Filmowo, książkowo i filutkowo (XII)

W ramach nadrabiania zaległości kinowych obejrzałam polecany Drive. Przyznam, że niestety rozczarowałam się bardzo. Może trochę za bardzo sobie wyobrażałam jak zakochuję się w tym filmie, bo wszystko wskazywało na to, że się zakocham, a tu taki klops! Muzyka i nocne ujęcia były na prawdę fantastyczne i klimatyczne. Muzyczny temat przewodni bardzo przypominał Daft Punk - End of line Niestety - Ryan Gosling, którego cenię za Blue Valentine przesadził z tą kreacją milczącego everymana, do tego główna rola kobieca przypadła drewnianej (jak zawsze) Carey Mulligan (Nie opuszczaj mnie, jeden odcinek Doctora Who). Między bohaterami nie poczułam żadnego iskrzenia. Do tego ta krwawa jatka, fuj! Gdyby ktoś szukał na prawdę klimatycznego filmu, polecam doskonały francuski Diva z 1981 roku!
Za to na pocieszenie nastawiłam sobie z płyty Żądło. Kapitalny! Jeśli ktoś lubi filmy o Dannym Oceanie, to koniecznie misi obejrzeć Żądło. Poza tym fajnie jest sobie popatrzeć na dobre aktorstwo; Newman i Redford, ech... Z całym szacunkiem, ale Brad Pitt i George Clooney to nie to.
W zeszły piątek przypomniałam sobie Co się wydarzyło w Madison County. Świetny melodramat! Jeśli ktoś ma ochotę wypłakać pół paczki chusteczek, to polecam. Do tego moja ukochana M. Streep i C. Eastwood, którzy kolejny raz udowadniają jak wygląda znakomite aktorstwo.
Z filmów niedokończonych:
Australia. Do tej pory zaledwie kilka razy aż tak się zawiodłam na filmie, na który się napaliłam. Nastawiłam się na epicki melodramat, a po pięciu minutach miałam dość slapstikowego aktorstwa, złej fryzury Nicole, małpiej klaty Hugha, no a przede wszystkim tego cholernego spędu bydła! Jeśli miałabym ochotę obejrzeć film o spędzie bydła wybrałabym Rio Grande, lub Tajemnicę Brokeback Mountain. Po połowie przestawiłam na Dwójkę, bo jeszcze nie widziałam Wielkiego błękitu. Niestety tego też nie dokończyłam, ale nie z winy aktorstwa, bo to było niezłe, a przez moje dziecko, które dostało schiza, bo zrozumiało, że jest usypiane, a nie cierpi kłaść się spać. Trzeba będzie wypożyczyć.
Nie dokończyłam również Rozważni i romantyczni - Klub miłośników Jane Austen. Kolejna amerykańska słaba komedyjka a la Kobiety. Nie ma sensu się męczyć. Czemu więc się za to wzięłam? Chyba pomyliłam ten film z jakimś innym...
Oczywiście zobaczyłam część Siedmiu lat w Tybecie. Mogę to oglądać co pół roku i mnie nie nudzi. Doskonały film!
Książkowo: kupiłam trzeci tom 1q84. Hurra! Do przeczytania na już mam chyba z dziesięć książek, ale listopad nieźle się zaczął, bo w nocy z 1 na 2-go przeczytałam Śniadanie u Tiffany'ego. Niezła książka, ale... film urzekał subtelnością, książka jest nieco bardziej dosadna. Postanowiłam w przyszłym roku przeczytać ile się da Capote'ego, bo mama ma, więc z pożyczeniem problemu nie będzie. Teraz czytam tego nowego Cunninghama, którego zaczęłam drugi raz. Coś mam z oczami i wyglądam jakbym całe noce spawała;)

7 komentarzy:

