Dallas '63 - Stephen King

Gdybyś mógł cofnąć się w czasie i "wymanewrować" Hitlera, na długo przed wybuchem II wojny światowej, zapobiec śmierci i utracie zdrowia milionów ludzi? Albo gdy danoby ci szansę wyeliminowania Oswalda, JFK żyłby nadal po wizycie w Dallas, a do wybuchu wojny w Wietnamie nie doszłoby? Lub nie robić nic z obawy przed "paradoksem dziadka". Przed takim dylematem staje Jake Epping (vel George Amberson). Od pierwszych stron czyta się "Dallas" doskonale - bohater, sympatyczny młody nauczyciel, za sprawą "króliczej nory" przenosi się do roku 1958 by zapobiec rodzinnej tragedii, a za namową umierającego przyjaciela podejmuje się misji uratowania Kennedy'ego. Nie streszczając fabuły powiem, że pomysł podróży w czasie, mimo iż do nowatorskich nie należy - tu zrealizowany jest świetnie! W książce mamy galerię pełnowymiarowych postaci, cudnie, ale i bez sentymentów zobrazowany jest świat przełomu lat 50/60-tych. Cała opowieść jest emocjonująca, nie ma słabych momentów, a konsekwencje zmiany kontinuum są trudne do przewidzenia... Główne motywy książki od razu nasunęły mi na myśl "Dzień świstaka" oraz... "Godzinę pąsowej róży". Szczerze powiedziawszy zabrałam się do czytania z pustą głową - nie czytałam nawet opisu na skrzydełku. Wiedziałam tylko, że tę książkę muszę przeczytać. I na prawdę cieszę się, że dane mi było po nią sięgnąć. Co prawda raz strasznie się zawiodłam na Kingu ("Regulatorzy"), ale i fascynował mnie swoimi opowiastkami ("Ballada o celnym strzale"). Jedynym maleńkim minusikiem w "Dallas" jest - według mnie - Człowiek z żółtą kartką. Strasznie kingowki motyw, który wcale nie musiał się tam znaleźć. Na prawdę - nie trzeba tłumaczyć wszystkiego czytelnikowi. Niemniej jednak - polecam, polecam, polecam!
Z ciekawostek jeszcze dodam, że równolegle z książką wyszła niewielka gazetka ze wszystkimi artykułami opisanymi w świecie Ambersona.
I jeszcze - tak mi się przypomniało - to jest książka do płaczu!


A to mój stosik - znaczna część jest biblioteczna (w tym jeszcze "oczekujący" Irving). Pod choinkę dostałam "Nie wierzę w życie pozaradiowe" oraz ilustrowany słowniczek niemiecko-polski. Adam dostał kolejną część ilustrowanego życia w PRLu. Na DKK mam Sobociaka "Nasza klasa". O koleżanek Larsson (jestem po 50 stronach, a pani z biblioteki powiedziała, że rozkręci się mniej więcej w połowie), McEwan i Pamuk. A od pana Andrzeja Sikory dostałam "Drugie życie". Ale to już nie w tym roku... Na tapecie - szydełkowy sweterek z czarnego kocurka, może skończę jeszcze w tym roku?

Inteligentne kino istnieje!

Już myślałam, że jest jak potwór z Loch Ness, a jednak - tak! istnieją inteligentne filmy! Udało mi się zobaczyć ostatnio aż dwa. Niedawno telewizja nadała Życie na podsłuchu; rzecz się dzieje u schyłku komunistycznych czasów w NRD. Film doskonały - mądry, prawdziwy, czasami zabawny (dowcipy antysocjalistyczne w kantynie Stasi), sympatyczni bohaterowie (nawet agent Stasi wydaje się ludzki - świetna rola Ulricha Mühe), do tego niebanalna końcówka. Polecam, polecam, i jeszcze raz polecam!
Na drugi film wybraliśmy się do kina, bo wygrałam bilety na DKF - francuska komedia Przepis na miłość. Jest coś w kinie francuskim ostatnich lat, co fascynuje, czy to ten zaczarowany kolorowy świat Amelii, czy inteligencja Gustów i guścików. Mieszankę obydwu dostajemy w tej nieco odrealnionej historii dwojga lekko dysfunkcyjnych, sympatycznych, niemłodych ludzi. Rodzi się miłość, wszyscy ludzie są dobrzy a czekolada (bohater drugoplanowy) sprawia, że cieknie nam ślinka. Gagi zabawne, może trochę ograne, bo przypominają te bourvilowskie, ale - Francuzi zapewniają nam półtorej godziny przyjemności.

Czas apokalipsy - recenzja filmu

Na drugim roku gremialnie zerwaliśmy się "na film" wyświetlany przez Koło Historyków dwa piętra niżej. Oczywiście doktor Szubert zażądał dowodów, że na pewno dojdziemy na seans. Dowodem miała być recenzja. Byłam jedną z nielicznych osób, które potraktowały zadanie domowe poważnie. Zostałam oceniona dosyć łaskawie - dr pochwalił mój warsztat.


PARALELE MIĘDZY CZASEM APOKALIPSY A APOKALIPSĄ ŚW JANA PRZEZ PRYZMAT MALARSTWA BOSCHA

Po obejrzeniu filmu Francisa Forda Coppoli Czas Apokalipsy przypomniał mi się obraz Statek Szaleńców Hieronima Boscha. Obraz ów miał być prawdopodobnie ilustracją do satyrycznego dzieła S. Branta. Grupa tytułowych szaleńców próbuje udać się w podróż do wyimaginowanego kraju Narragonii. Historia w moralizatorskim tonie nadanym przez malarza jest pretekstem do ostrej krytyki wiernych, odbiegających mocno od zasad chrześcijaństwa.

Takim statkiem szaleńców płyną bohaterowie filmu Coppoli po jednej z wietnamskich zdradliwych rzek. Wędrówka kapitana Willarda przypomina koszmarne wizje rodem z widzenia św. Jana. Nawet miejscami tok narracji przypomina rozpaczliwe świadectwo apostoła. Reżyser filmu miesza ostrą satyrę, kpiarski ton wypowiedzi z rażącymi dosłownością widokami zniszczenia i mordów. Napalmowe pożary snute jak w narkotycznej wizji przy dźwiękach The end Doorsów, ataki śmigłowców przy wagnerowskim chórze Walkirii. Co prawda nie widzimy tu wprost apokaliptycznych jeźdźców, czy nie słyszymy trąb, ale analogiczną rolę przejmują owe helikoptery,czy muzyka,zwiastujące niejako koniec świata. Głód, śmierć, cierpienie, które przynoszą amerykańscy żołnierze to nic innego jak spełnienie alegorycznych proroctw o gniewie Bożym. Dies Irae. Otwarcie siódmej pieczęci. "Anioł (...) wziął naczynie na żar, napełnił je ogniem z ołtarza i zrzucił na ziemię, a nastąpiły gromy, głosy, błyskawice, trzęsienie ziemi" (AP 8,5) Dalej; "spłonęła trzecia część ziemi i spłonęła trzecia część drzew, i spłonęła wszystka trawa zielona" (AP 8,8), etc, etc. Czy tak nie niszczy napalm? Gdzieś w samym środku tej Apokalipsy spełniającej się są zwykli ludzie; cywile, kobiety, dzieci, starcy. To cienie zatracone w wirze wojny, nieuniknione ofiary przemieniającego się świata. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że proroctwo Jana zesłane było od Boga, a wojna w Wietnamie rozegrała się na skutek międzynarodowej polityki Stanów Zjednoczonych. Działania wojenne prowadzone były przez ludzi,a nie przez zastępy aniołów. Włoski pisarz Dino Buzzati wygłosił opinię, że "tak zwane monstra Bosha (...) nie były niczym innym jak kreaturami ludzkimi, prawdziwą istotą ludzkości, która nas otacza". Czy więc potencjalnie w każdym z nas drzemie oprawca, taki jak zdemoralizowany pułkownik Kurtz, gotowy ziścić to, co "ma się stać niebawem"? Pytanie powinno zostać otwarte - być może to jest intencją Coppoli - apel do naszych sumień.

Liczby Charona - Marek Krajewski

Lwów, koniec lat 20-stych ubiegłego wieku. Relegowany z policji b. komisarz Popielski podejmuje się trudnego śledztwa w sprawie okrutnego mordu na starej wróżbitce. Przy zamordowanej policja znajduje kartkę z ciągiem hebrajskich liter... Kryminał Krajewskiego jest krwawy, a zbrodnie jeżą włos na głowie. Autor dotyka również problemu antypolskich zachowań na kresach. Główny bohater to łajdak - mówiąc eufemistycznie. Cały światek jest jednym wielkim niedomytym burdelem, w którym nie ma dam, są tylko... No, może z wyjątkiem siostry Popielskiego, która sprawuje pieczę nad kilkuletnią Ritą, córką komisarza.
Przebrnąwszy pierwsze morderstwo, oraz brud, smród i ubóstwo wylewające się z książki na czytelnika, dobrnęłam do finału i oto mogę się pochwalić "moim pierwszym doczytanym do końca Krajewskim". Zaczęłam czytać Śmierć w Breslau, ale te wszechobecne niedomyte "ladacznice" jakoś mnie zniesmaczyły i dałam sobie spokój. To już któraś z kolei książka, w której wszystkie kobiety to k***, vide - Głowacki.
Co do fabuły - pomyślana zgrabnie i zrealizowana z pietyzmem - autor dziękuje na ostatnich stronach kilku profesorom, których konsultacje wiele wniosły do dzieła.
Historia wciąga, cały zamysł ciągów opartych o gematrię jest może nie nowy, ale niewyeksploatowany i zgrabny, dzięki czemu czytelnik brnie w opowieść jak w gęsty las.
Minusy - bohaterowie, których nie da się lubić. Przemoc. I jak powiedziałam wcześniej - brud; aż w czytelniczej pamięci stanął mi przed oczyma Paryż z "Pachnidła".
Kryminały czytuję nader rzadko. Chyba jestem skrzywiona przez Christie, u której wszystkie zbrodnie odbywają się w nieskazitelnie białych rękawiczkach i z porcelanową filiżanką w dłoni. Przeczytałam kiedyś w jakimś wywiadzie z Murakamim, odpowiedź na pytanie, na czym polega pisanie powieści; jest to poszukiwanie ciemnych stron własnego ja, rzeczy, których o sobie nie wiemy. Kryminały Krajewskiego są wspaniałym przykładem poszukiwań przez pisarza krańców ja, co czyni je bezpretensjonalnymi, ale i trudnymi dla co wrażliwszych odbiorców.
Tak sobie myślę, że powinno się zekranizować ten kryminał. Właściwie powinien powstać teatr telewizji z Pieczyńskim i Dereszowską. Od samego początku podpasowali mi do "ról" bohaterów. Plus klimat nocnego szwendania się po zakazanych zaułkach.
Jutro poproszę w bibliotece o Erynie; a co tam - idę na całość:)

