciu" wstaje. I mnie nie obchodzi, że raz papierek jest po jednej, raz po drugiej stronie, a raz go nie ma. Czy to takie strasznie istotne? Ale wracając do filmu. Trochę się bałam, że film mnie zdołuje - przecież mamy tu do czynienia z czystym złem w postaci odhumanizowanej twarzy Bane'a. Skojarzenia z Lordem Vaderem nasuwają się chyba wszystkim po tym jak Bane odezwie się pierwszy raz. Wcześniej widziałam Hardy'ego Incepcji i Szpiegu, wiem, że sporo nabrał ciała do roli, ale nie wiedziałam, że to taka maszyna. Faceta bym się bała na żywo, a w filmie jego masa robi wrażenie i kontrastuje z chuchrowatością Batmana. Bane przedstawiony jest jako czyste zło. O ile Jocker był wariatem na maksa, inteligentnym prowokatorem, który planuje swoje akcje jakby domek z kart układał, to Bane zachowuje się jak słoń w składzie porcelany, jak taran i czołg. Jak zachować się w obliczu masowego terroryzmu? Czy więc dobro ma jakiekolwiek szanse, skoro Bane obija Batmana po gębie i patrzy, czy równo puchnie? Przed filmem słuchałam audycji, w której panowie (dranie!) zdradzili całe zakończenie. Ja Wam go nie zdradzę. Powiem, że dwa razy byłam zaskoczona, a dwa razy intuicja mnie nie zawiodła. Ten, kto jest zdecydowany na Batmana, pójdzie. Ten, kto nie lubi poprzebieranych facetów w średnim wieku, nie pójdzie. Poza tym trochę dziwi mnie, że taki mocny psychicznie facet tak przeżywa śmierć ukochanej sprzed ośmiu lat. Jak panna Havisham! No i (uwaga, spoiler!) scena, w której Bane'owi płyną łzy. Nieee! Jeszcze takie małe post scriptum do wczorajszego posta: przed filmem puścili zapowiedź... nowego Supermana... I na koniec jeszcze podsumowanie - Nolan dał nam nowego Batmana na nowe, mroczne czasy.

Moje życie we Francji - Julia Child

Postać ikony amerykańskiego domowego gotowania, Julię Child poznałam dzięki filmowi niedawno zmarłej Nory Ephron Julie and Julia z Amy Adams i Meryl Streep [uwielbiam ten film i mogę oglądać co tydzień;)]. Child zamieszkała we Francji wraz z mężem, Paulem, artystą i dyplomatą. W Moim życiu we Francji Child w przemiły sposób opowiada o Paryżu, Marsylii, gotowaniu, przyjaciołach, rodzinie, w końcu o pracy nad książką, o cyzelowaniu każdego przepisu, oraz o pracy nad serią programów telewizyjnych. Przepadam za wszelkiego rodzaju wspomnieniami, pamiętnikami, dziennikami, biografiami, etc., więc czytałam tę książkę z przyjemnością. Poza tym w życiu Julii Child, zdaje się, nie było skandali, burz, niesnasek, przez co książkę okraszoną poczuciem subtelnym humoru czyta się bardzo dobrze. Właściwie to takie fajne, letnie czytadełko, które z powodzeniem można wziąć do autobusu. Może trochę za dużo pisze o potrawach, których nawet wyobrazić sobie nie można, ale - ja się tam nie znam na wołowinie bourguignon.
W książce znajdują się ponadto przepiękne, klimatyczne zdjęcia autorstwa Paula, który ponoć nie rozstawał się z aparatem. Może Paul był wielkim, nieodkrytym artystą, a może to ten Paryż taki niesamowicie fotogeniczny...
Ponadto postać Child przypomina mi naszą rodzimą niegdysiejszą gwiazdę gotowania na ekranie, panią Katarzynę Pospieszalską, wielką propagatorkę kuchni egzotycznej. Mam zbiorek przepisów Pospieszalskiej. Kto wie, może powinnam kupić Mastering the Art of French Cooking?

Do kina, czy na film?