  1. Też straszliwie zawiodłam się na Australii, ech jak to się czasem można pomylić :) ale muszę przyznać 100 % racji - dzisiejsi aktorzy/aktorki to nie ten kaliber co kiedyś, widać to zarówno w kinie światowym (amerykańskim) jak i polskim. " Stara Gwardia" odchodzi i kto ma przyjść na ich miejsce? Pozdrawiam - bardzo lubię tu zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi się Drive bardzo podobało, chociaż ta jatka moim zdaniem była zupełnie zbędna. Rozumiem konwencję, ale słabe to było. Goslinga uwielbiam i chyba jestem bezkrytyczna:) "Blue Valentine" też mi się bardzo, bardzo podobał. Zdecydowanie bliżej mi do takich klimatów:)
    Żądło i Co się wydarzyło to klasa sama w sobie. Australię także przełączyłam. Wybrałam Teatr Tv na Kulturze.
    Co jeszcze? hmmm...
    pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  3. widzialam tylko Australie i Siedem lat w Tybecie i....mam podobne zdanie:) ten pierwszy nie do przezycia w calosci:) ten drugi -swietny:)
    a ksiazkowo to mam takie zaleglosci,ze az wstyd;)
    aaa i musze zobaczyc ten francuski Diva koniecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem, że niektórym to się w głowie nie zmieści, ale ja nie widziałam Co się wydarzyło... bo nienawidzę Eastwooda. Nie moge uwierzyć, ze Meryl mogłaby się zakochać w facecie, co ma klatę jak zgięty karton, kwadratowe biodra i mruży oczy jak krótkowidz. To samo mam z Douglasem juniorem. Mają go za amanta, nie wiem, w którym miescu?

    OdpowiedzUsuń
  5. A mi 'Drive' podobał się bardzo. Może przez swoją 'inność', prostotę, ale i pewne wyrafinowanie formy? Jeszcze chyba do końca nie przetrawiłem.

    A 'Żądło' - mistrzostwo! Faktycznie, dzisiejsze superprodukcje, to nie to.

    No i Murakami - czekam na listonosza w poniedziałek, mam nadzieję, że przyniesie książeczkę. I tak za długo czekałem na część trzecią...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Wrócę jeszcze do 'Drive', bo mnie naszła refleksja. To właśnie bohater miał w sobie 'coś'. I nie był, moim zdaniem, żadnym everymanem. Przecież wyróżniały go jego umiejętności, niecodzienny talent. A milcząca poza? Dla mnie wypisz wymaluj Bezimienny jeździec znikąd w wykonaniu Clinta Estwooda (chociaż Estwood miał lepszy warsztat, potrafił, jak powiedział Sergio Leone, zrobić dwie miny: w kapeluszu i bez; Ryan Gosling prezentował minę tylko jedną). Ta sama tajemniczość - no bo kto to jest? co go motywuje? skąd ten chłodny profesjonalizm? Ta sama brutalna bezwzględność, a jednocześnie szlachetność, prawie rycerskość, gdy bierze w obronę 'wdowy i dzieci'. Jednym słowem postać ciekawa, niosąca dla mnie dobre skojarzenia.
    Film w ogóle nawiązuje do dobrej tradycji - dawnych filmów gangsterskich, westernów właśnie. Dowodzi, że można ciekawie i z napięciem bez wybuchów, skakaniu po dachach, wystrzeliwaniu miliardów pocisków.

    Na marginesie - bohaterka też mi pasowała. Roli pani Mulligan nie mogę porównać z innymi - widziałem coś tam, co prawda, ale nic zapadającego w pamięć. Tu mi jednak nic nie zgrzytało. Coś między bohaterami było, bo stąd przecież cała afera, że nasz kierowca się zakochał. A że i tu nie było fajerwerków? Całe szczęście, bo by to zepsuło całość. Dowód też na to, że ciekawie można opowiadać i bez, z przeproszeniem, cycków.

    pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kasiu, he he, z tym opisem Eastwooda to masz rację; brzydki jak noc, ale warsztat aktorski na najwyższym poziomie. Co do tego jak Meryl mogła się w nim zakochać, otóż mogła - w pewnym wieku nie patrzy się na wygląd.
    Desperate Househusband, mnie również skojarzyło się z bohaterem Leone; co do romansu - ("romansu") - wystarczyłoby jakieś ciepłe spojrzenie, muśnięcie dłoni dłonią, nie musieliby się na siebie rzucać;) Ale szkoda, że mi nie podszedł (film), na prawdę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...