Filmy i filmidła, czyli subiektywny przegląd nowości dvd

Ostatnio obejrzałam kilka filmów, o które byście mnie nie podejrzewali. Mój mąż ogląda wszystkie te filmy o potworach, zombi i ufoludkach. No to, myślę sobie, trzeba zobaczyć, co w trawie piszczy:
Na pierwszy ogień X-Men: Pierwsza klasa. Chyba najciekawszy z serii, pierwszą godzinę trzyma w napięciu jak kino sensacyjne, niezły motyw obozu śmierci, niestety później jest przewidywalnie. Plusy? Sukienka Frost (ta biała, na jachcie - no co? podobała mi się;)), świetna scena w argentyńskim barze, scena z Wolverinem (wymiata). Słodki James McAvoy jest tak słodki, że mógłby grać Troskliwego Misia, a Michael Fassbender w czarnym golfie wygląda na zagłodzonego.
Geneza planety małp. No, powiem, że nawet interesujące było. Oczywiście polubicie Cezara, inteligentnego szympansa i znielubicie właściciela laboratorium. Plus scena z migającymi małpami, dla uważnych - odniesienie do filmy z Wahlbergiem oraz wiecznie skrzywiona twarz Malfoya;)
Sucker Punch - dno! Pierwsze pięć minut - teledysk, później... nie wiem, co to miało być?! Estetyka a la wczesny Marilyn Manson, covery daremne, uprzedmiotowienie kobiet, a sceny "batalistyczne"... Boże, nie wyobrażam sobie, jak ktoś mógłby wydać pieniądze, żeby iść na to do kina. Dobrze, że mam opcję przeskakiwania o 10 sekund, bo chyba bym się powiesiła na kablu z zasilacza.
Sin City - Miasto grzechu; jeśli zaakceptujecie konwencję komiksu a la kino noir, to czekają was dwie godziny niezłej zabawy. Owszem, krwawe to bardzo, ale aktorsko dobrze zagrane; w Willisie widzę Bogarta i Jeana Gabina. Plus Pan Frodo;)
Jaśniejsza od gwiazd; napaliłam się na ten film, jak szczerbaty na suchary. I co? I jajco! Campion wysmażyła średniej jakości dramat kostiumowy z paskudnym Whishawem (ten z Pachnidła) i drętwą Cornish. Na filmwebie można przeczytać:
Fanny Brawne ma 18 lat, jest olśniewająco piękną i ciekawą świata dziewczyną. Powściągliwa matka dołożyła wszelkich starań by córka wyrosła na rozważną i dobrze wychowaną pannę. Każdy dzień Fanny wypełniony jest niekonwencjonalnymi zajęciami jak szydełkowanie, bale i długie spacery zawsze w towarzystwie przyzwoitki. Niewinne spotkanie z czarującym młodzieńcem, nieoczekiwanie przerodzi się w pierwszą prawdziwą miłość.

Ktoś, kto to pisał, minął się z prawdą wielokrotnie. Po pierwsze - "olśniewająco piękna"??? Po prostu w miarę ładna. Po drugie - "matka dołożyła wszelkich starań by córka wyrosła na rozważną i dobrze wychowaną pannę"? Matka, z tego, co można w filmie obserwować, nie interesuje się niczym, a panna Brawne interesuje się tylko krawiectwem; poezją zaczyna si interesować dopiero po spotkaniu z Keatsem. "Przyzwoitki" nie odnotowałam. "Czarującego młodzieńca" również, ale za to jest nachmurzony chudzielec.
Jeśli jesteśmy w epoce - "Rozważna i romantyczna" - niedawno przypomniała ten film dwójka. I powiem, że znów świetnie się bawiłam. Nie wiem, co jest takiego w dzisiejszym kinie, że jest takie... niedorobione. Niby wszystko ok, ale nie porywa, nie zachwyca... Szkoda.
Na sam koniec wielkie kino: Spaleni słońcem. Co prawda nie nowość, ale miałam akurat na dvd i postanowiłam zażyć dużą dawkę lekarstwa przeciwko słabemu kinu. Klimatem jak z Czechowa przypomina francuską Niedzielę na wsi. Świetny film, jak słowiańska dusza; smutny, wesoły, rzewny, tragiczny. Dwójki ani trójki nie będę oglądała; niech ten smaczek kameralnej jedynki zostanie mi w pamięci.

"Zbig - człowiek, który podminował Kreml" Andrzej Lubowski

Najnowszą książkę Andrzeja Lubowskiego, publicysty na stałe mieszkającego w USA, powinien przeczytać każdy, kto pragnie wzbogacić swoją wiedzę na temat polityki międzynarodowej drugiej połowy XX wieku. Świetnie napisana biografia Zbigniewa Brzezińskiego obfituje w fakty z dziedziny stosunków między USA a większością krajów, które liczą się na arenie międzynarodowej. Sam Brzeziński, z którego my, jego rodacy powinniśmy być dumni, ukazany jest jako najwyższy specjalista, optujący za "pokojowym zaangażowaniem w bloku wschodnim"; gdyby nie działania Zbiga, kto wie ile "wytrzymałoby" Radio Wolna Europa, czy paryska Kultura? Doradca Cartera w zasadny sposób forsował swoje zdanie stając się, jak to się pięknie określa, architektem polityki zagranicznej.
Jako humanistka sięgnęłam po książkę z czystej ciekawości. Politologiem nie jestem, ale zawsze staram się coś tam skubnąć z innej dziedziny niż filozofia. Poza tym ciężko jest funkcjonować nie znając takich nazwisk jak Jimmy Carter, Zbigniew Brzeziński, Leonid Breżniew (to ten, co się tak całować lubił;), Deng Xiaoping, etc. Ciężko byłoby zrozumieć politykę na przykład dzisiejszego Iranu, bez spojrzenia wstecz.
Naszły mnie przeróżne refleksje; zadzwoniłam do mamy i pytam, jak się z tatą zapatrywali na Brzezińskiego? Okazuje się, że Brzeziński był jednym z niewielu ludzi polityki, którzy przypadli mojemu tacie, sceptykowi i prześmiewcy, do gustu. Ja cały czas - czytając o XX wieku w ogóle - żałuję, że urodziłam się tak późno, bo wielu przeczytanych czy zasłyszanych rzeczy nie potrafię zweryfikować, a - jak już niedawno pisałam - wątpić to moje drugie imię. Tak czasem przy okazji czy to podnoszenia podatków, czy jakiejś innej "wspaniałej" decyzji rządu, zwykło się mówić "za komuny, to bym już dawno (to i tamto), ech..." Ok, może i tak, ale chyba by mnie musieli uciszyć, bo im ktoś bardziej napiera, im węższe horyzonty wyznacza, tym bardziej jestem przeciwko. Może to nasza cecha narodowa, że nie damy sobie wcisnąć kitu. I dlatego jesteśmy dobrzy w rozmontowywanie systemów?

Tanatoturystyka


Właśnie skończyłam książkę z serii Bieguny, Witamy w piekle; wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży Doma Joly. Joly, brytyjski komik, felietonista, podróżnik opisuje swoje "wycieczki" do Iranu [niezły felieton, można sobie porównać z Szachinszachem Kapuścińskiego, choć do Kapuścińskiego Joly daleko], USA [miejsca śmierci JFK, Johna Lennona, Martina Luthera Kinga, a także Elvisa], Kambodży [rozdział mrozi krew w żyłach], Korei Północnej [trochę nudna część], Joly zwiedza także Czarnobyl, a na końcu postanawia odwiedzić Liban, w którym się urodził.
Celowo napisałam "wycieczki", ponieważ Joly uprawia nowy typ turystyki, a mianowicie - zwiedzanie miejsc związanych z miejscami katastrof, mordów, etc. "Innych - pisze w epilogu Joly - z różnych powodów ciągnie do miejsc katastrof, tragedii historycznych lub słynnych zbrodni. Niektórzy odbywają takie podróże w poszukiwaniu czystego dreszczyku emocji lub nawet dla samego schadenfreunde. Są i tacy, którzy robią to w celach edukacyjnych lub w ramach pokuty za coś, czego się dopuścili w przeszłości."
Książkę czyta się średnio - momentami zabawna, innym razem cierpnie skóra, ale niestety miałam wrażenie, że autorowi płacili od słowa; rozdziały kończyły się tak jakoś w połowie, albo tam, gdzie aż się prosi o koniec rozdziału autor ciągnął jakąś nudnawą opowieść o zwiedzaniu baru czy Nowozelandzkich turystach. Poza tym raz Joly twierdzi, że jest wegetarianinem i wcina "kupowate" omlety, a innym razem zjada kanapkę "magnum z kurczakiem i coca-colą". (Chyba, że zaprosił jakiegoś kurczaka na kanapkę i coca-colę;) Jeśli chodzi o styl, to nie powala zręcznością, nie jest ani krztę tak zjadliwy jak Jeremy Clarkson (polecam Świat według Clarksona, uśmiejecie się jak fretki!), Joly nie jest zbyt dokładny (myli daty i miejsca). Przyznam, że liczyłam na coś bardziej porywającego; skoro facetowi zapłacili, żeby pozwiedzał te miejsca i o nich opisał, to powinien się uczyć od Cejrowskiego, jak ciekawie opowiadać o podróżach.
Przyznam z całą stanowczością, że nie bawiłyby mnie wycieczki do miejsc, w których mogą mnie zastrzelić, albo zamknąć za obrazę Wodza na X lat katorżniczego więzienia, ale większość z nas na pewno była choć raz takim tanatoturystą - choćby zwiedzanie obozu w Oświęcimiu.
Temat tanatoturystyki pojawia się w serialu American Horror Story; rodzina bohaterów mieszka w nawiedzonym domu, zwanym Murder House, który jest jednym z punktów na mapie wycieczki tropem okolicznych krwawych zbrodni.
Jeśli chodzi o sam serial - jest niezły, ale raczej liczyłam na coś bardziej subtelnego, jak w Afterlife. Duchy się tu po prostu pałętają po domu, w piwnicy straszy, na strychu straszy, a niedawno było Halloween i poziom straszenia był podkręcony na maksa. Do tego pan domu to taki amerykański Krzysio Ibisz, a pani domu (po czterdziestce) właśnie zafundowała sobie ciążę (wiem, wiem, nie sama;), mamy też inteligentną zbuntowaną nastolatkę z problemem, za to zakochaną w duchu nastolatka. Pomieszanie z poplątanie, ale cholernie wciąga! Na prawdę! Może jestem pod jakimś czarem czołówki: niesamowita klimatyczna muzyka oraz fotografie wiktoriańskie (w tym postmortem, o których pisałam w poprzednim poście).

Malowanie światłem - artykuł z okazji 224 rocznicy urodzin Louisa Daguerre'a

Malowanie światłem.

Zdjęcia. Dzisiaj najpopularniejsze są te z .jpg w rozszerzeniu. Triumfy święci fotografia cyfrowa, łatwa w obróbce, powielaniu i przesyłaniu. Do niedawna szczytem technologii były aparaty na kliszę. Ale jak fotografowali się nasi dziadkowie, pradziadkowie? Jaka jest różnica między dagerotypem a ambrotypem? Historia fotografii liczy sobie ponad 170 lat niezwykłych zwrotów akcji. Jednak nic nie bierze się z próżni; fotografia powstała na bazie starszego wynalazku, którym była camera obscura.