Miałam wielką ochotę wybrać się do prawdziwego kina. Chwała Bogu, w Rybniku ostało się kino w Teatrze Ziemi Rybnickiej. Co poniedziałek puszczają tu filmy w ramach DKFu. Traf chciał, że miało polecieć akurat coś, co chciałam zobaczyć. Ostatnia miłość na Ziemi to film ładny, smutny, ale reżyser - chyba jako jedyny, spośród twórców jakiejkolwiek apokalipsy czy antyutopii - pokłada wiarę w człowieku. Mimo epidemii, mimo "końca świata" ludzie pozostają ludźmi, a nie dziką hordą demolującą co się da.
Ale wracając do kina. Wychowałam się na porankach w Kinie Apollo w Gliwicach (na zdjęciu powyżej). Pamiętam czerwone czy bordowe kotary, filar i specyficzną akustykę. Kiedy byłam starsza chodziłam do Bajki i Kino-Teatru X. W Bajce był taki specyficzny zapach, jakby pot i popcorn razem. To tu widziałam Gwiezdne Wojny. W X, blisko którego mieszkałam hall zajmowały plakaty filmowe. Nie te hollywoodzkie, ale te ze starej dobrej polskiej szkoły plakatu. Potem chodziłam na ambitniejsze filmy do Amoku (mieścił się w Prezydium). To było maleńkie, studyjne kino z tradycjami. Dzisiaj Amok działa w Bajce i gra świetne filmy.
Rybnickie kino przypomniało mi te wszystkie piękne chwile; powietrze o specyficznym aromacie, pozbawionym popcornu, nikt nie chrupał tacos (czy nachos, bo nigdy nie wiem), nikt nie siorbał litrowej coli. Akustyka, wnętrze tak przytulne jak w domu, skrzypienie foteli, kotara, a w końcu to specyficzne przygasanie świateł. Taaak, to jest prawdziwe kino, a nie takie udawane, masowe, jak z fabryki; niezależnie gdzie by się nie było wszystko jest takie samo. Mam nadzieję, że nigdy przenigdy kina studyjne nie ustąpią miejsca cyfrowym, że multiplesy nie wyprą Kin. Znalazłam taki artykuł: Czy multipleksy zabiły małe kina?.
Jeszcze jedno - przed Prometeuszem byliśmy zmuszeni obejrzeć 25 minut reklam i zapowiedzi. Przed Ostatnią Miłością wyszedł miły pan, zapowiedział film, opowiedział o filmie, który będzie nadany w przyszły poniedziałek i wycofał się za kulisy.

Prometeusz

Przed Prometeuszem broniłam się rękami i nogami. Średnie recenzje, do tego 3d, ograne tematy. Ale czy na pewno ograne? Jasne, obcy wyskakujący z brzucha może być już nieco nużący, ale (co zrozumiałam dopiero post factum) Prometeusz to prequel Obcego. Może za bardzo zapatrzyłam się w wątek Davida, androida, którego gra Michael Fassbender (wyglądający jak piąty członek Kraftwerku).
Dusza. Czy android ma duszę? Według starożytnych dusza była bezpośrednio powiązana z ruchem i tym sposobem duszę posiadał człowiek, zwierze, roślina (ruchy w stronę słońca), a nawet bursztyn, czy magnes.
Tak było przed Sokratesem. W kolejnych wiekach dusza była kojarzona z cnotami, wolą, umysłem. Czy android nie ma woli, skoro dla przyjemności (sic!) ogląda Lawrence'a z Arabii? Pije i je, choć nie musi i nikt go nie widzi, więc robi to dla siebie. Farbuje w włosy, chociaż teoretycznie powinno mu to być obojętne jak wygląda. No i jego mała, osobista zemsta za zniewagę. Nie ma "wgranych" praw robotyki. Ale prawdopodobnie ma jakiś program. Czy wyewoluował jak Hall 9000, czy bliżej mu do uczłowieczenia jak z AI? Wspaniały moment, kiedy holograficzny "stwórca" Davida przedstawia go załodze mówiąc, że różni się on od pozostałych, bo nie ma duszy. Co wyrażała w tym momencie twarz Davida? Zażenowanie? Wstyd? Głęboki smutek? Złość?
Arystoteles łączył duszę z życiem (nie uważał jej za nieśmiertelną). Według Tomasza z Akwinu dusza ludzka ma wewnętrznie zakodowane dążenie do dobra. Więc jak to jest z ludźmi złymi na wskroś, z psychopatami?
Ale czy my (ludzie) jesteśmy pewni, że mamy duszę? XVIII-wieczny lekarz i filozof Julien Offray de La Mettrie w swoim dziele o znaczącym tytule "Człowiek-maszyna" wysnuł tezę, że człowiek to tylko skomplikowana machineria, którą da się naprawić jak zegar, czy pozytywkę.
Z kolei Ernest Renan w swoim największym dziele "Życie Jezusa" napisał: "Boże (jeśli Bóg istnieje), zbaw moją duszę (jeśli dano mi duszę)". Sceptyczne, jednak nie pozbawione nadziei.
Skoro Katechizm mówi, że "każda dusza (...) jest bezpośrednio stworzona przez Boga nie jest ona "produktem" rodziców (...)" więc czy można przyjąć, że twórcy androidów są jak rodzice?
I w tym wątku Scottowi bliżej do Łowcy androidów, niż do Obcego. Łowca powstał na motywach opowiadania Philipa K. Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? A główny motyw (Inżynierowie) skojarzył mi się z tezami Ericha von Dänikena (pamiętacie kultowy komiks AIS?).
Film wywarł na mnie duże wrażenie właśnie ze względu na przemycony wątek istnienia duszy i Boga, a nie ze względu na efekty specjalne, czy trzeci wymiar. Przyznam się bez bicia, że zaczynam się przyzwyczajać do 3d i ogląda mi się dobrze. Tej nocy śniło mi się, że byłam na obrzeżach Gliwic i przez okno w poniemieckim budynku obserwowałam kręgi w trawie...