Camera obscura – i co dalej?
Działanie camery obscura (łac. ciemna komnata) znano już w starożytności, a jej zasady opisywał Euklides. Początkowo – jak nazwa wskazuje – był to ciemny pokój z niewielkim otworem, służącym do obserwacji ciał niebieskich, na przykład zaćmienia słońca. W dziesiątym wieku używali jej namiętnie Arabowie, wielkim zwolennikiem wynalazku był sam da Vinci. Podlegała ciągłym udoskonaleniom i tak z czasem zmieniała zastosowanie oraz zmniejszała swój rozmiar. I tak w czasach renesansu była już nie większym od stołu drewnianym pudłem z czymś w rodzaju prymitywnego obiektywu w miejscu otworka. Od osiemnastego wieku używana przez wielu malarzy, którzy odkryli potencjał artystyczny wynalazku. Uważa się powszechnie, że camerę rozsławił holender żyjący w siedemnastym wieku Jan Vermeer van Delft, który później użyczył nazwiska aparatowi otworkowemu opartemu na tej samej zasadzie, co camera obscura. (Aparat otworkowy od „zwykłych” aparatów różni się brakiem obiektywu, w miejscu którego zamontowana jest czarna płytka z maleńką dziurką, którą odsłania się ręcznie w czasie fotografowania.)
Jak zatrzymać widziany obraz? Z pomocą optyce przyszła chemia. Pionierem w dziedzinie fotografii był mało dziś znany Joseph Nicéphore Niépce, francuski badacz, urodzony w 1765 roku. Początkowo interesował się litografią oraz drukarstwem. Pragnął zamienić ciężki kamień litograficzny na lżejsze medium, co zawiodło go do eksperymentów między innymi z chlorkiem srebra. W roku 1814 odkrył, że metalowa płytka poddawana działaniu pewnych substancji chemicznych, wystawiana na ekspozycję światła daje obraz, niestety obraz nietrwały. Nowa technika zyskała nazwę heliografia, co w wolnym tłumaczeniu znaczy rysowanie słońcem. Miała ona jeszcze jedną poważną wadę – naświetlanie trwało od ośmiu do dwunastu godzin. W liście do brata, Claude'a wspomina Niépce o fotografii wykonanej już w 1816 roku, przedstawiającej nakryty stół w ogrodzie. Najstarsza zachowana fotografia pochodzi jednak z 1826 roku, przedstawia widok z okna w Le Gras.



Piękno i nieśmiertelność.
W tym czasie Louis Mande Daguerre, malarz i dekorator teatralny, w domowym zaciszu eksperymentował w poszukiwaniu materiału światłoczułego, mającego zastąpić płótna malarskie.
W 1827 roku za sprawa optyka Vincenta Chevaliera Daguerre poznał Niépce'a, a dwa lata później założyli oni spółkę. Niestety współpraca obu panów nie trwała długo - cztery lata później liczący blisko siedemdziesiąt lat Niépce zmarł. Daguerre z powodzeniem kontynuował pracę. Gdyby nie przypadek, słowo fotografia kojarzyłoby się nam z niewyraźnymi plamami światła. Pani Daguerre robiąc porządek w szafce z chemikaliami stłukła słoik z rtęcią, zalewając naświetlone srebrne płytki. Nazajutrz okazało się, że odbitki są znacznie wyraźniejsze i trwalsze. W 1839 roku na forum Francuskiej Akademii Nauk fizyk François Arago ogłosił narodziny fotografii, która został nazwana dagerotypią.
Dagerotypia miała jednak wiele wad. Była to metoda dosyć kosztowna oraz skomplikowana. Otrzymywany dzięki obróbce obraz nie dawał się kopiować i był niewygodny w odbiorze – odbitka oglądana pod odpowiednim kątem stanowiła pozytyw, pod innym zaś – negatyw. Walorem decydującym o popularności dagerotypów niewątpliwie była niezwykła szczegółowość fotografii, porównywalna z dzisiejszymi zdjęciami cyfrowymi wysokiej rozdzielczości.
Sukces jednak ma wielu ojców; w tym samym czasie na Wyspach Brytyjskich nad nową techniką pracował William Fox Talbot. Talbot wykorzystywał papier negatywowy, z którego można było otrzymać stykowy pozytyw. Co ciekawe, obraz można było powielać niezliczoną ilość razy, niestety nie był tak wyraźny jak dagerotyp. Nieoczekiwanie zostało to poczytane jako korzyść; artyści mieli większy wkład w manipulowanie negatywem, a obraz stawał się bardziej malarski.
Dagetotypia oraz talbotypia, nazywana również kalotypią (gr. kalos – piękny) nie były jedynymi opatentowanymi sposobami utrwalania obrazu; w roku 1851 Frederick Scott Archer wynalazł technikę Wet Plate, mokrego kolodionu (rodzaj emulsji), nazwana później ambrotypią. Co ciekawe, technika ta ma swoich zwolenników do dziś (w Toruniu istnieje atelier fotograficzne, w którym można sobie zrobić ambrotypiowy portret lub zdjęcie ślubne). W Stanach Zjednoczonych w roku 1856 ferrotypię opatentował Hamilton Smith.
Właśnie kalotypia oraz ambrotypia (gr. ambrotos – nieśmiertelny) zyskały największe powodzenie. Tak zwane cartes des visites, zdjęcia przypominające dzisiejsze pocztówki, popularnie zwane wizytówkami, wykonane technika kolodinową portrety kosztowały jedną ósmą ceny dagerotypu. Zaczęto się fotografować na masową skalę, czemu sprzyjały wyrastające jak grzyby po deszczu zakłady fotograficzne.
Większość artystów uważała jednak fotografię za rzecz wulgarną, bezduszną. Do rangi sztuki podniósł ją Gaspard-Félix Tournachon, używający pseudonimu Nadar. Związany z francuską bohemą, otworzył w latach pięćdziesiątych XIX własne studio fotograficzne. Portrety Nadara, nazywanego Tycjanem fotografii, cechowała malarskość oraz prostota. W odróżnieniu od fotografii studyjnej nie używał dekoracji chcąc wydobyć z modela jego osobowość. A pozowały mu takie ówczesne sławy jak Liszt, Baudelaire, Berlioz, Rossini, Offenbach, Bernhardt, a także malarze tacy jak Manet, Courbet, Delacroix i wielu innych. Zawdzięczamy mu również pierwszą na świecie fotografię z lotu ptaka, a dokładnie fotografię wykonaną w czasie lotu balonem.

I ty możesz się sfotografować!
Fotografia stała się bardzo popularnym medium. Fotografowano nawet ulubione psy. Największą popularnością wśród wyższych warstw społecznych cieszyły się fotografie ręcznie barwione. W czasach wiktoriańskich kobiety nosiły złotą biżuterię we włosach, zawierającą portret ukochanej osoby. Pod koniec dziewiętnastego wieku upowszechniły się tak zwane fotografie post mortem. Nie wszystkich rzecz jasna było stać na fotografie, a niektórzy po prosty nie zdążyli się sfotografować. Fotografia zwana portretem pamięci lub memento mori, ukazywała niedawno zmarłego. Przeważnie fotografowane były w ten sposób niemowlęta lub starsze dzieci upozowane na śpiące. Z dzisiejszej perspektywy pomysł wydaje się dość koszmarny – jedno ze zdjęć przedstawia mniej więcej dziesięcioletnią dziewczynkę; w pozycji stojącej podtrzymuje ją specjalna metalowa rama. Jej oczy są szeroko otwarte. A dłonie ma złożone na fotelach siedzących tuż przy niej rodziców.
Również sama oprawa fotografii zasługują na uwagę – początkowo proste passepartout zastąpiono welurem, bądź pozłacanymi (lub miedzianymi) zdobionymi ramami. Nierzadko przybierały również formę książeczek, składających się z wielu warstw (miedziana rama, szybka, miedziane passepartout, dagerotyp, welurowa okładzina na tekturze, zamykana okładka).
Od czasów Daguerre'a sporo wody w rzece upłynęło. Aparaty stały się prostsze w obsłudze, fotografie zmieniły formę z papierowej na cyfrową. Jednak jest coś sentymentalnego w ludzkiej naturze, skoro nadal pasjonuje nas sepiowy kartonik, miedziana płytka.

Nim zapadnie noc - Michael Cunningham

„Nim zapadnie noc” Michaela Cunninghama, jest powieścią na wskroś nowojorską. Rebecca i Peter, niemłode małżeństwo, oboje po czterdziestce. Jak na zamożnych (i modnych) nowojorczyków przystało mieszkają w lofcie; Peter prowadzi drugorzędną galerię, Rebecca jest redaktorką w magazynie poświęconym sztuce. Przyjęcia w niezmiennym gronie, dyskusje przy kieliszku wina, potem rutynowy seks, co niedziela telefon do dorosłej córki... Jednym słowem stagnacja.
Ale jak w „Wujaszku Wani” stagnacja crescendo zmienia się w dramat; i jak u Czechowa głównym powodem jest wizyta. U Harrisów zatrzymuje się Ethan, młodszy brat Rebecki. Myłek, jak oboje nazywają Ethana, narkoman, buntownik bez powodu, przypomina do złudzenia Peterowi starszego ubóstwianego starszego brata, który zmarł prawdopodobnie na AIDS. Mężczyzna jest pod erotycznym urokiem młodzieńca, co prowadzi do tragicznego finału.
Powieść czyta się bardzo dobrze. Wciąga, ale nie od razu; najpierw trzeba zaakceptować konwencję strumienia świadomości, do której nawiązuje styl. Peter, jak na nowojorskiego intelektualistę przystało (właściwie, mogę powiedzieć, że raczej wypada mu być intelektualistą) filtruje fakty przez pryzmat kiedyś tam przeczytanego Fitzgeralda (myli i dopowiada sobie wydarzenia), Manna (którego raczej oglądał, ponieważ nawiązuje do „Śmierci w Wenecji”, który to film jest ekranizacją „Tonio Krogera”); dzięki takim „cudom niepamięci” Peter jest człowiekiem z krwi i kości, dobrze napisanym, nieomalże żyjącym. Fabuła jest prosta, ale uważam to za wielką zaletę książki. Końcówka na swój sposób zaskakuję, bo o ile mogę trochę zaspoilerować - grom uderza z innej strony, niż było go słychać.
„Nim zapadnie noc”, to książka dla ludzi dojrzałych, lubiących czytać, szczególnie Woolf, spod której wpływu Cunningham nie może się - tak sądzę - uwolnić. Może się okazać trudna w odbiorze, ale tym bardziej jest godna polecenia.
Z ciekawostek chciałabym dodać, że jako Myłka wyobrażałam sobie Hugh Dancy'ego, może o dekadę młodszego (któż z czytelników nie „obsadza” książki aktorami?), jakież było moje zdziwienie, kiedy na stronie z podziękowaniami zobaczyłam widniejące nazwisko aktora (wraz z małżonką, Claire Danes). Może przez chwilę trafiłam do umysłu autora nieco głębiej?
Polecam!

Filmowo, książkowo i filutkowo (XII)

W ramach nadrabiania zaległości kinowych obejrzałam polecany Drive. Przyznam, że niestety rozczarowałam się bardzo. Może trochę za bardzo sobie wyobrażałam jak zakochuję się w tym filmie, bo wszystko wskazywało na to, że się zakocham, a tu taki klops! Muzyka i nocne ujęcia były na prawdę fantastyczne i klimatyczne. Muzyczny temat przewodni bardzo przypominał Daft Punk - End of line Niestety - Ryan Gosling, którego cenię za Blue Valentine przesadził z tą kreacją milczącego everymana, do tego główna rola kobieca przypadła drewnianej (jak zawsze) Carey Mulligan (Nie opuszczaj mnie, jeden odcinek Doctora Who). Między bohaterami nie poczułam żadnego iskrzenia. Do tego ta krwawa jatka, fuj! Gdyby ktoś szukał na prawdę klimatycznego filmu, polecam doskonały francuski Diva z 1981 roku!
Za to na pocieszenie nastawiłam sobie z płyty Żądło. Kapitalny! Jeśli ktoś lubi filmy o Dannym Oceanie, to koniecznie misi obejrzeć Żądło. Poza tym fajnie jest sobie popatrzeć na dobre aktorstwo; Newman i Redford, ech... Z całym szacunkiem, ale Brad Pitt i George Clooney to nie to.
W zeszły piątek przypomniałam sobie Co się wydarzyło w Madison County. Świetny melodramat! Jeśli ktoś ma ochotę wypłakać pół paczki chusteczek, to polecam. Do tego moja ukochana M. Streep i C. Eastwood, którzy kolejny raz udowadniają jak wygląda znakomite aktorstwo.
Z filmów niedokończonych:
Australia. Do tej pory zaledwie kilka razy aż tak się zawiodłam na filmie, na który się napaliłam. Nastawiłam się na epicki melodramat, a po pięciu minutach miałam dość slapstikowego aktorstwa, złej fryzury Nicole, małpiej klaty Hugha, no a przede wszystkim tego cholernego spędu bydła! Jeśli miałabym ochotę obejrzeć film o spędzie bydła wybrałabym Rio Grande, lub Tajemnicę Brokeback Mountain. Po połowie przestawiłam na Dwójkę, bo jeszcze nie widziałam Wielkiego błękitu. Niestety tego też nie dokończyłam, ale nie z winy aktorstwa, bo to było niezłe, a przez moje dziecko, które dostało schiza, bo zrozumiało, że jest usypiane, a nie cierpi kłaść się spać. Trzeba będzie wypożyczyć.
Nie dokończyłam również Rozważni i romantyczni - Klub miłośników Jane Austen. Kolejna amerykańska słaba komedyjka a la Kobiety. Nie ma sensu się męczyć. Czemu więc się za to wzięłam? Chyba pomyliłam ten film z jakimś innym...
Oczywiście zobaczyłam część Siedmiu lat w Tybecie. Mogę to oglądać co pół roku i mnie nie nudzi. Doskonały film!
Książkowo: kupiłam trzeci tom 1q84. Hurra! Do przeczytania na już mam chyba z dziesięć książek, ale listopad nieźle się zaczął, bo w nocy z 1 na 2-go przeczytałam Śniadanie u Tiffany'ego. Niezła książka, ale... film urzekał subtelnością, książka jest nieco bardziej dosadna. Postanowiłam w przyszłym roku przeczytać ile się da Capote'ego, bo mama ma, więc z pożyczeniem problemu nie będzie. Teraz czytam tego nowego Cunninghama, którego zaczęłam drugi raz. Coś mam z oczami i wyglądam jakbym całe noce spawała;)

"Sztuka nie jest ucieczką od życia...

Jest na odwrót. (...) Stanowi główny wyraz życia. Artysta to nie jegomość, który wymachuje sztucznym niebem ponad oczyma publiczności. To robi ksiądz. Artysta poświadcza z pełni swego życia, tworzy."*
* James Joyce Stefan Bohater
Do napisania dzisiejszego posta natchnęła mnie recenzja na innym blogu. Dotyczyła polskiej autorki. W szczegóły wchodzić nie będę.
W czym rzecz: kochane panie pisarki - może zaczęłybyście pisać o tym, co znacie, co was dotyczy? Ile jeszcze porzuconych kobiet znajdzie pracę marzeń w wydawnictwie i osiedli się w uroczysku/siedlisku/rozlewisku, etc? Jakie są szanse, ale tak szczerze, z ręką na sercu, jakie są szanse, aby zwyczajna kobieta, którą porzuci mąż, która sama wychowuje dziecko, znalazła taką pracę? Czy kobiece magazyny na prawdę zatrudniają każdego? Czy w każdym widzą coś, czego nie widzą inni rekrutujący? No i z tych mazurskich głuszy jakoś łatwo i bezboleśnie owe bohaterki docierają do pracy. Czy nie można napisać takiej polskiej Mildred Pierce? A pamiętacie Kobietę z prowincji Siemieńskiego? Nawet Komediantka łatwo nie miała! Skąd zatem ciągle i ciągle i do znudzenia powtarzana kalka?
Nie czepiam się, broń Boże, konkretnej pozycji. Tylko, zlitujcie się, ileż można?

Saga rodu Forsyte'ów


Trafiłam na serial z 2002 roku. Akurat leci w jednym z kobiecych kanałów w kablówce. A że to był któryś z kolei odcinek, postanowiłam nadrobić lekturę w sposób dla mnie oczywisty - przeczytać aż do momentu, na który trafiła.
Niestety, język mnie znudził. Ok. może jeszcze sięgnę kieeeedyś, kieeeedyś. Ale na dziś mam dość. Raz jeszcze krąg zamożnego mieszczaństwa. Ile można - może nieźle się tym zabija czas w telewizji, ale po Buddenbrookach ciężko trafić na coś równie dobrego. Postacie wydawały mi się do przesady wyniosłe. Zdania długie i zawiłe - nie, żebym nie rozumiała tak skonstruowanych zdań, ale z perspektywy czasu wydają mi się niemodne, anachroniczne, męczące i zbyt skupione na detalach.
Jeśli chodzi o serial - jestem po dwóch odcinkach i przyznam, że ma zadatki na dynastię. Ale dawno nie oglądałam serialu/filmu kostiumowego, więc przetrzymam te kilkanaście odcinków.
Czy do książki wrócę? Szczerze wątpię. Przynajmniej nie w tej dziesięciolatce...

P. S. Kocham Cię - Cecelia Ahern

 Jedyna, absolutna, wyjątkowa - taka dla Holly była miłość do męża, Gerry'ego. P. S. Kocham Cię Cecelii Ahern to książka smutna, czasami zabawna, ale w każdym zdaniu prawdziwa.
Holly Kennedy jest trzydziestolatką, która właśnie straciła ukochanego męża. Nie umie odnaleźć się w świecie bez niego. „Jej mąż zmarł, kiedy oboje byli jeszcze w sobie bardzo zakochani, i nie potrafiła, ot tak, odkochać się tylko dlatego, że już go nie było.” Po miesiącu od pogrzebu Holly otrzymuje pakiecik, który zawiera listy od Gerry'ego, po jednym na każdy nadchodzący miesiąc do końca roku.
Oglądałam film na podstawie książki, powiem, że gdyby nie on, nie sięgnęłabym po powieść. Niestety jakiż był mój zawód, kiedy się okazało, że zostałam oszukana... przez hollywoodzkich scenarzystów! Oprócz sytuacji, w której znalazła się bohaterka oraz imion, książka i film nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego! Dostajemy niezły kawał literatury obyczajowej; bliżej Ahern do Roddy'ego Doyle'a niż do Helen Fielding. Co prawda Irlandia Ahern to zupełnie inna Irlandia niż Doyle'a, znacznie zamożniejsza, europejska, ale podstawą nadal jest rodzina. Duża, kochająca się rodzina. Nawet najmłodszy Kennedy do złudzenia przypomina najmłodszego doyle'owskiego Rabbita. Film był bardzo romantyczny, a po przeczytaniu książki mam wrażenie, że można by nakręcić kawałek z nurtu społecznego a la wczesny Mike Leigh.
Język powieści jest prosty; ale mam wrażenie, że tłumaczka i edytor odwalili pracę na kolanie (literówki, caps lock, zdania bez sensu, powtarzania wyrazów, kiedy można spokojnie sięgnąć po synonim).
Niemniej jednak jestem bardzo zadowolona z książki, którą czytałam z przyjemnością. Oczywiście przy końcu płakałam jak bóbr.
Gdyby ktoś miał ochotę kontynuować „wdowią” literaturę, proponuję Szaleństwo z konieczności Jenn Crowell oraz sztukę Ellen Simon Księżyc i Valentino.

Pokój z Widokiem - Edward Morgan Forster

Wydana w 1908 roku ciepła i pełna humoru opowieść o miłości dwojga młodych ludzi, zarazem ironiczne spojrzenie na rodzący się ruch turystyczny, który nastał na początku ubiegłego wieku. Modne wówczas stało się zwiedzanie kontynentu - koniecznie z przewodnikiem Baedekera w ręku - (Anglicy i Amerykanie zwiedzali pozostałości świata antycznego, Niemcy jeździli do wód, a Polacy mieli swoje nowo odkryte Zakopane) oraz wycieczki rowerowe. O turystach pisywał między innymi Henry James, jednak w żadnym z jego opowiadań nie ma tyle humoru i żywiołowości. W tym czasie również Jerome pisze swoich przezabawnych Trzech panów.
Fabuła przedstawia się następująco: początek XX wieku, Lucy Honeychurch wraz z ciotką podróżują po Florencji. Jak większość turystów tamtego okresu, zatrzymują się w pensjonacie, gdzie zawiązują znajomość z nieco ekscentrycznymi panami Emerson, ojcem i synem. Na skutek pewnego wypadku (sic!) Lucy i Georg Emerson zakochują się w sobie bez pamięci. Ale Lucy ma narzeczonego. Chociaż „dla czytelnika jest dość oczywiste, że Lucy kocha młodego Emersona”, sama przed sobą nie umie tego przyznać, z czego wynikną same kłopoty.
Lucy ma jednak aspiracje działać przeciw konwenansom i oczekiwaniom wobec kobiet epoki edwardiańskiej. Co prawda miały one większe prawa (choć Forster podkpiwa z sufrażystek) niż kobiety wiktoriańskie, to do wyboru miały małżeństwo i podporządkowanie mężowi (choć już mogło się mówić o małżeństwach z miłości), bądź zdziwaczenie w staropanieństwie.
Druga część opowieść przenosi nas do rodzinnej miejscowości panny Honeychurch. Towarzystwo pozostaje to samo, ale sceneria zmienia się na sielską an(g)ielską wieś z jej małymi przytulnymi cottages i popołudniowymi herbatkami. Tu ujawnia się kontrast między bezpretensjonalnym ale skrytym romantykiem, George'em oraz „oficjalnym” narzeczonym Lucy - Cecilem, pozerem, malkontentem i snobem.
Subtelny angielski humor ocierający się gdzieniegdzie lekko o farsę, sensu stricte farsą nie będąc, klimatem przypomina shakespeare'owskie Wiele hałasu o nic.
Trudno uwierzyć, że książka ma ponad sto temu. Napisana jest specyficznym językiem wczesnego modernizmu (Virginia Woolf przyjaźniła się z autorem zachęcając go do pisania), przez co nie każdy może przez nią przebrnąć. Ale jeśli tylko skusicie się podążać tropem romantycznej miłości i wartkich dialogów, na pewno będziecie zadowoleni z lektury (szczególnie emocjonujący jest rozdział XV Dramat domowy - gryzłam kołdrę z nerwów!)
Na pewno sięgnę po Domostwo Pani Wilcox (Howards End) i inne książki tego autora. Mam ochotę również odświeżyć sobie filmy Jamesa Ivory'ego na podstawie prozy Forstera.
Polecam!

Kafka w Rey Banach, czyli Haruki Murakami, mój ulubiony postmodernista...

W roku 1933 Breton i Eluard w piśmie surrealistów Minotaur opublikowali ankietę składającą się z zaledwie dwu pytań.

1. Jakie było spotkanie kapitalne w pani/pana życiu?
2. Do jakiego stopnia spotkanie to wywarło lub wywiera na pani/panu jeszcze wrażenie czegoś przypadkowego, czegoś koniecznego?