Paleta emocji, czyli ostatnio obejrzałam...

Zdarza mi się oglądać filmy na raty. Ze szkodą dla filmów oczywiście. Ale pomyślałam, że gdyby to było jakieś celuloidowe cudo, to nawet mogłabym zarwać noc.
Takim filmem na raty był Spisek. Dramat sądowy o pierwszej kobiecie skazanej na karę śmierci przez rząd federalny Stanów Zjednoczonych. Niestety, dość przeciętny. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to... nazwisko reżysera - Robert Redford. Szczerze? Stać go na więcej. Ale nie krytykuję, bo rzemieślniczo film wyszedł dobrze.
Dość długo przygotowałam się psychicznie do głośnego ostatnio filmu Smarzowskiego. Zapowiedziałam mężowi, żeby ograniczył komentarze, bo chcę mieć niezakłócony odbiór. Róża jest filmem doskonałym, przerażającym i strasznym. Ukazuje okropności wojny i czasów powojennych. Zdziczenie i nienawiść nie skończyły się po wojnie jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki. Okaleczanie psychiczne trwało nadal. I gdzieś w tym brutalnym schamiałym świecie dwoje zwykłych pocerowanych ludzi odnalazło miłość. Aktorzy grali na wysokim poziomie. Doskonała Kulesza i wspaniały Dorociński, który staje się aktorem wybitnym (Uwaga, spoiler---> w Rewersie był po prostu cudny! Ta przemiana z księcia z bajki w chama!), a także plejada 'znanych gąb' Smarzowskiego (Preis, Dziędziel, Rogalski). Dawno polskie kino tak mnie nie wbiło w fotel.
Aaa, jeszcze skojarzenia z drugą serią Bożej Podszewki. Ziemie Odzyskane, powojenne niesnaski, bieda, aż piszczy.
I dwa filmy współczesne. Ja w środku tańczę. Dramat społeczny z dużą dozą humoru. Abstrahując od kondycji fizycznej bohaterów (porażenie dziecięce, dystrofia mięśni) określiłabym to jako klasyczny trójkąt miłosny, w którym każdy jest na straconej pozycji. To także, a może przede wszystkim, film o dojrzewaniu, usamodzielnianiu się oraz wielkiej przyjaźni, która odmienia życie. Jestem pod wrażeniem gry Stevena Robertsona, bo chociaż nie widziałam go w żadnym innym filmie, to z początku byłam prawie pewna, że jest osobą niepełnosprawną!
Anuszko, wczoraj obejrzałam Wiernego ogrodnika. Co prawda film mnie nie porwał, ani mną nie wstrząsnęła gra aktorska, ale jedno na mnie zrobiło ogromne wrażenie - po co pomagać jednostkom, od tego są organizacje, pomoc jednostce nic nie zmieni. I właśnie dzięki takiemu podejściu od lat nic się nie zmienia... Przypomina się stalinizm i Majakowskiego "Jednostka niczym, jednostka zerem". Można sobie robić Life Aid, kupować pieluszki z logo Unicefu... ale co to da, skoro nie zmieni się myślenia o każdym człowieku z osobna...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...