Każdy z bohaterów prozy Murakamiego mógłby wziąć udział w takiej ankiecie, udzielając szalenie intrygujących odpowiedzi. Moją pierwszą książką M. była sztandarowa dla tego autora Kronika ptaka nakręcacza. Bohater, zwykły zjadacz chleba, żyjący sobie anonimowo gdzieś w jednej z wielkich japońskich aglomeracji, traci kota. Z kotami już tak jest, że chodzą własnymi ścieżkami. Ale potem odchodzi żona. Nie, nie odchodzi; ona jest stracona... Przez pierwsze sto stron powieść nabiera rozpędu jak śnieżna kula, biorąc rozpęd, by ostatecznie rzucić się na czytelnika i wciągnąć go w ten ni to realny, ni to surrealistyczny świat.
Bohater większości powieści Murakamiego to everymen, poukładany, umiejący (i lubiący) sprzątać i gotować, ubrany niezbyt przesadnie, ale markowo, przeważnie bez pracy, albo pracujący w wolnym zawodzie. To samo tyczy się kobiet. Ciężko lubić czy nie lubić jego postaci; raczej można się z nimi utożsamiać (są bardzo ludzkie, dobrze nakreślone). Zawsze obecna jest muzyka klasyczna, i to w wysmakowanej formie. Nastolatki w jego książkach mają własne zdanie i dziwnym zrządzeniem nie chodzą do szkoły. Koty gadają (Kafka nad morzem), hotele znikają, pojawiają się podejrzani profesorowie (Koniec świata i Hard Boiled Wonderland), lub dodatkowy księżyc (1Q84), a punktem wyjścia jest egzystencjalna pustka. Mówię egzystencjalna, bo mam na myśli raczej nagły brak, taki jak zniknięcie kota, żony, dziewczyny (Tańcz, tańcz, tańcz)
A całość polana jest turpistycznym sosem rodem z Topora - makabryczny opis obdzierania ze skóry żołnierza w czasie II wojny światowej, zjadanie kocich serc, by posiąść ich duszę i zrobić z nich flet, etc.
W jednym z wywiadów Murakami tak mówi o swoim pisarstwie:
Mówię o sobie, bo siebie znam. Wiem tylko, że w kolejnych książkach zanurzałem się coraz bardziej we własną psychikę. Aby poznać się lepiej, schodzę coraz niżej i niżej na dno studni. W sensie przenośnym, oczywiście. Lubię też obalać mury, pokonywać je. Zajrzeć na drugą stronę i trochę powęszyć. A potem wracam. Na tym polega pisanie powieści. Poszukiwanie ciemnych stron własnego ja, rzeczy, których o sobie nie wiemy. Jeśli ktoś potrafi przekraczać te granice, może wzbudzić zainteresowanie mieszkańców Afryki albo Azji. Ale to wymaga odwagi i pokonania muru, granicy, wobec której czujesz się samotny i bezbronny. Gdy już znajdziesz się po drugiej stronie, możesz być innym człowiekiem. Bardziej wolnym. Staram się, by w moich powieściach nie zabrakło takich doświadczeń.
Być może stąd w każdej powieści autor zdrowo popuszcza wodze fantazji aż do granicy snu, nie popadając przy tym w śmieszność.
Do tej pory przeczytałam (pożarłam!!!):



Thomas Hardy - Z dala od zgiełku tłumu

 
       1874 roku w Wielkiej Brytanii zaczęła ukazywać się w odcinkach powieść Z dala od zgiełku tłumu Thomasa Hardy'ego. W Polsce doczekaliśmy się jej po nieomalże stu latach w 1957 w tłumaczeniu Róży Czekańskiej-Heymanowej. Jak dotąd jest to jedyne wydanie, bardzo trudno dostępne i wycofywane z bibliotek.
Farmer Gabriel Oak zakochuje się w przyjezdnej młodej kobiecie, Betsabire Everdene. Ona jednak odrzuca oświadczyny Gabriela i znika z jego życia. Na Oaka spada nagły cios - za sprawą psa o nieutemperowanym charakterze ginie całe stado owiec. Farmer musi się najmować jako parobek, by zarobić na utrzymanie. Pewnego dnia przypadkowo trafia do dużego folwarku, gdzie panią jest Betsabie. Czy wolno mu kochać ją nadal? Jak potoczą się losy ich miłości? Czy Betsaba wybierze Boldwooda, dżentelmena z sąsiedztwa, czy bon vivanta sierżanta Troya? A może żadnego (w powieściach tego autora kobiety często są niezależne i nieraz dają temu wyraz)? U Hardy'ego nic nie jest proste, a najmniej losy bohaterów. Autor - jak w prawie każdej swej powieści - kreuje świat złamanych serc i zawiedzionych nadziei. Dostajemy pięknie napisany kameralny dramat wpasowany w dziewiętnastowieczną angielską wieś; opisy samotnych wrzosowisk, humorystyczny nieraz przekrój wiejskiego społeczeństwa, strzyżenie owiec, emancypacja Betsaby (zwolniła ekonoma i sama jeździ na giełdę zbożową!) są tłem do ukazania odwiecznych rozterek serca, pomyłek brzemiennych w skutki, oraz złośliwości losu.
Jak większość klasycznej literatury, tak i Z dala... doczekało się ekranizacji. W 1967 do brytyjskich kin trafił zgrabnie zrealizowany film Schlezingera z Julie Christie w roli Betsaby i Alanem Batesem w roli Oaka.
Z dala... była drugą książką Hardy'go, po którą sięgnęłam. Pierwszą była Powrót na wrzosowisko, w której z perspektywy Diggory'ego Vane'a, czerwonego jak diabeł sprzedawcy farby, poznajemy mieszkańców Egdonu. Samotne wietrzne wrzosowiska potęgują tęsknoty bohaterów, doprowadzając do tragicznego finału. Pamiętam jak dostałam niezły ochrzan od świętej pamięci doktora W., kiedy podczytywałam Hardy'ego na ćwiczeniach z logiki - ale było warto! Proza Hardy'ego wciąga; piękny język, wspaniale konstruowane zdania oraz fascynująca fabuła to atuty nie do odrzucenia.
Na swoim koncie mam również Burmistrza Casterbridge, Pierwszą hrabinę Wessex (w tomie jest również opowiadanie W pewnym miasteczku, które od Hrabiny jest o niebo lepsze), Pod drzewem, pod zielonym, a także wybór wierszy. Naturalnie sięgnęłam również po smutną, bezbronną Tessę d'Urberville, oraz po Judę nieznanego. Nie dziwię się krytykom, kiedy blisko wiek temu opisywali Judę słowami kontrowersyjny, szokujący; jest to najtragiczniejsza z powieści Hardy'ego. Bohater na początku przepełniony odwagą, dobrymi chęciami i nadzieją, na kolejnych kartach książki musi się zmagać z przeciwnościami losu, przepisami, ostracyzmem, a także z osobistą tragedią (po latach od przeczytania dalej jestem w szoku - celowo nie zdradzam szczegółów).
Hardy zaczął karierę prozatorską (abstrahuję w tej chwili od poezji, którą sam określał jako właściwą dziedzinę swojej twórczości* od sielanek, wśród których można by wymienić choćby Pod drzewem, pod zielonym, by coraz bardziej odchodzić od tej formy w stronę naturalizmu. 


* Zygmunt Kubiak we wstępie do Wyboru Wierszy, PIW, Warszawa 1989

Lepiej? Lepiej już było.

Tak, czytam gazety codzienne*. I o czym czytam w tych gazetach? A no o tym, że mamy kryzys. To wiem. Ale prawdę mówiąc moją małą mózgownicą nie ogarniałam jego skali. Producenci wód mineralnych narzekają na spadek zainteresowania wodami, bo lato było chłodne, branża reklamowa nie obłowi się na wyborach, bo partie na kampanię mają tylko 70 mln, a poprzednio miały 122 mln złotych, stopa bezrobocia wynosi 11,7 proc., a w przyszłym roku może dojść do 13 proc., co oznacza, że 200 tyś osób straci pracę, w przemyśle spada zatrudnienie, co więcej - są zwolnienia i przestoje (Opel w Gliwicach wstrzymuje produkcje na trzy kolejne piątki września, a to może nie być koniec), a w Gdańsku przeciwko podwyżkom czynszów w lokalach komunalnych (średnio o 100 %) zorganizowano Marsz Pustych Garnków.
Jedyną dobrą (w miarę dobrą) informacją może być to, że przez zmiany w programie Rodzina na swoim w największych miastach szykuje się obniżka cen mieszkań - rządowy program według specjalistów strasznie zawyżał ceny mieszkań, których ceny są mocno przeszacowane.
Ale najbardziej dobił mnie artykuł z Magazynu Gazety Prawnej z 26-28 sierpnia.
Już sam tytuł Młodzi rzuceni rynkom finansowym na pożarcie brzmi przerażająco. Redaktor Bielecki pisze o całym pokoleniu młodych Europejczyków, którzy bez widoków na stałą pracę, bez szans na kupno mieszkania i założenia rodziny są pierwszym pokoleniem po II wojnie światowej, które będzie żyło znacznie gorzej niż ich rodzice. (...) Dla wielu młodych ludzi warunki pracy będą coraz bardziej przypominały te, jakie panowały w Europie przed wojną: brak ograniczeń w długości świadczenia pracy, wymóg dyspozycyjności w święta i na nocną zmianę, ograniczone do minimum urlopy, a nawet wątpliwość co do bezpieczeństwa i higieny pracy. (...) Czasy, w których ostatni raz pracowano w takich warunkach, sięgają lat 20. XX, jeszcze przed wprowadzeniem pierwszych zabezpieczeń socjalnych, a czasem nawet epoki kanclerza Bismarcka, który w 1880 r. ustanowił płatne urlopy. (...) Bielecki pisze dalej o załamaniu demograficznym i gospodarczym, spowodowanym coraz częstym odkładaniem decyzji o usamodzielnieniu się: Kupno mieszkania i wyposażenia to jedno z najważniejszych kół zamachowych gospodarki. Daje pracę milionom. (...) Dwudziestolatków nie stać na założenie rodziny. Przeciętny wiek urodzenia pierwszego dziecka to już 31 lat i stale rośnie. Europejki rodzą także bardzo mało dzieci: wskaźnik dzietności spadł do 1,56.** Przyjmując moje cv sekretarka powiedziała bez ogródek, że mam doświadczenie w śmieciowych pracach. Chyba słuszna część mojego pokolenia nawet jeśli jest dobrze wykształcona ma problem ze znalezieniem czegoś porządnego. W artykule Bielecki podaje międzynarodowe przykłady: CNN w ubiegłym tygodniu opisało przypadek Brittney Winters, absolwentki studiów ekonomicznych na prestiżowym Uniwersytecie Princeton, która po dwóch latach szukania pracy w zawodzie dała za wygraną i zatrudniła się w wypożyczalni filmów. Włoski dziennik „La Republicca” opisuje typowy przypadek 27-letniej absolwentki ekonomii na uniwersytecie w Mediolanie Benedetty Iacchia. Po ukończeniu studiów udało jej się zdobyć trzy praktyki; dwie bezpłatne i jedną za 270 euro miesięcznie. O stałym zatrudnieniu przestała marzyć. Matka Benedetty, 57-letnia Patrizia Pieri, nigdy nie musiała pukać do dziesiątek firm w poszukiwaniu zatrudnienia. Po ukończeniu nauki zdobyła stałą pracę w dziale księgowości jednej z wielkich włoskich korporacji. I po blisko 40 latach wciąż się z niej utrzymuje.


* Wszystkie informacje pochodzą z Dziennika Gazety Prawnej oraz Rzeczpospolitej z ostatnich dni.
** Dane Eurostatu - za autorem artykułu.

I że Cię nie opuszczę - Elizabeth Gilbert

"Kiedy ponownie postawiłam to pytanie, inna z moich niezamężnych przyjaciółek odpowiedziała: Dla mnie chęć wyjścia za mąż wyraża pragnienie, by czuć się tą w y b r a n ą. Dalej pisała, że choć sama idea budowania wspólnego życia z inną osobą jest nęcąca, to tak naprawdę jej serce wypełnione jest pragnieniem przeżycia ceremonii ślubnej, publicznej uroczystości, która jednoznacznie udowodni wszystkim, szczególnie zaś mnie samej, że jestem osobą na tyle cenną, by ktoś mógł mnie sobie wybrać na zawsze."

Dom nad jeziorem

Niedawno w telewizji była powtórka bardzo miłego filmu Dom nad jeziorem. Cichym bohaterem, który trochę przyćmiewa grę Sandry Bullok i Keanu Reevesa jest wspaniały tytułowy dom. W filmie architektem, który zbudował ów dom był Simon Wyler (Christopher Plummer), o ile się nie mylę i dobrze zapamiętałam określany jako krzyżówka Le Courbusiera i Lloyda Wrighta.
Dom na prawdę jest przepiękny, ale niestety - został zbudowany tylko do potrzeb filmu, a zaraz potem rozebrany. Szkoda...
Ale kim byli architekci, o których mowa w filmie?
Frank Lloyd Wright czerpał natchnienie z natury, pragnął totalnej symbiozy architektury z naturą, czego najlepszym przykładem jest jego najbardziej znany projekt Dom nad wodospadem:


Le Corbusier jest najbardziej znanym europejskim architektem XX-go wieku; sformułował pięć postulatów nowoczesnej architektury, z których korzysta się do dziś; konstrukcja słupowa, poziome okna, płaskie dachy i tarasy na dachach, wolny plan, wolna elewacja.

Znalazłam świetny i zwięzły artykuł o architekturze XX-go wieku:TU.


Perełki architektury modernistycznej można znaleźć nie tylko w Paryżu, czy Nowym Jorku. W Gliwicach przy ulicy Zwycięstwa (główna ulica miasta) stoi zaprojektowany przez Ericha Mendelsohna w 1921 roku Dom Tekstylny Weichmanna (dziś to chyba bank, a nieco dawniej księgarnia).

XII Jarmark Średniowieczny w Chudowie

Byliśmy wczoraj całą rodziną na jarmarku, na który jeździmy co roku:
Tu możecie poczytać o imprezie. A teraz trochę zdjęć:
Jeszcze raz chciałam Wam podziękować za miłe i mobilizujące komentarze i maile. Muszę trochę ochłonąć, poczekać i pomyśleć; na dwa miesiące odłożyłam robótkę, bo nie umiałam zrobić dołu - po tych dwu miesiącach poszła od razu. Musi gdzieś być miejsce dla mnie.
Filmowo - akurat bardzo dołująco - doskonały film Śmierć komiwojażera. Jakbym oglądała przedstawienie na Broadwayu.
Dzisiaj trochę podłubię szydełkiem, pójdę z Malutkiem na spacer i wypiję dobrą kawę. I powiem trochę jak Scarlett O'Hara - dzisiaj nie będę o tym myślała, jutro o tym pomyśle...
Pozdrawiam i życzę miłego dnia - Agata

Jedz, módl się i kochaj - notatki o książce

Jedz, módl się i kochaj okazała się fantastyczną książką - część o Włoszech (jedyny minus - tłumaczka nagminnie używała słowa Italia) przeczytałam na jedno (nocne) posiedzenie (czytałam do 2;30), tak samo Indie pochłonęłam na raz. Na filmie Rzym i Bali podobały mi się najbardziej i kiedy miałam przeczytać o tym jak wylądowała w aśramie, to tylko westchnęłam, ale ten rozdział jest mądry i piękny, a film jest jedynie dowodem na to, że nie wszystkie książki powinny być ekranizowane. Wczoraj w nocy zaczęłam Indonezję, ale tak mi się błogo czytało i... obudziłam się koło pierwszej. Prawdę mówiąc obawiałam się kalki z Pod słońcem Toskanii i tym podobnych książek o rozwódkach podejmujących wyzwanie, jak dom na krańcu świata, etc. Na prawdę polecam tę książkę - przynajmniej jako doskonała letnia lektura.

- Jak się nazywasz?

- Aleksy Zorba. Nazywają mnie też "Piekarska Szufla", bo jestem długi i chudy i mam czaszkę spłaszczoną jak placek. Nazywają mnie jeszcze "Passa Tempo", ponieważ swego czasu sprzedawałem palone ziarna dyni. Mówią też o mnie "Zaraza", gdyż podobno, jak się tylko gdzieś pojawię i zacznę swoje sztuczki, wszystko schodzi na psy. Mam jeszcze inne przydomki, ale o tym kiedy indziej...*


[Nikos Kazantzakis - Grek Zorba]

C'est la vie

Wczoraj odbył się w Kamieniu festyn strażacki. Władek wyjechał z niego obładowany dwiema paczkami klocków, samochodem strażacki, popcornem i piłką dmuchaną. A ja i A. załapaliśmy się na ostatnie wjeżdżanie drabina strażacką. Baaardzo wysoko. Aż mi się nogi ugięły. Ale bardzo mi się podobało patrzeć na okolicę z tak wysoka.
Dziecko bawi się nowymi klockami na dole, pod czujnym okiem babć. Mąż leniwie przegląda portale internetowe. A ja czytam. Leżę na tapczanie i czytam zamówioną przez allegro książkę Bermondsey Boy: Memories of a Forgotten World. A że po angielsku, to idzie deczko wolniej, czasami posiłkuję się słownikiem. Czyta się to bardzo fajnie - uwielbiam wspomnienia. Na razie odstawiłam wszystkie książki z biblioteki, a mam ich... (liczę...) siedem. No, ale całe lato przede mną. (Nie! Osiem, bo jeszcze jedną mam od koleżanki.)

Filmy oglądam nadal tak chętnie, ale zrecenzuję hurtem. Cieszę się, że pomagam odkryć nowe tytuły.
Wczoraj spałam do prawie dziesiątej. Jeszcze byłam skonana po długiej podróży: w zeszły czwartek jechałam przez pół Polski na pogrzeb. Sama prowadziłam:) Powiem, że prowadziło mi się na prawdę fajnie i bezstresowo... do czasu, aż na pustym parkingu w czasie cofania władowałam w jakiś niewidzialny wózek (albo klatkę)!!! Szok. Teraz muszę sprawić nową tylną klapę do Lanosa. Ale dzielna jestem, pozbierałam się i dojechałam na miejsce. Po drodze jeszcze COŚ zrobiło się z radiem, a jak wracałam (pierwszy raz sama po ciemku i nic się nie bałam), to za rondem (do domu miałam dosłownie 500 metrów!!!), auto mi zgasło i nie chciało zapalić; myślałam, że popsułam auto, ale to TYLKO immobilizer.
Z rzeczy niefajnych jeszcze - facet od książki z allegro (ale nie od powyższej, tylko od Elity Zabójców Lee Childa) ani nie wysłał tej książki, ani nie odesłał pieniędzy, ani się nie odzywa. To nie dla mnie miało być, a dla mamy, bo ja kryminałów czytam jak na lekarstwo.
Jeszcze mam jedną zamówioną książkę, tym razem w rybnickiej Orbicie (moja ulubiona księgarnia) - odbiorę w przyszłym tygodniu przy załatwianiu NFZ (karta Władka jest "nieważna"); zamówiłam Noc i dzień Virginii Woolf. Szukałam tej książki również w G-cach i wchodzę do księgarni na Strzody i pytam, a kobieta każe mi przeliterować nazwisko WOOLF!!! Przypomniało mi się jak szukałyśmy z mamą Kwiatów Zła i sprzedawczyni spytała, czy to tego księdza. Tylko popatrzyłyśmy po sobie...
Wczoraj poszliśmy do lasu na jagody. Jagód pozbieraliśmy słownie cztery, za to malin dużo. I poziomki - takie duże, dorodne. Niestety chyba jestem ulubienicą robali, bo bez przerwy coś po mnie pełzało! Piszczałam i uciekałam - chyba następnym razem las odwiedzę w październiku:P
Dopiję tylko kawę, zrobię coś na do obiadu, a potem pojedziemy na malutką wycieczkę na lotnisko, pokazać Władkowi samoloty...

Sylvio, rzeczywiście wzór jest z prawej strony taki: dwa razem, narzut, dwa razem, narzut, itd, na lewej stronie jest jak leci, czyli same lewe. No i na prawej jak wyżej.
Lacrimo - szydełko mnie zmierziło, bo trochę z nim przeszalałam; teraz oboje odpoczywamy od siebie, by rzucić się sobie (może w sierpniu) w ramiona;)

Kolejne filmy

Dalej mam boom na filmy i oglądam jak szalona - dzisiaj oglądałam Między światami. Bardzo smutny kameralny dramat na podstawie sztuki teatralnej - jeśli widzieliście plakaty zapowiadające film to moim skromnym zdaniem zrobił je ktoś, kto nie miał zielonego pojęcia o filmie - ani słowa o taniej duchologii, żadnych stuków, innego świata - po prostu piękny smutny film, o małżeństwie nie potrafiącym poradzić sobie ze stratą dziecka.
Wczoraj oglądałam Dzień weselny Altmana. Strasznie fajny film, pełen komicznych sytuacji; jeśli ktoś oglądał takie filmy jak Gosford Park (również Altman) i Stalowe magnolie, na pewno nie będzie zawiedziony.
Agatko, jeśli chodzi o Essential Killing... szkoda czasu... Miało być oryginalnie, niszowo, miało poruszać tematyką; wyszło źle. Zaczęło się fajnie, dramatycznie, nawet sensacyjnie. A potem było coraz gorzej. spoilerScena z karmiącą kobietą w rowie, albo niemowa Segnier??? Wszędzie wódka?!koniec spoilera Reżyser, Polak, na prawdę chce bazować na takich stereotypach??? Do tego fatalna muzyka! Mojej mamie się podobało, może dlatego, że była na tym w kinie.
To było rozczarowanie, a pozytywnie zaskoczona jestem rzekomo nudnym Prawdziwym męstwem. Film może nie wybitny, ale oglądałam cały czas z zainteresowaniem. Bardzo oldschoolowy, zresztą to remake filmu Rooster Cogburn* z Johnem Wayne'em. Prawdę mówiąc spodziewałam się takiej chały jak To nie jest kraj dla starych ludzi, a dostałam porządny kawał dobrego westernu.
Od mamy pożyczyłam sobie znów kilka fajnych tytułów, więc wieczory szykują mi się zajęte;)
Muzycznie: wszystko przez tę pogodę - nie mogę ucha odlepić od zeszłorocznej, bardzo jesiennej płyty The National.
Dziękuję wszystkim za bardzo miłe komentarze:) Truskawek już nie ma, ech, ale szykuje się sezon jagódkowy:)


* film widziałam w tv, gdzie miał właśnie taki tytuł.

O książce - Czesław Miłosz*

W czasach dziwnych i wrogich żyliśmy, wspaniałych,
nad głowami naszymi pociski śpiewały
i lata nie mniej groźne od rwących szrapneli
nauczały wielkości tych, co nie widzieli
wojny. W pożarze sucho płonących tygodni
pracowaliśmy ciężko i byliśmy głodni
chleba, cudów nieziemskich zjawionych na ziemi
i często, spać nie mogąc, nagle zasmuceni
patrzyliśmy przez okna, czy nad noce sine
nie przypływają znowu stada zeppelinów,
czy nie wybucha sygnał nowy kontynentom,
i sprawdzaliśmy w lustrze, czy na czole piętno
nie wyrosło, na znak, żeśmy już skazani.
W tych czasach nie dość było zawodzić słowami
czystymi, nad patosem świata wiekuistym,
była epoka burzy, dzień apokalipsy,
państwa dawne zburzono, stolice wrzecionem
kręciły się pijane pod niebem spienionem.
Gdzież jest miejsce dla ciebie w tym wieku zamętu,
książko mądra, spokojna, stopie elementów
pogodzonych na wieki spojrzeniem artysty?
Już nam z twoich kart nigdy nie zaświeci mglisty
wieczór na cichych wodach, jak w prozie Conrada,
ani chórem Faustowskim niebo nie zagada
i czoła zapomniany dawno śpiew Hafisa
chłodem swoim nie dotknie, głów nie ukołysze,
ani Norwid surowe nam odkryje prawa
dziejów, które czerwona przesłania kurzawa.
My niespokojni, ślepi i epoce wierni,
gdzieś daleko idziemy, nad nami październik
szumi liściem, jak tamten łopotał sztandarem.
Wawrzyn jest niedostępny nam, świadomym kary,
jaką czas tym wyznacza, którzy pokochali
doczesność, ogłuszoną hałasem metali.
Więc sławę nam znaczono stworzyć - bezimienną,
jak okrzyk pożegnalny odchodzących - w ciemność.


* dziś jest setna rocznica urodzin poety.

Filmowo


Na wieczór mamy Essential Killing, bo do Bonda z Brosnanem raczej nikt mnie nie zmusi. Wczoraj oglądałam pożyczonego od mamy Samotnego mężczyznę. Film piękny, smutny, subtelny, świetnie zagrany, a muzyka Abla Korzeniowskiego po prostu wyciska łzy. W kinie byliśmy (tzn. były środy z O., więc ja się załapałam na doczepkę) na Super 8. Jak ktoś lubi filmy typu IT czy Goonies, będzie zachwycony. We czwartek oglądaliśmy The Adjustment Bureau z Mattem Damonem; gdybym wcześniej nie oglądała Nieba nad Berlinem/Mrocznego miasta/Incepcji - byłabym zachwycona, a tak jestem tylko zadowolona; film bardzo romantyczny, o co nie podejrzewałabym opowiadania Philipa K. Dicka;) Również we czwartek oglądałam Królową z Helen Mirren; nie mogłam tego nie obejrzeć (2-gi raz;)
Myślę o Nie opuszczaj mnie, bo książę znam (nie przemówiła do mnie - moim zdaniem jedna z dwu słabszych pozycji w karierze Ishiguro), ale może film będzie lepszy. No i oczywiście czekam na 2-gą część Harry'ego:) Tym razem naparłam się na 3d.


Dobre, bo śląskie :)


Od kilku dni w naszym mieście odbywa się jarmark połączony z dniami naszego miasta. Oczywiście można kupić kwas chlebowy, kolczyki, dekupaże i inne takie. Czyli jak co roku.
Tym razem - prócz drewnianego konika - kupiliśmy śląskie smakołyki: oblaty (które kupujemy dość często), a także Kopalnioki i Szkloki* Rabarbarowe. Bombony produkuje mała firma z regionu. Powiem szczerze, że sama nie wiem, czy Kopalnioki mi smakują, bo są takie anyżkowe i dziwne w smaku, ale Szkloki są super.
Oblaty to pojedyncze, okrągłe wafle o różnych smakach, pieczone na Śląsku od końca XIX wieku. Ich wypiek zarówno w piekarniach jak i wielu śląskich domach odbywał się w żeliwnej, często zdobionej grawerem formie zwanej żelozkiem albo klyszczami. Delikatny aromat wafli uzyskuje się przez smarowanie form pszczelim woskiem oraz olejami o posmaku orzechów, migdałów, a nawet zamorskich korzeni. Do pieczenia oblatów używa się wyłącznie najlepszej jakości składników, a ich wyśmienity smak i unikalny wygląd powodują, że do dzisiaj pozostają obiektem pożądania zarówno dzieci jak i dorosłych.

Te delikatne i kruche wafelki produkowane są w 7 rodzajach smakowych tj.: tradycyjne bez cukru, tradycyjne słodkie, waniliowe, cynamonowe, orzechowe, czosnkowe i cebulowe. Wszystkie smaki są produkowane bez użycia żadnych konserwantów.




Kopalniok – król śląskich bombonów z nawiązującym do węgla charakterystycznym czarnym kolorem ściśle związany jest ze Śląskiem od wielu pokoleń. Jego geneza sięga okresu przed II wojną światową. Ten śląski maszket został stworzony przez ludzi regionu dla osłody życia, trudu ciężkiej pracy i poprawy samopoczucia. Kompozycja wyciągów ziołowych z anyżu, melisy, dziurawca i mięty powstała na podstawie starej receptury. Są one bowiem nie tylko wspaniałym dodatkiem smakowym, ale mają także właściwości lecznicze. Marek Szołtysek w jednym ze swoich tekstów przypomina że “w każdym śląskim domu w biksie, krauzie, bojtliku, kastliku, tytce czy jeszcze w innym pojemniku były kopalnioki. Nazwa brała się z czarnego koloru tych cukierków, przypominających bryły węgla. Ale kopalnioki też dlatego, że już od końca XIX wieku, właściciele kopalń rozdawali te cukierki górnikom po szychcie. Robili tak dla ochrony ich zakurzonego pyłem węglowym gardła... Zatem wychodząc z kopalni, górnicy brali sobie po kilka cukierków, z myślą o sobie i czekających w domu dzieciach. I tak oto kopalnioki stały się najpopularniejszymi w dziejach naszego regionu śląskimi bombonami .”

Szkloki Rabarbarowe - to śląskie landrynki budzące wspomnienia z dzieciństwa i babcinego ogródka, w którym latem zajadaliśmy się łodygami rabarbaru z cukrem. To również wspomnienie rabarbarowych kompotów, zisty, czy niedzielnego kołocza** z kruszonką. ***

Skład obu cukierów jest naturalny - Kopalnioki to cukier, syrop glukozowy, olejek anyżowy, ekstrakt z dziurawca i melisy oraz mentol, a barwnik to węgiel roślinny. Szkloki zaś, to cukier, s.g. kwas cytrynowy, sok z rabarbaru, a jako barwnik czerwień buraczana (uf, przynajmniej nie koszenila).

W sklepach i na targu pojawił się nawet śląski makaron: Richtig Śląskie Nudle - pieroński szlagier.

* - landrynki
** - ciasto drożdżowe z serem, makiem albo innym nadzieniem, które je się na śląsku przy każdej okazji; przed weselem młoda para rozdaje sąsiadom tzw. kołocz ślubny, w zamian dostając prezenty.
*** - cytaty pochodzą ze strony http://www.oblaty.pl/, oraz z opakowania.

Projektor


Prezentowałam już chyba wszystkie starocie, prócz jednego - projektor z lat 50-tych (?)
Z tego, co wiem sprawny. Mam swój z lat 80-tych, ale taki ładny nie jest.
Zostały mi bajeczki z dzieciństwa i kiedyś chciałam dziecku kino urządzić, ale sprawdzał tylko skąd światełko idzie i czy da się tym pobawić. No, ale to było rok temu, więc może teraz będzie oglądał.




Erika Naumann i wykopki z szafy

W szafie teściów odkryłam niesamowicie piękną starą niemiecką maszynę do pisania (sprawną!!!). Oczywiście chować takie cudo to grzech, więc wyeksponowałam ją na parapecie. Teraz na prawdę mamy pokój urządzony przedwojennie; teraz tylko stary kominkowy zegar by się przydał.





I wreszcie ośmieliłam się poprosić o te cudne stareńkie żabki:



Robótkowo: zaczęłam chanelkę, którą mam nadzieję skończę jeszcze w tym roku;) na razie mam 1/3 przodu:

Nieoczekiwane propozycje wyjazdu są jak lekcje tańca udzielane przez Boga*


Pszczyna. Drugi raz wysłano mnie tam służbowo, więc postanowiłam pozwiedzać miasto i delektować się podróżą.
Śródmieście to szereg jednopiętrowych kamieniczek usianych wzdłuż ocienionych niewysokimi klonikami równych chodników. Pod względem zaniedbania - odpadające tu i ówdzie tynki - przypomina Bytom, choć jest jakby przytulniejsze i spokojniejsze. Część zewnętrzną, niby opasający centrum kołnierz, wyznaczają neogotyckie i klasycystyczne monumentalne wille oraz kamienice z wykuszami zabudowanymi spatynowanymi szybkami "ogrodów zimowych".
Kloszard dwie ławki dalej palił skręconego przez siebie papierosa. Otworzył sfatygowaną książkę i założył nogę na nogę. Kultura. Po jakimś czasie dosiadł się znajomy; od razy z gęby jak z kloaki zaczęły sączyć się wulgaryzmy. Psyknęło otwierane w puszce piwo.
Dopiłam kawę i chyba jestem dalej głodna. od rana głowa mnie ćmi (spałam jak kamień, bo wczoraj zrobiłam zbyt długą trasę rowerową). Mam w torbie tylko jabłko, które zaczęło się marszczyć.
Jabłko jadłam siedząc na ocienionej ławce na skwerze-rondzie, w którego centrum znajduje się niesłychanie brzydki pomnik, upamiętniający II wojnę światową.
Zauważyłam, że bardzo dużo tu rowerzystów. Moda? Wygoda? Niesprawna komunikacja miejska, lub miasto pozbawione górek-dołków.
Dworzec lata świetności ma oczywiście za sobą. Cegły malowane są do wysokości około 3 metrów na kolor, który chyba można zakwalifikować jako pudrowy brąz. Powyżej cegły maja kolor żółty. Starty napis Dworzec kolejowy oraz zatarty herb miasta.
Na peronie I nie ma ławek. Na peron II prowadzi kładka nadzimna. W środku dworzec jest zaniedbany, a czynna jest tylko niewielka poczekalnia. Dwie standardowe ławki, zapach ubikacji jak z pociągu, kilka plakatów zachwalących spółki kolejowe, duży rozkład jazy.
Jeszcze tak wracając do kamienic i will - czy zamieszkujący je ludzie (zauważyłam, że przeważnie ubodzy) dostrzegają piękno detali? Czy rzeźbione gzymsy spowszedniały im, a zabytkowe witraże są tylko niepotrzebnym elementem?
z głową obracającą się prawo-lewo przeszłam trzy ulice, kroczek po kroczku (w niewygodnych butach), trzymając oburącz gorącą jak piekło kawę (kawę mocną, gorzką i czarną jak nieszczęśliwa miłość) w plastikowym kubku. Zdaje się, że przechodnie uznawali to za dość ekscentryczne, ale szukałam spokojnej ławeczki w cieniu, a przy okazji zwiedzałam miasto.
Tym razem nie byłam na rynku. Kupienie taniej kawy, którą zaserwowanoby mi w trymiga w Pszczynie graniczy z cudem! W zeszłym roku na obiad czekaliśmy półtorej godziny. Powód opóźnienia miał brzmieć w zamyśle bardzo logicznie - nie jesteśmy restauracją, a pubem - ale nie brzmiał logicznie. Do Pszczyny będziemy brali jedzenie z domu.
Kobieta w przedziale ma tak samo jak ja, stopy całe w plastrach. Obie zdjęłyśmy buty moszcząc wygodnie (w miarę możliwości) bose stopy na przeciwległych siedzeniach.
Zaczynam marzyć o zimnym kompresie na głowę i obiedzie.
Po drodze mijam prawie same lasy oraz małe gospodarstwa; ktoś hoduje pszczoły, dzieci bawią się w ogrodzie, może szczęście mi dopisze i zobaczę bażanta albo sarnę?
Pociąg turkocze metalicznie. Jakby miał się zaraz rozpaść.
Słońce zajrzało mi w oczy, co zmusiło mnie, żebym się przesiadła. Kiedy się podniosłam zobaczyłam kolejną kobietę z plastrami na nogach opartych na ławce.

W domu - udar cieplny, zimne okłady, coś na zbicie temperatury, trochę snu i wróciłam do żywych.






*Kocia Kołyska Kurt Vonnegut jr

Dalziel and Pascoe

Po pierwsze - jeszcze raz: kocham angielskie seriale! Te "dziwne", jak Doctor Who, czy Life on Mars i Ashes to Ashes i in., i te "klasyczne", na podstawie powieści A. Christie, Ellis Peters (seria o bracie Cadfaelu), czy Caroline Graham (na podstawie jej powieści kręcono serię Morderstwa w Midsomer). No i czasem sięgnę do powieści, najczęściej właśnie do wyżej wspomnianych + Susanna Gregory (polecam jej serię Kroniki Matthew Bartholomew) oraz Kathy Reichs. (Jakoś dziwnie się złożyło, że wyżej wymienieni pisarze... to kobiety; być może kobiety mają lepszy zmysł do zagadek?)
Do Dalziela & Pascoe doszłam okrężną drogą - kiedyś wieczorem oglądałam bardzo romantyczny film kostiumowy na podstawie Cathrine Cookson, gdzie grał Colin Buchanan, tak jakoś jego skromna filmografia trafiła mi przed oczy i w ten sposób trafiłam na ślad serialu. Oczywiście kilka lat temu mogłam obejrzeć Taggarta (na Hallmarku), ale o DiP to raczej mogłam zapomnieć. Kilka odcinków obejrzałam za to w UK na BBC bodajże Prime. (Czy już wspominałam, że kocham seriale BBC?) Ze dwa lata temu natrafiłam na serial na BBC Entertainment w kablówce, ale niestety "nasza" kablówka już nie "prowadzi" BBC:(
Nawet nie wiedziałam, że serial jest kręcony na podstawie książek. Z Lubię czytać się dowiedziałam. Trochę sceptycznie pomyślałam, że książka może być na podstawie serialu, bo tak czasami bywa (Stowarzyszenie umarłych poetów jest niestety "spisywana z ekranu"). Czytam właśnie Morderstwo na uniwersytecie; widziałam akurat ten odcinek. Czyta się bardzo przyjemnie, bo kryminałek ma ten specyficzny lekki humor. Oczywiście nie potrafię (i raczej nie chcę) wyzbyć się aktorów; uważam że obsada jest dobrze dobrana.
Raczej będę polowała na kolejnych Hillów:)

P.S. Oglądał już ktoś Mad dogs?

Odrobina tęsknoty...


Oglądałam Gusta i guściki, bardzo dobry, inteligentny film. Potem - bo natchnęła mnie Hedda Gabler, obejrzałam z płyty Szepty i krzyki. Widziałam już ten film, ale będzie ponad 20 lat temu. W telewizji. Proszę, że ja za dzieciaka oglądałam lepsze filmy w telewizji niż teraz! I to musiało być w normalnej porze, a nie po nocy. Pamiętam jeszcze inny film Bergmana, w której jedna kobieta nic nie mówiła, a potem ta druga przyłożyła jej w twarz i ta niema zaczęła krzyczeć. Tyle pamiętam.
W poniedziałek jedynka nadała film z Winslet i Finnesem Lektor. Nie dałam rady - sen wygrał... Znając życie powtórka będzie o trzeciej. Chyba ten, kto układa ramówkę bierze pod uwagę widzów zza granicy, bo mu się z tv Polonią myli;p
Niedawno do kin z opóźnieniem (he he, raptem 50 lat!) wszedł film Tokijska opowieść. Przegapiłam oczywiście, ale liczę, że Gutek wyda box z filmami Ozu. Czemu kiedyś można było zobaczyć w tv fajne zagraniczne filmy, a teraz tylko od czasu do czasu jedynka puści jakieś Bollywood i to ma być misja!
Ok, można ściągnąć. Ale jeśli ktoś nie chce ściągać? Nie wszystko można dostać na dvd, a poza tym płaci się ten abonament i można się oszukiwać, że idzie na ukochane radio, ale co z tego? Ostatnio włączam tylko polsat - CSI NY i Kości.
Od wczoraj boli mnie głowa; dzisiaj zemdliło mnie w drodze do Biedronki i myślałam, że pohaftuję samochód. Zaczęłam golf w swetrze z Dalii, ale nie byłam go w stanie wykończyć... Jestem w stanie tylko słuchać Morrisseya. Kocham Morrisseya. Wszystkim moim zaglądającym dedykuję moja ulubioną piosnkę:


Marcello i rzeźnia numer pięć


Obejrzałam wczoraj wieczorem fantastyczna komedię Rozwód po włosku. Nastawiłam z lektorem; drutkowałam i oglądałam. Odwykłam od filmów nieanglojęzycznych a do tego czarno-białych, więc zatęskniłam do takich i chyba dzisiaj po raz setny nastawię Casablancę... Moja mama mnie kiedyś zapytała o fenomen Casablanki. Odpowiedziałam, że to ten klimat, nieszczęśliwa miłość i no wiesz... Bogart...
Nie ma już takich aktorów jak Bogart czy Mastroianni...

Rzeźnia? Wczoraj sobie zlepiłam palce kropelką; byłam w szoku, bo TYLKO na sekundkę się spotkały. Zastygły w pozie wskazującej na medytację - kciuk dotykał palca środkowego. Mąż chciał mi to a) wyszarpać, ale tak raz raz, że nie zauważę, b) rozciąć ostrym nożem. Ale poradziłam sobie o wiele łagodniejszym sposobem - przepiłowałam pilniczkiem. Oczywiście obiegłam całą rodzinę jak małe dziecko Patrzcie, skleiłam sobie palce. I nawet do mamy zadzwoniłam:)
A dzisiaj zmasakrowałam kostkę maszynką, aaaa!

O superniani, przekąskach i magicznych właściwościach herbaty

Wczoraj była taka ładna pogoda, że koleżanka i ja wpakowałyśmy dzieciaki do wózków i wio na dłuuugi fajny spacer. Dowiedziałam się, że w szkole podstawowej ma być Superniania. Oczywiście, że byłam ciekawa co i jak, więc z chęcią poszłam. Niestety chyba pokonało mnie zmieniające się ciśnienie, bo miałam początek migreny:( Wzięłam pyralgin i poszłam na nianię.
Superniania, czyli Dorota Zawadzka była poproszona przez władze miasta o wygłoszenie kilku pogadanek w rybnickich szkołach. W szkole nr 28 zgromadziło się na prawdę bardzo mało osób, dziwne. Niania najpierw opowiadała o tym, że dzieci robią i będą robiły głupoty - żeby sobie każdy przypomniał jaki był w wieku swojego dziecka. Potem omówiła swoją teorię walizki; dziecko rodzi się z walizką, do której trafiają wszystkie wypowiedzi na jego temat, że jest kochane i słodkie, ale również, że jest brzydkie i głupie - i w jakimś decydującym momencie wychodzą te walizkowe stwory.
No i mówiła, żeby uważać co się mówi przy dzieciach, bo to na prawdę ma znaczenie. Żeby dziecko traktować jak człowieka, bo to jest człowiek, tylko jeszcze mały.
Cały czas, kiedy mówiła filtrowałam to przez mój stosunek do Władka; była kiedyś taka sytuacja - segregowałam pranie a dziecko cały czas przybiegało i coś tam ode mnie chciało. Już miałam krzyknąć: Władek, jesteś niegrzeczny, nie rób tak!. No i doszło do mnie, że on nie jest niegrzeczny, tylko chce coś robić. Więc mówię: Władeczku, choć zdejmiemy skarpetki ze suszarki, po czym dziecko wydało z siebie okrzyk uśmiechając się od ucha do ucha jeee!. Na prawdę niesamowitą frajdę mieliśmy ściągając ze suszarki pranie i układając wyprane rzeczy w szufladach. I staram się tak robić za każdym razem, kiedy coś robię, a Włada roznosi; robimy tacie cappuccino, ścielimy łóżka (Władek odpowiada za poduszki), wypakowujemy zakupy, etc. Dzisiaj na przykład pomagał zwozić suchą trawę, którą zagrabiłam na ogródku. Zwoził oczywiście swoją wielką plastikową ciężarówką:)
Spotkanie z nianią mogłoby trwać odrobinę dłużej, nie obraziłabym się;) Kiedy przyszłam do domu jakaś wykończona byłam i myślałam, żeby się od razu położyć spać; głowa bolała mnie jeszcze bardziej. Zrobiłam herbaty i wykąpałam dziecko. Potem napiłam się herbaty, dziecko zasnęło i obaj - i mąż i Wład - chrapali jak smoki. Zaczęłam Kiedy byliśmy sierotami Ishigury i ból zaczął odpływać. Przez cztery godziny wypiłam litr zielonej chińskiej herbaty z dodatkiem jaśminu. Spanie mi odeszło i ból głowy minął jak ręką odjął! No i ten smak! I zapach! Czytałam do pierwszej!
Czytałam, piłam herbatę i przegryzałam daktylami. Uwielbiam daktyle i nerkowce. Ostatnio w Makro kupiłam daktyle drylowane z Bakalandu. Pycha! Słodkie jak sto pięćdziesiąt:)
Chciałam rano zrobić pesto, ale orzeszki wyszły, więc zrobiłam tylko pastę na kanapki - pasta na bazie tofu:
* tofu sałatkowe,
* łyżeczka przecieru pomidorowego,
* pasek czerwonej papryki pokrojonej w drobną kosteczkę,
* koperek, dużo dużo koperku, do tego np. garam masala, czy inne ostre przyprawy,
* kiełki,
rozbadźgać widelcem i smarować kanapki:)

Szpulkę mam i ja

Zdobyłam ją niemałym trudem. Szpulka była pełna nici, więc godzinę nawijałam je na papierek. Opłacało się - mam śliczną ozdobę.


Jak hodować kiełki


Jak wyhodować kiełki?
Jeśli nie mamy kiełkownicy wystarczy słoik. Na rynku można dostać kiełki brokuła, cieciorki, lucerny, soczewicy i in. Przeważnie sprzedawane są w sklepach ze zdrową żywnościach bądź sklepach ogrodniczych (zaznaczam, że na opakowaniu MUSI być informacja, że to nasiona na kiełki, a nie do wysadzania do gruntu!).

Potrzebny nam wyparzony słoik, gaza (używam opatrunków Medicomp, pakowane po 100 sztuk - można sobie wyliczyć na ile starczy taki zapasik;), gumka recepturka oraz miseczka.
Do słoika wsypujemy kiełki, zalewamy ostudzoną wodą, odstawiamy najlepiej na całą noc. Kiełki powinniśmy trzymać w miejscu zacienionym, broń Boże nie na parapecie. Najlepiej przy zlewie.
(Tu kiełki brokuła i fasoli mung - to te większe)

Rano zlewamy wodę (zakrywszy uprzednio słoiczek gazą, inaczej kiełki wylecą) i odstawiamy kiełki skosem na miseczce, żeby woda mogła swobodnie wypływać.
Kiełki płuczemy 2 razy na dobę, ale małe kiełki takie jak rzodkiewki czy brokuła można płukać 3 lub 4 razy dziennie - chcemy żeby rosły, a nie uschły.

Po kilku dniach kiełki są gotowe do spożycia. Oczywiście od gatunku zależy po jakim czasie są już dobre. Jeśli mamy na tyle cierpliwości możemy płucząc w dużej misce powybierać łuski, ale nie jest to konieczne.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...